Przeskocz do treści

Hubercik rozpoczął swoją przygodę na nartach rok temu, mając 3,5 roku. O pierwszych jego szusach pisałam tutaj: https://www.judytaszkudlarek.pl/pierwsze-koty-za-ploty-czyli-uczymy-hubercika-jezdzic-na-nartach.html. W poprzednim sezonie chcieliśmy sprawdzić gotowość synka do jazdy na nartach. Okazało się, że synek załapał bakcyla i dopytywał kiedy będzie mógł znowu pojeździć. W tym roku postanowiliśmy więc dalej dokształcać Hubercika w tym kierunku. W Nowy Rok wybraliśmy się do Starego Gierałtowa właśnie z myślą o nartach. Miejscowość ta stanowi znakomitą bazę wypadową dla narciarzy:

  • do okolicznych Bielic jest około 10km,
  • do Czarnej Góry niecałe 12 km
  • do Kamienicy również niecałe 12 km

 

W Czarnej Górze przeważnie jest bardzo tłoczno, a my jakimiś super narciarzami nie jesteśmy więc wolimy raczej mniej ludne miejsca. Co więcej, ze względu na dzieci wolimy bardziej spokojne stoki. Polecone nam zostały Bielice. Kamienice też nam rekomendowano, ale akurat w czasie naszego pobytu stok był zamknięty.

W Bielicach stok jest może niezbyt długi, ale przyjazny dla średniozaawansowanych narciarzy. Znajduje się tutaj szkółka narciarska oraz wypożyczalnia sprzętu. Instruktora trzeba zarezerwować minimum z jednodniowym wyprzedzeniem. Koszt nauki z instruktorem wynosi 80 zł (przy rezerwacji wymagana jest zaliczka w wysokości 40 zł). O ile w zeszłym roku Hubercik trafił dydaktyka z bardzo dobrym podejściem do dzieci, o tyle w tym roku nie miał tyle szczęścia. Muszę przyznać, że po godzinnym instruktażu nasz synek się trochę zraził, ponieważ stwierdził, że Pan instruktor na niego krzyczał. Byłam zniesmaczona tą sytuacją, ponieważ zakładałam, że skoro ktoś pracuje z dziećmi, to powinien mieć odpowiednie predyspozycje ku temu. Nasz błąd polegał na tym, że nie dopytaliśmy o kwalifikacje instruktora w zakresie pracy z najmłodszymi. Na przyszłość będę na pewno o tym pamiętać.

Na szczęście rozczarowanie naszego synka nie trwało zbyt długo. Na drugi dzień rano wstał uśmiechnięty i zapytał się czy jedziemy na narty z zaznaczeniem, że chciałby, że tatuś go uczył jeździć a nie instruktor. Dobrze, że Hubercik nie zniechęca się do podejmowanych aktywności.

Jeśli chodzi o postępy..za każdym razem widzimy jak Hubercik rozwija się w tym sporcie. Jedyną trudnością jaką napotyka to fakt, że nasz synek boi się upadać i za wszelką cenę chce złapać równowagę. Każde spotkanie z nartami owocuje jednak postępami, a my jesteśmy dumni, patrząc jak 4latek świetnie radzi sobie z tym sportem, zważywszy, że my z mężem uczyliśmy się jeździć na nartach mają prawie 30 lat.

Koło stoku znajduje się niewielki bar z kominkiem. Można tutaj zjeść smaczną zupę oraz napić się ciepłej herbaty. Jedynym mankamentem jest niewielki metraż pomieszczenia, co powoduje, że przy kilkunastu osobach robi się tutaj naprawdę tłoczno i nie ma miejsc do siedzenia.

Bielice jednak polecam jeszcze z jednego względu. Można podziwiać tutaj przepiękne widoki. Dzieci mogą w tym miejscu pojeździć na sankach. A dla przeciwników sportów zimowych polecam piękne trasy spacerowe. Jest to bardzo fajne miejsce dla rodzin z dziećmi. Przypadło nam tak bardzo do gustu, że na koniec stycznia postanowiliśmy tutaj wrócić.

Będąc w Starym Gierałtowie wybraliśmy się do Czech, aby zdobyć Ścieżkę Obłokach zimą (początek stycznia 2020).

Informacje jak dojechać do Ścieżki znajdziesz tutaj: https://www.dolnimorava.cz/pl/jak-dojechac-do-sciezki. Przyjechaliśmy na parking Relax & Sport Dolní Morava około 10 rano i bez problemu na parkingu można było znaleźć miejsce. Parking jest bezpłatny. Aby dostać się na Ścieżkę w obłokach są dwie możliwości:

  • Własnym samochodem wjazd nieco wyżej na płatny parking pod kolejką linową (tą opcję odradzamy z tego względu, że przy większym ruchu turystycznym może być problem ze znalezieniem miejsca pod kolejką. Co więcej, droga jest wąska i przy większej ilości samochodów robi się ciasno)
  • Pod kolejkę linową można dojechać bezpłatnym Skibusem, który kursuje co pół godziny.

My wybraliśmy tą drugą opcję. Skibus podwiózł nas pod samą kolejkę. Poza tym przejażdżka ski busem stanowiła również atrakcję dla naszych pociech. Przy kolejce zastała nas śnieżyca i silny wiatr, więc w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się, że na Ścieżkę uda się Grzesiu z Hubercikiem, a ja z Kajcią poczekamy w restauracji przy kolejce.

