Przeskocz do treści

Pamiętam, jak wychowywałam się na wsi zwierzęta domowe były naturalną częścią naszej egzystencji. Psy, koty, kury, gęsi i kaczki biegały po naszym podwórku, a obok u sąsiadów doglądaliśmy krowy i konie. Mojej dzieci takiej możliwości nie mają. Hubercik pamięta jeszcze kota Szekspira, który zdechł ze starości dwa lata temu. Kajcia natomiast nie miała możliwości współegzystencji ze zwierzątkiem, niemniej jednak miłość do czworonogów wyssała niemal z mlekiem matki. Od pierwszych miesięcy życia widok psa czy kota wzbudzał w niej wiele emocji. Potrafiła przyglądać się na zwierzęta kilkanaście minut i wydawać dźwięki na ich widok. Jednym z pierwszych słów było „ła-ła”, co oznaczało „chau-chau”. Ale tak naprawdę prawdziwą miłość nasza Kajcia poczuła do psa o imieniu „Czaruś” w jednej z agroturystyk, do której pojechaliśmy na początku tego roku. Co dziennie budziła się rano wołając „ła-ła” i po ubraniu się leciała do drzwi naszego pokoju, chcąc zejść na dół do salonu, bo tam przybiegał „Czaruś”. Jak piesek biegał na dworze to Kajcia siadała na schodach przy oknie patrząc na swojego przyjaciela i wołając go do środka. Po powrocie na słowo „Czaruś” reagowała płaczem, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać się po 2 tygodniach jeszcze raz do tej samej agroturystyki. Przyjaźń pomiędzy Kajcią i Czarusiem kwitła nadal do tego stopnia, że zaczęłam zastanawiać się na zaadoptowaniem jakiegoś zwierzątka…

Jednak przed podjęciem decyzji lubię zgłębić wiedzę na dany temat. Zaczęłam szukać różne informacje na temat wspólnego bytowania zwierząt i dzieci oraz ich wzajemnego oddziaływania. Muszę przyznać, że szczególną uwagę przykuł pewien artykuł: https://www.psychologytoday.com/us/blog/animals-and-us/201707/why-kids-pets-are-better

Autor dokonał przeglądu wyników 22 badań, z których wynika, że dorastanie ze zwierzętami domowymi wiąże się z wyższą samooceną, rozwojem poznawczym i umiejętnościami społecznymi (czyli tzw. inteligencją emocjonalną). Co takiego mają w sobie zwierzęta domowe, że czynią życie dzieci lepszym? Zwierzęta domowe redukują u dzieci stres, zapewniają wsparcie społeczne i towarzystwo oraz poprawiają umiejętności komunikacyjne najmłodszych.

Jednakże autor przywołuje także  badania opublikowane w 2017 roku w czasopiśmie Anthrozoös, które naświetliły wprawdzie, że dzieci, które wychowywały się razem ze zwierzęciem:

  • Cieszą się lepszym stanem zdrowia
  • Są bardziej posłuszne
  • Są bardziej aktywne fizycznie
  • Są mniej humorzaste
  • Mają mnie problemów z nauką

Jednakże podczas badań zwrócono uwagę, że dzieci, które miały psa lub kota, pochodzą z bogatszych rodzin. Dlatego zaczęto zastanawiać się czy fakt posiadania zwierzęcia jest czynnikiem kluczowym wpływającym na rozwój dziecka. Po rozszerzeniu więc analizy badań o  czynniki socjo-ekonomiczne okazało się, że najmłodsi wychowujący się ze zwierzętami domowymi cieszą się lepszą kondycją zdrowotną, ale nie dlatego, że posiadają czworonoga, ale dlatego, że pochodzą z zamożniejszych domów i nie są członkami grup mniejszościowych.

Jak zwykle więc każdy kij ma dwa końce. Co badanie, to inna konkluzja. Niemniej jednak radość z jaką moje dzieci podchodzą do zwierząt domowych skłania mnie ku decyzji nabycia czworonożnego przyjaciela. Tym bardziej, że tak, jak wspomniałam sama wychowywałam się z czworonogami u boku. Co mi to dało? Przede wszystkim ogromną radość i przyjaźń. Po drugie, nauczyło mnie to systematyczności i pewnych obowiązków. Po trzecie, zawsze lubiłam się przytulać do swojego ulubionego pieska czy kotka. Nie mam pojęcia, czy dzięki przyjaźni ze zwierzętami stałam się mądrzejsza czy wykazuję wyższy poziom inteligencji emocjonalnej. Jedno jest pewne zwierzęta dają dzieciom dużo frajdy. A przy okazji jeśli będą zdrowsze lub się czegoś nauczą to tym bardziej uznam, że warto było…Musimy jednak rozważyć wszystkie za i przeciw. W zasadzie jedynym ograniczeniem są nasze częste wyjazdy. Jeśli uda nam się znaleźć rozwiązanie umożliwiające pogodzenie opieki nad zwierzęciem z naszą pasją podróżniczą to niedługo będzie nas więcej

Jakiś czas temu pisałam o rozszerzaniu diety mojej Kajci, której preferencje nie wpisywały się w żadne schematy żywieniowe: https://www.judytaszkudlarek.pl/rozszerzanie-diety-niemowlaka-nikt-nie-mowil-ze-bedzie-latwo.html. Wprowadzanie pokarmów było prawdziwą drogą przez mękę. Nie pomagały ciapki, BLW ani żadne inne sposoby. Za kilka dni Kajcia kończy 1,5 roku dlatego postanowiłam się z Wami podzielić dalszymi doświadczeniami żywieniowymi mojego małego uparciucha. Do dzisiaj moja córcia ma bardzo wysublimowane gusta i nie zadowoli się zbyt dużą ilością dań. Ale zaczynając od początku…