Bilety można zakupić w kasie znajdującej się po prawej stronie przy kolejce. Można płacić zarówno gotówką, jak i kartą. Cennik dostępny jest tutaj: https://www.dolnimorava.cz/pl/cennik

Pod Ścieżkę w obłokach wjeżdża się wyciągiem kanapowym dla narciarzy. Po opuszczeniu wyciągu kierować się należy w prawo na trasę widokową. 100 metrów dalej znajduje się punkt docelowy czyli drewniana Ścieżka w chmurach. Konstrukcja robi wrażenie. Ślimakiem podąża się w górę pod lekkim nachyleniem, oglądając dookoła widoki. W związku z zimową porą widoczność była ograniczona i rzeczywiście spacerowaliśmy w chmurach i mgle. Ekstremalne wrażenia potęgował silny mroźny wiatr. 4,5 letni Hubercik dzielnie szedł pod górę, aczkolwiek prosił, aby trzymać go za rękę, bo obawiał się porwania przez silne podmuchy.

Po drodze czekają na odwiedzających niespodzianki. W połowie drogi do wyboru jest podążanie dotychczasowym deptakiem lub wejście na poziom wyżej zmyślnie skonstruowanym tunelem uplecionym z liny. Wejście do tunelu robi wrażenie, ponieważ osoba wchodząca zbacza ze ścieżki i znajduje się zawieszona nad przepaścią. Ze względu na obawy Hubercika z tej opcji zrezygnowaliśmy i udaliśmy się na samą górę drewnianą ścieżką. Na samej górze można się cieszyć piękną panoramą, efektem bycia  w chmurze i satysfakcją z dotarcia na taką wysokość. A dla odważnych istnieje możliwość wejścia na przezroczystą podłogę utkaną z lin i spojrzenie w dół z wysokości kilkudziesięciu metrów.

Ostatnią atrakcją, niestety nieczynną zimą jest 100-metrowy zjazd tunelem z najwyższego punktu Ścieżki na dół. Po wejściu na szczyt tą samą drogą schodzi się na dół i wyciągiem kanapowym wraca do punktu wejścia.

Ścieżka w obłokach z małym dzieckiem

Na trasie spotkaliśmy kilka par z niemowlakami Część z nich maleństwo niosła w chuście ochraniającej przed zimnem. I rzeczywiście wybierając się na Ścieżkę w obłokach chusta jest lepszym rozwiązaniem, ponieważ bezpiecznie można wyciągiem kanapowym wjechać z maleństwem na górę i chusta chroni przed silnym wiatrem czy śnieżycą.

W przypadku wózka z gondolą wjazd wyciągiem na górę nie wchodzi w grę. W przypadku małej, składanej spacerówki można ją złożyć i wwieść na górę na ramieniu niczym narty. Po dotarciu na Ścieżkę w obłokach po samej ścieżce bez problemu można poruszać się wózkiem.

Ja z Kajcią, która miała w tym czasie niecałe 1,5 roku nie zdecydowałyśmy się na wjazd na górę z tego względu, że Kajcia jest bardzo wrażliwa na zimno i obawiałam się jej reakcji na tak silny wiatr i śnieżycę oraz fakt bycia na dużej wysokości. Ponadto, nasza Kajcia nie lubi mieć skrępowanych ruchów i sam fakt ubrania w strój zimowy potęgował jej niezbyt dobry humor. Dlatego zdecydowałyśmy się na dłuższą przerwę w restauracji, aby mogła pobiegać w samym dresiku w ciepłym pomieszczeniu.

Gdzie można zjeść?

Przy parkingu głównym znajduje się kilka restauracji i budek z jedzeniem. Ponadto, przy wjechaniu na parking przy wyciągu znajduje się restauracja, w której można zjeść dobry obiad, napić się kawy lub herbaty i skusić się na przepyszny deser.

Ścieżka w obłokach robi niesamowite wrażenie. Jak powiedział sam architekt tego dzieła Zdeňk Fránk „Wyjątkowość projektu polega na wykorzystaniu w dużej mierze drewna, co nie jest typowe dla konstrukcji tych rozmiarów. Konstrukcja wytwarza także nowy rodzaj przeżyć, gdzie człowiek uświadomi sobie jak mały jest w porównaniu z otaczającą przyrodą”.

Jeseniki (Jesionik) jest to niewielkie miasteczko uzdrowiskowe po stronie czeskiej, położone zaledwie 42 km od Lądka Zdroju. To, co przyciągnęło nas do tego miejsca to ciekawa historia, związana z osobą  Vincenza Priessnitza, który w XIX wieku założył tutaj uzdrowisko. Ale zanim przejdę do samego opisu miejscowości chciałabym przybliżyć Wam postać niejakiego Vincenza Priessnitza….

Widok z Parku Priessnitza na Hotel Priessnitz

Vincenz Priessnitz

Instrukcja w Parku Priessnitza

Według legendy pewnego dnia Vincenz Priessnitz, który skręcił nogę w wyniku upadku z konia, zobaczył sarnę, która swoją skaleczoną nogę moczyła w źródełku. Ta obserwacja skłoniła go do zweryfikowania leczniczych właściwości wody. Sprawdzając na własnej skórze zwrócił uwagę na prozdrowotne znaczenie kąpieli w górskich źródełkach, zimnych prysznicy (nazwa prysznic pochodzi właśnie od nazwiska twórcy hydroterapii) i okładów z wody. Tym samym przyczynił się do zrewolucjonizowania podejścia do terapii wodnych. Jego metody lecznicze stały się popularne wśród ówczesnych elit, a „bywanie u wód” było wyznacznikiem przynależności właśnie do tej grupy społecznej. Według niego zimna woda połączona z wysiłkiem fizycznym, promieniami słonecznymi i zdrową żywnością może zdziałać cuda w naszym organizmie. Priessnitz zalecał np. chodzenie boso po trawie i zwracał uwagę na lecznicze właściwości snu. To, co dla nas dzisiaj jest oczywiste w XIX wieku było „novum”. Swoje nowoczesne metody hydroterapii zaimplementował Vincenz Priessnitz właśnie w Jesenikach, gdzie stworzył uzdrowisko. Przybywali tutaj między innymi Lew Tołstoj, Nikolaj Gogol czy Zygmunt Krasiński.

Tablica upamiętniająca wizytę Gogola w sanatorium

Sam Vincenz Priessnitz miał zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników. Próbowano posądzić go o szarlatanerię, ale na jego korzyść przemawiał fakt, że nie namawiał on ludzi do korzystania z żadnych medykamentów ani ziół, a wykorzystywał naturalne zasoby jakimi jest np. woda. Co więcej, w 1830 roku rząd austriacki oficjalnie uznał hydroterapię jako alternatywną metodę leczenia. Próbowano także zarzucić Priessnitzowi, że jego metody mają ograniczony charakter, bowiem sprawdzają się tylko w regionie górskim. On jednak jeździł w różne regiony Europy (nie koniecznie górskie) uzdrawiać ludzi i jego metody również tam się sprawdzały.

Jedno ze stanowisk leczniczych w Parku Priessnitza

Vincenz Priessnitz do pozycji jaką osiągnął w życiu doszedł sam, a pomogły mu w tym wnikliwa obserwacja przyrody i wytrwałość w dążeniu do celu. Nie miał on żadnego wykształcenia medycznego, a co więcej był analfabetą. Jego metody leczenia stały się popularne nie tylko w Europie, ale na wszystkich kontynentach. Dobrą reputację zyskał zwłaszcza po tym, jak w 1826 roku został zaproszony do Wiednia, aby wyleczyć brata cesarza. Do Jesenik zaczęli więc licznie przybywać ówcześni monarchowie, hrabiowie, książęta, a także lekarze z całego świata, którzy podpatrywali nowoczesne metody i implementowali je w swoich ojczyznach.

Co warto zobaczyć w Jesenikach?

Lazne Jeseniki

Dawne Sanatorium Priessnitz to obecnie Hotel Priessnitz. Hotel z jednej strony otoczony jest parkiem, w którym znajduje się ścieżka zdrowotna. Na niej usytuowane są stanowiska, na których bezpłatnie można skorzystać z terapii wodnych. Przy każdym z nich znajduje się instrukcja w jaki sposób należy korzystać z terapii. My byliśmy w Jesenikach zimą, więc stacje te były zasypane śniegiem, ale na pewno wrócimy tutaj latem. Z drugiej strony hotelu znajduje się Promenada Rippera.  Johann Ripper był zięciem Priessnitza i jednocześnie propagatorem metody leczenia swojego teścia. Był oficerem w austriackiej armii, który przybył do Jesenik poślubić córkę Priessnitza Marię Annę. To on zainicjował budowę promenady z muzycznym pawilonem. Dzisiaj podczas spaceru promenadą podziwiać można przepiękne drzewostany, pomniki wzniesione Priessnitzowi przez jego uzdrowionych pacjentów, a także przepiękne widoki grzbietów Wysokiego Jesionika oraz Gór Opawskich.

Hotel Priessnitz
Pawilon Muzyczny
Promenada Rippera

Rynek w Jesenikach

Na środku rynku znajduje się ratusz, wokół którego znajdują się charakterystyczne kolorowe budynki. My załapaliśmy się jeszcze na atmosferę Bożonarodzeniową. Tuż przy ratuszu stała pięknie przyozdobiona choinka i budki, które niestety były zamknięte. Rynek jest niewielki, ale warto się nim przespacerować dla poczucia atmosfery czeskiego miasteczka.

Ratusz w Jesenikach

Gdzie zjeść w Jesionikach?

Zdecydowanie polecamy Kawiarnię Wiedeńską przy Promenadzie Rippera. Oferują tutaj nie tylko przepyszną kawę, ale także dania obiadowe i rewelacyjne ciasta. Poza tym z okiem Kawiarni roztaczają się przepiękne widoki. A wiosną i latem można zasmakować wiedeńskiej kawy na tarasie na świeżym powietrzu.

Wiedeńska Kawiarnia
Wiedeńska Kawiarnia

Podsumowując, Jeseniki mnie zachwyciły. Położone są zaledwie 120 km od Wrocławia, a przyznam szczerze, że do tej pory nie wiele o nich wiedziałam. Historia Vincenza Priessnitza, dotąd mi nieznana, zainspirowała mnie do zakupienia biografii o tym człowieku i zgłębienia wiedzy na jego temat. Mojego męża wizyta w Jesenikach zachęciła do brania codziennie zimnego prysznica i twierdzi, że czuje się po nich znacznie lepiej. Ponadto, na wielu portalach poświęconych Jesenikom podkreśla się, że właśnie w Jesenikach  powietrze jest najczystsze w całej Europie kontynentalnej. Wszystko więc przemawia za tym, aby tutaj przyjechać...

Widok z Promenady Rippera

Stary Gierałtów- trochę historii…

Stary Gierałtów jest jedną z najstarszych wsi w Kotlinie Kłodzkiej. Usytuowana jest pomiędzy Górami Złotymi a Bialskimi. Pierwsze wzmianki o miejscowości sięgają XIV wieku. Pierwotnie była własnością Ottona, Reinczka i Nicolausa von Glubos.W VII wieku wioska została zakupiona przez rodzinę Althanów  z Międzylesia. Okres świetności miejscowości przypada na drugą połowę XVIII wieku, dzięki rozwojowi rzemiosła, handlu, tkactwa i lokalnego przemysłu. Od XIX wieku miejscowość zaczęła być także atrakcyjnym celem turystycznym.

Stary Gierałtów - co warto zobaczyć?

We wsi zachował się kościół z 1798 roku. Zachowało się w nim wnętrze pochodzące z XVIII-XIX wieku. Świątynia usytuowana jest na wzgórzu skąd rozpościerają się przepiękne widoki. Do kościoła prowadzi aleja brzózek. Niedaleko kościoła początek swój ma Droga Krzyżowa, zrobiona z drewnianych słupków. A oto komunikat miejscowego proboszcza dotyczący Drogi Krzyżowej.

W Starym Gierałtowie warto zwrócić uwagę na piękne domy pochodzące z XIX wieku. Są one przeważnie murowane lub drewniano-murowane. Przy wielu domach można spotkać małe kapliczki. Przyznam szczerze, że robią one wrażenie.

Na terenie wsi znaleźć można kapliczkę pochodzącą z XVIII wieku.

Stary Gierałtów- dlaczego warto przyjechać?

Miejscowość jest atrakcyjna zarówno latem, jak i zimą. Przez miejscowość przebiegają trasy piesze i rowerowe:

  • Stary Gierałtów – Karpno – Nowy Gierałtów – Stary Gierałtów, niecałe 12 km
  • trasa Stary Gierałtów – Nowy Gierałtów – Bielice – Przełęcz Sucha (1006 m.n.p.m.) – Przełęcz Dział (922 m.n.p.m.) – Stary Gierałtów, niecałe 26 km
  • Lądek Zdrój - Trojak (766 m. npm.) - Zamek Karpień - Stary Gierałtów (przystanek PKS), czas przejścia ok. 3 godziny

Na terenie miejscowości znajduje się świetlica „Trzy siostry”, w której w każdą sobotę od godziny 12 do 14 odbywa się kiermasz produktów lokalnych, na którym można kupić rękodzieło, produkty lokalne, wypieki oraz pamiątki. Nazwa świetlicy wywodzi się od nazwy grupy skał w Górach Bialskich.

W zimie Stary Gierałtów jest znakomitą bazą wypadową dla narciarzy do okolicznych Bielic (10km), Czarnej Góry (niecałe 12 km) czy Kamienicy (niecałe 12 km).

Miejscowość usytuowana jest w niedalekiej odległości od Lądka Zdroju (12km) i granicy polsko- czeskiej (do przejścia w Lutyni / Przełęcz Lądecka jest niecałe 15 km, do przejścia Przełęcz Płoszczyna jest niecałe 17 km)

Stary Gierałtów- gdzie nocować i zjeść?

Tym razem nocowaliśmy w Agroturystyce Maciejówka, którą gorąco polecamy. Panuje w niej domowa, luźna atmosfera. Na piętrze znajduje się 7 pokoi, a na dole ogólnodostępna kuchnia z salonem. Można tutaj zorganizować grilla lub/i ognisko. Dla dzieci dostępny jest plac zabaw. Jednak największą atrakcją dla moich pociech był piesek „Czaruś”, który codziennie do nas przychodził i spacerował z nami po miejscowości. Moja Kajcia oszalała na jego punkcie.

Posiłki można  zamówić sobie u Pani właścicielki. My akurat stołowaliśmy się w innych miejscach, ale osoby, które spotykaliśmy w kuchni, bardzo chwaliły kuchnię przesympatycznej Pani gospodyni.

Polecamy natomiast knajpkę Raj Pstrąga: https://rajpstraga.pl/knajpka/ znajdującą się w Goszowie, 4 km od Starego Gierałtowa. Można w niej zjeść przepyszne ryby (smażone, grillowane i wędzone), zupy (rybna i kwaśnica) oraz lokalne wyroby np. napić się pigwoniady (lemoniady zrobionej z pigwy). Powiem szczerze, że rybki tutaj są przepyszne. Jadłam pstrąga w wielu miejscach, ale tutaj jest on wyjątkowy.

W tym roku spędzamy święta tradycyjnie w domu. Jednak w zeszłym roku zdecydowaliśmy się pierwszy raz na spędzenie Świąt Bozegonarodzenia poza domem. Chciałam się z Wami podzielić swoimi doświadczeniami w tym temacie. Przede wszystkim decyzja o wyjeździe na święta nie należała do łatwych. Święta zawsze kojarzyły mi się z czasem spędzonym razem z rodziną. Szczególnie Święta Bożegonarodzenia. Nawet jeśli w rodzinie nie działo się najlepiej, to Bożenarodzenie zawsze było tym czasem jednoczącym wszystkich. Zdecydowaliśmy się jednak na wyjazd z kilku względów:

  • Rok 2018 był dla nas trudny. Kiedy zaszłam w ciążę z Kajcią była to ciąża zagrożona niemal od samego początku. Kilka razy leżałam w szpitalu. Żyłam strachem o życie Kajci. Z drugiej strony, musiałam po raz pierwszy na kilka tygodni zostawić Hubercika. Każde nasze spotkanie w szpitalu sprawiało, że wylewałam morze łez. Mój 3,5 letni synek znosił to znacznie lepiej niż ja. Cały czas powtarzał mi „mamusiu poleżysz tu kilka dni i wrócisz do nas”. Na szczęście wszystko dobrze się skonczyło. Kajcia urodziła się zdrowa. Niemniej jednak był to rok bardzo emocjonujący. Po tak trudnym roku postanowiliśmy się gdzieś wyrwać…
  • Od kilku lat Wigilia organizowana jest u nas w domu i gros przygotowań spoczywa na mnie. Powiem szczerze, że nie wyobrażałam sobie przygotowania świąt z dwójką małych dzieci. Chociaż, żeby tradycji stało się zadość, przygotowałam uroczystą kolację dla rodziny na początku grudnia, były wigilijne dania (może nie aż 12, ale tyle ile udało mi się przygotować z 4-miesięcznym niemowlakiem i 3,5 latkiem), choinka, prezenty, więc Hubercik miał poczucie, że święta obchodził zgodnie z tradycją.
  • Po trzecie, będąc kilkakrotnie w szpitalu okazało się, że w trudnych chwilach najbardziej pomogli nam przyjaciele i znajomi. Przykro mi o tym pisać, ale na rodzinę nie mogłam za bardzo liczyć. Na wyjazd zdecydowaliśmy się z najbliższymi przyjaciółmi, których traktujemy z Grzesiem jak rodzinę. Mieliśmy więc przy osobie bardzo bliskie osoby, które w każdej sytuacji życiowej były z nami.

I muszę przyznać, że wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Ominęło nas przedświąteczne szaleństwo zakupów, przedświąteczne zamieszanie i nerwówka związana z przygotowaniami, składanie życzeń z mniej lubianymi osobami. Zamiast siedzenia przy stole w tym świątecznym czasie popłynęliśmy na zwiedzanie Gozo. Czas, poświęcony na przygotowania mogliśmy wykorzystać na to, aby naprawdę być razem. Czerpaliśmy z każdej chwili spędzonej razem. Nie mieliśmy złudnych nadziei, że spadnie śnieg, a cieszyliśmy się wiosennymi temperaturami. Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie jest spędzać święta kiedy na zewnątrz jest 15-18 st. C i świeci słońce. Wigilię spędziliśmy w hinduskiej restauracji, dzieląc się opłatkiem, co wzbudziło zainteresowanie samego właściciela. Najbardziej za rodziną tęskniłam właśnie w wigilijny wieczór. Nie powiem, że nie zakręciła mi się łezka w oku. Przez 36 lat wpajano mi tradycyjne podejście do Świąt. Przełamać tradycję, nawyk, stereotyp nie jest łatwo. Tym bardziej, że stosunek naszych bliskich do naszego wyjazdu nie zawsze był pozytywny. Moja mama i teściowa nie omieszkały skomentować tego odpowiednio. Paradoksalnie moja 92-letnia babcia podeszła do tego bardzo wyrozumiale i teraz co święta pyta nas czy gdzieś nie wyjeżdżamy. Wielu znajomych przyznało się nam, że chętnie też mieliby ochotę wyjechać gdzieś na Święta Bożegonarodzenia, ale obawiają się reakcji najbliższych. Ja z perspektywy czasu niczego nie żałuje. Mój mąż, był zachwycony również pomysłem odmiennego świętowania Bożegonarodzenia. Hubercik nie chciał wracać z Malty. A Kajcię zapytam o stosunek do tego pomysłu za kilka lat….

Tym razem wybraliśmy się na Jarmark Bożonarodzeniowy do Norymbergi. Jest to jeden z najbardziej popularnych jarmarków nie tylko w całych Niemczech, ale na całym świecie. Co roku przybywa tutaj 2 miliony turystów ze wszystkich kontynentów, aby poczuć aromat granego wina, zapach słodkich prażonych migdałów, kiełbasek norymberskich i pierników.  Znajduje się on na Starym Mieście, w samym sercu Norymbergi. Na jarmarku znajduje się niemal dwieście straganów, pięknie przyozdobionych, oferujących szeroki asortyment (przepyszne dania, piękne wyroby rękodzielnicze itd.)

Historia jarmarku

Tradycja jarmarku Bożonarodzeniowego w tym mieście sięga XVII wieku, jednak nie zawsze był tak znany. Dopiero w XX wieku promocja Norymbergi przez reżim nazistowski przyczyniła się także do spopularyzowania jarmarku. Podczas II wojny światowej jarmark nie był organizowany, ale już w 1948 roku powrócono do tej tradycji.

Atrakcje dla dzieci

Jarmark Bożonarodzeniowy w Norymberdze to prawdziwy raj dla najmłodszych. Po wejściu na jarmark na pierwszy plan wysuwa się dwupoziomowa karuzela z reniferami i Mikołajem. Tuż obok znajduje się diabelski młyn i kolejka parowa. Przy odrobinie szczęścia można spotkać św. Mikołaja, który bardzo chętnie pozuje do zdjęć. Na straganach nie tylko można kupić dzieciom słodkości i zabawki, ale najmłodsi mogą wziąć udział w warsztatach rękodzielniczych- np. pieczenia pierników czy robienia świec.

Godziny otwarcia

Jarmark jest czynny w tym roku od 29 listopada do 24 grudnia. Od poniedziałku do niedzieli czynny jest w godzinach od 9:00 do 21:00. W wigilię otwarty jest od 10:00 do 14:00

Przyznam szczerze, że jarmark w Norymberdze zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Po pierwsze, jest znacznie większy niż we Wrocławiu. Po drugie, jest bardziej przestrzenny. Mimo, że byliśmy na nim na początku grudnia nie czuć było tłumów ludzi. Spokojnie można było przejechać wózkiem. Po trzecie, znacznie więcej jest tutaj atrakcji dla dzieci niż na naszym wrocławskim rynku. Po czwarte, można tutaj spróbować przepysznych bawarskich dań, zasmakować nie tylko pieczonych kasztanów, prażonych migdałów, ale także napić grzanego wina lub grzanego ajerkoniaku.

Mikołaja znają dzieci na całym świecie. Dla jednych to Santa Claus,  dla innych Saint Nicholas, Santy, Father Christmas, Kris Kringle, Saint Nick… W niektórych krajach przybiera on postać żeńską...niezależnie jednak od nazwy jednak jego cel jest w każdym zakątku świata taki sam: uszczęśliwić dzieci poprzez obdarowanie ich prezentem.

Father Christmas w Wielkiej Brytanii

Jego pochodzenie datuje się na XVI wiek. Ubrany jest w zielone lub szkarłatne szaty. Uważany jest za patrona dobrego nastroju, radości oraz biesiady. Dlatego rodziny zostawiają dla Father Christmas jedzenie oraz jakiś mocniejszy trunek. Niektórzy dla reniferów zostawiają marchewkę. Podobnie jak w Polsce, w Wielkiej Brytanii dzieci piszą listy do Father Christmas. Pierwotnie palono je, bowiem wierzono, że w taki sposób są transportowane na Biegun Północny. Praktyka ta została aktualnie zawieszona i wysyła się je za pośrednictwem poczty

Santa Claus w Stanach Zjednoczonych

Santa Claus znany jest z wielu bajek amerykańskich. Ciągnięty jest przez osiem reniferów, a najbardziej znany z nich to Rudolf, renifer z czerwonym noskiem. Santa Claus przedstawiany jest jako starszy pan w biało-czerwonej szacie. Mieszka wraz z żoną i elfami na Biegunie Północnym. Roznosi prezenty w Wigilię Bożegonarodzenia i zostawia je pod choinką. Niegrzeczne dzieci nie dostają jak u nas rózgi, tylko węgiel. W zamian za prezenty dzieci zostawiają mu mleko i ciastka.

Joulupukki w Finlandii

Joulupukki ciągnięty jest przez renifery i odwiedza domy w całym kraju, zostawiając prezenty dla dzieci. Pochodzenie Joulupukki wywodzi się ze starożytnej Skandynawii i opiera się na mitycznej nordyckiej postaci, jednakże chrześcijaństwo włączyło tę starożytną pogańską tradycję i połączyło z obchodami świętego Mikołaja, tworząc tradycję chrześcijańską

Sinterklaas w Holandii

Sinterklaas jest postacią bardziej realną w porównaniu z Mikołajem w innych krajach. Bardziej przypomina biskupa niż fikcyjną postać. Nosi pelerynę i nakrycie głowy podobne do stroju noszonego przez duchownych. Na palcu nosi rubinowy pierścień, jeździ na białym koniu i często ma laskę. Ma on swojego towarzysza-pomocnika  Zwarte Piet (Black Peter), który  jest czarnoskórym mężczyzną o kręconych włosach i czerwono-białym stroju. Odpowiedzialny jest za karanie dzieci, które były niegrzeczne przez cały rok. Sinterklaas dostarcza prezenty nie w ciągu jednej nocy, ale w ciągu trzech tygodni i wrzuca je do domów kominem.

Grandfather Frost (Dziadek Mróz) w Rosji

W Rosji podczas prawie 100-letnich rządów komunistycznych zniechęcano do kultywowania tradycji religijnych, jednak pomimo różnych zawirowań politycznych utrzymano tradycję obdarowywania prezentami.

Jego pochodzenie związane jest z pogańską historią, według której Dziadek Mróz był złym czarownikiem, który porywał dzieci i domagał się prezentów jako okupu. Obecnie już nie porywa dzieci, ale obdarowuje je podarkami. Przedstawiany jest jako starszy pan w stroju jasnoniebieskim lub czerwonym, a towarzyszy mu jego wnuczka „śnieżna dziewczynka”. Poruszają się na białym koniu. Przed 1917 rokiem Dziadek Mróz roznosił prezenty w okolicach Bożegonarodzenia, obecnie jego działalność związana jest bardziej z Nowym Rokiem. W Sylwestra lub w Nowy Rok wręcza prezenty osobiście lub zostawia pod choinką.

W Rosji dzieci wierzą jeszcze w Babuszkę. Jedna z historii mówi,  że Babuszka  wyruszyła w długą podróż w poszukiwaniu dzieciątka Jezus. W związku z tym, że nie znalazła małego Jezuska, obecnie szuka grzeczne dzieci i obdarowuje je prezentami. Dlatego też jej działalność ma miejsce w święto Trzech Króli.

Rosjanie aktualnie wybierają sobie postać, w którą chcą wierzyć. Jedni wierzą w Dziadka Mroza, inni w Babuszkę, a jeszcze inni w św. Mikołaja.

La Befana we Włoszech

La Befana, podobnie jak rosyjska Babuszka jest kobietą, która wyruszyła w poszukiwanie dzieciątka Jezus. Jest ona postrzegana jako czarownica, która w święto Trzech Króli leci na miotle zostawiając dla grzecznych dzieci prezenty oraz węgiel lub rózgę dla tych niegrzecznych.

Święty Haraboji w Korei

W Korei chrześcijaństwo jest wciąż stosunkowo nowe, więc tradycje Bożonarodzeniowe są tutaj także nowością. Korea ma własną wersję Świętego Mikołaja. Święty Haraboji, czyli Dziadek Święty Mikołaj. Wygląda on podobnie do Świętego Mikołaja z Europy Zachodniej, ale nosi tradycyjny koreański kapelusz i niebieski strój zamiast czerwonego.

Hoteiosho w Japonii

W Japonii święta Bożegonarodzenia służą raczej do szerzenia radości i szczęścia, nie są natomiast świętem religijnym. Wigilia postrzegana jest jako okazja do spędzenia romantycznych chwil z partnerem, dlatego najbliżsi obdarowują się prezentami. Warto wspomnieć, że Bożenarodzenie nie jest w Japonii świętem państwowym, ale urodziny cesarza przypadające na 23 grudnia już takowym świętem są.

W Japonii odpowiednikiem naszego Mikołaja jest Hoteiosho, który jest mnichem buddyjskim z oczami z tyłu głowy, aby widzieć jak zachowują się dzieci. Przynosi im prezenty. Hoteiosho przychodzi w Sylwestra do posprzątanego domu. Uznawany jest za boga szczęścia.

Mikołaj w Indonezji

Chociaż Indonezja jest krajem muzułmańskim, wiele osób świętuje tutaj Bożenarodzenie. Święto to jest określane w tym kraju jako Natal, od słowa portugalskiego. Choinkę tutaj robi się z piór kurcząt. Większość chrześcijan mieszka na południu wyspy, więc to w tej części kraju spotkać można przepiękne dekoracje bożonarodzeniowe, a Wigilię mieszkańcy tej części wyspy obchodzą hucznie, całą noc strzelając fajerwerkami.

  • Na Korfu lecieliśmy Ryanairem z Katowic. Do Katowic pojechaliśmy samochodem. Samochód zostawiliśmy na parkingu około 5 km od lotniska. W Katowicach przy lotnisku jest mnóstwo parkingów, gdzie można zostawić auto na czas urlopu. Kosztują nie wiele. Za 11 dni zapłaciliśmy niecałe 90 zł. Właściciel oferuje w cenie zawiezienie na lotnisko i przywiezienie z lotniska na parking w dniu powrotu z urlopu.

  • Nocleg – na Korfu lecieliśmy w trzy rodziny. Na Airbnb znaleźliśmy apartament z trzema sypialniami, salonem i dwoma łazienkami. Zależało nam, abyśmy byli w jednym miejscu, a po uspaniu dzieci, aby był salon, w którym moglibyśmy posiedzieć i spokojnie porozmawiać. Nasze mieszkanko znajdowało się w miejscowości Kastania, około 30 minut autobusem do centrum Kerkyry. Za dobę płaciliśmy 614 zł, czyli na rodzinę wyszło nas nieco ponad 200 zł za dobę. Z Korfu płynęliśmy do Albanii, więc na Korfu zarezerwowaliśmy sobie tylko 4 noclegi. Po przybyciu na miejsce okazało się, że nasz apartament jest wolny także kiedy będziemy wracać z Albanii. Przed wylotem do Polski chcieliśmy jeszcze na Korfu spędzić 2 dni. Dogadaliśmy się z właścicielką, że w związku z tym, że rezerwacji dokonujemy poza Airbnb i jest już poza sezonem (przylatywaliśmy w sierpniu, a wylatywaliśmy we wrześniu) za dobę zapłacimy 510 zł (170 zł za rodzinę)

  • Komunikacja miejsca na Korfu- jeśli chodzi o Korfu to jest ono dobrze skomunikowane. W każde miejsce dojedziemy lokalnymi autobusami. Bilety można kupić w autobusie lub w wyznaczonych miejscach (kioski na zajezdniach). Za bilety płaciliśmy 1,7 euro. Jedyny mankament lokalnej komunikacji to brak rozkładów jazdy na przystankach autobusowych. Na Internecie można sprawdzić rozkład jazdy, ale i tak odbiega on znacznie od rzeczywistości. Potrafiliśmy czekać nawet 45 minut na przystanku, bo albo nic nie jechało albo, gdy jechał zbyt zatłoczony autobus to się nie zatrzymywał na przystanku. Po pierwszym dniu zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód, aby nie tracić czasu na sterczeniu na przystankach autobusowych. Zwłaszcza, że temperatura dochodziła do 40 stopni i dzieci nie najlepiej znosiły czekanie na autobus
W oczekiwaniu na autobus...

Wynajęcie auta- szukaliśmy na Korfu mniejszej lokalnej wypożyczalni samochodów, która nie chciałaby w zabezpieczenie danych karty kredytowej. Mieliśmy już w innym miejscu sytuację, że przy oddaniu auta próbowano nam wmówić, że zarysowaliśmy pojazd i ściągnięto nam całkiem sporą sumę z karty kredytowej. Od tej pory szukamy wypożyczalni, w których nie trzeba podawać danych karty. Za 4 dni zapłaciliśmy niecałe 600 zł. Można również na miejscu wypożyczyć foteliki dla dzieci, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Auto wypożyczyliśmy niedaleko portu. Znajduje się tam kilka wypożyczalni, więc nawet w sezonie nie było problemu z wypożyczeniem pojazdu.

Korfu kojarzą się przede wszystkimi z pięknymi plażami. Oczywiście tych tutaj nie brakuje, ale na wyspie jest też wiele ciekawych miejsc do zobaczenia. W związku z tym, że dosyć ciężko podróżuje się na Korfu komunikacją państwową (nie ma rozkładu jazdy, jak autobusy są zbyt zatłoczone to nie zatrzymują się na przystanku) zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód, aby objechać wyspę. Przyznam szczerze, że znacznie ułatwiło nam to przemieszczanie się, zwłaszcza, że podróżowaliśmy z dwójką dzieci.

Zdecydowanie polecamy następujące miejsca:

  • Canal D’Amour w miejscowości Sidari – znajduje się w północnej części wyspy. Sama miejscowość jest bardzo turystyczna. Oprócz pięknych plaż znajdują się liczne hotele, puby i restauracje. Kanał miłości to nic innego jak zanurzone w pięknej lazurowej wodzie piaskowe skały. Legenda głosi, że kto zanurzy się w wodzie przy kanale miłości, pozna wkrótce miłość swojego życia. Miejsce jest cenione równie przez miłośników sportów wodnych

  • Korfu Town (Kerkyra) – jest to stolica i zarazem największe miasto na wyspie. Stare miasto w Kerkyrze to doskonały przykład sztuki weneckiej i bizantyjskiej z przepięknymi wąskimi Miasto otoczone jest morzem i zamknięte pomiędzy dwoma starożytnymi fortecami. Uwagę przyciągają również stare budynki zbudowane z lokalnych kamieni, z drewnianymi poddaszami i ręcznie wykonanymi płytkami. Część z nich nie została zniszczona w czasie II wojny światowej, można więc podziwiać je w pełnej okazałości. Niektóre już wprawdzie zniszczone i zaniedbane przez ducha czasu, ale mają swój urok. Warto więc poszwendać się małymi uliczkami miasta pomiędzy wysokimi starymi domami, zakupić lokalne produkty w sklepikach mieszczących się w starożytnych piwnicach, otoczonych kamiennymi schodami i ukrytymi ogrodami.

  • Pomiędzy miastem a fortecą znajduje się spory zielony teren tzw. Esplanade. Jest to piękny park pełen drzew i miejsce rekreacji. Tutaj znajduje się plac zabaw z widokiem na morze. Tego punktu nie mogliśmy oczywiście opuścić. Tutaj znajduje się także przepiękny budynek przypominający o francuskiej okupacji: Liston. Został on zbudowany przez francuskiego inżyniera Lessepsa, który został zainspirowany Rue Rivoli w Paryżu. Liston z licznymi kawiarniami i restauracjami jest dzisiaj sercem życia towarzyskiego na Korfu.

  • Zamek Angelokastro – będąc w stolicy Korfu warto go zobaczyć. Pochodzi z XIII wieku. Jest usytuowany na wzgórzu, skąd rozpościerają się przepiękne widoki. Zamek otaczają Stara i Nowa Forteca
  • Stara i Nowa Forteca w stolicy wyspy (Kerkyra): Stara Forteca została zbudowana w VI wieku. Otoczona jest fosą. Wejście do niej znajduje się naprzeciwko Liston, w pobliżu Esplanady. Wewnątrz Starej Fortecy w 1840 roku został zbudowany kościół św. Grzegorza jako kościół garnizonowy. Nowa Forteca jest przykładem wyjątkowej zdolności Wenecjan do budowy fortyfikacji. Z powodu ciągłego zagrożenia ze strony Turków, Wenecjanie uważali, że konieczne jest dokończenie fortyfikacji miasta. W 1576 roku rozpoczęli więc budowę Nowej Fortecy na wzgórzu San Marcos. Budowa trwała do 1645 roku i była nadzorowana przez włoskiego architekta Francesco Vitelli. Podczas II wojny światowej została częściowo zniszczona, ale i tak dzisiaj można podziwiać jej wspaniałość. Prowadzi do niej stara betonowa droga i brama ze starożytnymi lwami, które są symbolami weneckimi. Forteca została odnowiona stosunkowo niedawno i uczyniono z niej miejsce przyjazne dla artystów – odbywają sie tutaj koncerty oraz organizowane są wystawy

  • Achilleion (Achillion), pałac cesarzowej Sisi
  • Mouse Island (Mysia Wyspa, Pontikonissi) oraz Vlacherna - Kanoni to półwysep położony zaledwie kilka kilometrów od stolicy wyspy. Znany jest z dwóch wysepek: Vlacherna i Pontikonissi. Na pierwszą z nich idzie się drewnianym deptakiem. Na niej znajduje się kościół z wysoką dzwonnicą poświęconą Dziewicy Maryi, zbudowany w XVII wieku jako replika i nazwany na cześć Panagia Vlacherna w Konstantynopolu. Vlacherna przyciąga także obserwatorów samolotów, bowiem tuż obok kościólka znajduje się pas startowy miejscowego lotniska, wobec czego samoloty latają tutaj niemal nad głowami. Przez prawie 20 lat mieszkałam z rodzicami blisko lotniska i codziennie obserwowałam loty tych powietrznych pojazdów. W Pontikonissi obserwacja samolotów w przepięknych okolicznościach przyrody robiła dużo większe wrażenie. Na Mysią Wyspę można dopłynąć łódką z deptaku w drodze do Vlacherny. Jak na ceny na wyspie przejażdzka jest niedroga – 3 euro, a wyspa naprawdę przepiękna. Nazwa wyspy prawdopodobnie pochodzi od kształtu wyspy i jej wielkości (rzekomo z lotu ptaka wyspa przypomina mysz, ale nie byłam w stanie tego zweryfikować). Nazwa Pontikonisi wywodzi się z faktu, że w XI wieku przebywali tutaj mnisi z rejonu Pontos. Na wyspie znajduje się tutaj bizantyjski kościół Pantokratora z XI wieku otoczony bujną roślinnością. Z uwagi na fakt, że kościół Pantokratora jest w rzeczywistości klasztorem z mnichami, świątynia nie jest otwarta cały czas dla zwiedzających.

  • Piękne plaże z lazurową wodą- nie będę wskazywała jakiś konkretnych plaż, ponieważ na Korfu jest ich mnóstwo. Są one kamieniste. Ale lazurowa i krystalicznie czysta woda w połączeniu z pięknymi widokami robią naprawdę wrażenie. Jestem osobą, która raczej woli zwiedzać niż leżeć na plaży, nie mogłam jednak tutaj się oprzeć i kilka razy zdarzyło mi się poleniuchować

Park w Szczodrem jeszcze do niedawna niczym nie odróżniał się od innych parków. Dzięki środkom unijnym dokonano jego rewitalizacji i obecnie naprawdę robi wrażenie. Świadczy o tym duże zainteresowanie nim nie tylko mieszkańców gminy Długołęka, ale także Wrocławian. W weekend w godzinach popołudniowych trudno tutaj znaleźć miejsce parkingowe, a na placu zabaw ustawiają się kolejki do niektórych atrakcji.

Park aktualnie oferuje mnóstwo atrakcji: kilka placów zabaw, ścieżki edukacyjne i sportowe, miejsca na piknik z hamakami, ławkami, wiklinową wioskę, labirynt oraz siłownię na świeżym powietrzu. Jeśli chodzi o plac zabaw to naprawdę imponuje ilością atrakcji. Znaleźć tutaj można plac piratów ze statkiem w centralnym punkcie, urządzenia do zabawy w wodzie i piasku, huśtawki wahadłowe, karuzela kapsułkowa i tarczowa, trampoliny, piaskownice, tunele oraz plac muzyczny.

Park w Szczodrem to dla najmłodszych prawdziwy raj…Hubercik ze swoją kuzynką nie mogli się zdecydować, z których atrakcji korzystać. Kajcia również znalazła coś dla siebie. Bardzo się cieszę, że tak blisko Wrocławia, a zwłaszcza jadąc z Psiego Pola powstało takie fajne miejsce. Nie dość, że dla najmłodszych czeka tutaj mnóstwo radości, to jeszcze park znajduje się z dala od wielkomiejskiego zgiełku.