  • Moja Kajcia jest dzieckiem, które nie lubi próbować. Popatrzy na danie i albo jej przypadnie do gustu, albo nie. Wrażenia estetyczne są ważniejsze niż smak i aromat.
  • Kajcia lubi wyraziste smaki. Od początku rozszerzania diety musiałam jej przyrządzone posiłki lekko doprawiać pieprzem, solą i innymi przyprawami, ponieważ nie było mowy, aby zjadła coś mdłego. Zdaję sobie sprawę, że sól w przypadku dzieci nie jest zbyt zdrowa, ale wyszłam z założenia, że odrobina soli nikomu nie zaszkodzi, a ważniejsze dla mnie było, aby moja córcia miała pełny brzuszek. Obecnie Kajcia lubi lekko pikantne potrawy. Hitem naszej córki są wafle ryżowe o smaku papryki. W zasadzie nigdzie się bez nich nie ruszamy. Od maleńkości lubi ogórki kiszone. A podczas ostatniego wyjazdu na narty bardzo posmakowała jej zupa rybna, ale już sama ryba nie koniecznie.
  • Kajcia lubi ściśle określony sposób podania posiłku. Np. nie lubi obranego i pokrojonego jabłka. Za to chętnie je jabłko w całości ze skórką. Kanapki w całości nie ma mowy aby zjadła. Za to jak pokroję ją w kawałki i włożę do miseczki to Kajcia uwielbia nakładać je sobie na łyżeczkę i wsadzać do buzi.
  • Jeszcze do niedawna moja córcia nie zjadła jajka kurzego. Za to odkryłam, że uwielbia jajka przepiórcze.
  • Obecnie Kajcia jest miłośniczką wszelkich zup, ale nie przepada za drugimi daniami. Musi mieć naprawdę dobry dzień, aby zjeść coś na ciepło w postaci stałej.
  • Moja córcia niechętnie pije napoje z kubeczków czy bidonów, uwielbia za to picie z butelek. Mogą to być małe buteleczki dla dzieci z tzw. „dziubkiem” lub duże 1,5 litrowe. Te drugie nawet preferuje bardziej.
  • Dalej ważnym elementem w diecie mojej córci jest mleko, które musi mieć odpowiednią temperaturę. Nie może być letnie, tylko ciepłe. W przeciwnym razie zaczyna się plucie i krzyczenie „nie, nie, nie”
  • Preferencje mojego dziecka ulegają częstym zmianom. Tak, jak wspomniałam do niedawna Kajcia nie jadła jaj kurzych, a od dwóch tygodni jest ich miłośniczką. Jeszcze miesiąc temu moja córcia miała ściśle określony kanon zup, które spożywała. Obecnie zjada wszystkie.
  • Istotne dla mojej córci jest również miejsce i pora posiłku. To, co je w żłobku niekoniecznie smakuje jej w domu i na odwrót. Zupkę musi zjeść przed drzemką (tak, jak w żłobku). Kiedy próbowałam jej podać zupkę po drzemce, nie było szans, aby ją spożyła

Rozszerzanie diety Kajci nie było i nie jest łatwe, ale nauczyło mnie jednego. Trzeba znaleźć na dziecko sposób i być baaaaaaardzooooooooo cierpliwym….Koniecznie trzeba zaprzyjaźnić się z nawykami swojej pociechy. Odkrycie zasad mojej córci trwało nieraz kilka tygodni. Okupione było czasem frustracją i bezsilnością. Z zazdrością patrzyłam na dzieci koleżanek, które wszystko zjadały z prędkością światła. Moja Kajcia zawsze jadła małe porcje, a w pogotowiu musiałam mieć odciągnięte mleko, aby w ostateczności, jak już nic nie przypadło jej do gustu, zapełnić jej żołądeczek. Niejednokrotnie martwiłam się czy moja córcia jest dobrze odżywiona. Zrobiłam jej podstawowe badania krwi i okazało się, że jest okazem zdrowia. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba wsłuchać się dobrze w potrzeby swojego dziecka i nie robić nic na siłę. Zresztą w przypadku Kajci nie da się zrobić nic wbrew jej przekonaniom…

Hubercik rozpoczął swoją przygodę na nartach rok temu, mając 3,5 roku. O pierwszych jego szusach pisałam tutaj: https://www.judytaszkudlarek.pl/pierwsze-koty-za-ploty-czyli-uczymy-hubercika-jezdzic-na-nartach.html. W poprzednim sezonie chcieliśmy sprawdzić gotowość synka do jazdy na nartach. Okazało się, że synek załapał bakcyla i dopytywał kiedy będzie mógł znowu pojeździć. W tym roku postanowiliśmy więc dalej dokształcać Hubercika w tym kierunku. W Nowy Rok wybraliśmy się do Starego Gierałtowa właśnie z myślą o nartach. Miejscowość ta stanowi znakomitą bazę wypadową dla narciarzy:

  • do okolicznych Bielic jest około 10km,
  • do Czarnej Góry niecałe 12 km
  • do Kamienicy również niecałe 12 km

 

W Czarnej Górze przeważnie jest bardzo tłoczno, a my jakimiś super narciarzami nie jesteśmy więc wolimy raczej mniej ludne miejsca. Co więcej, ze względu na dzieci wolimy bardziej spokojne stoki. Polecone nam zostały Bielice. Kamienice też nam rekomendowano, ale akurat w czasie naszego pobytu stok był zamknięty.

W Bielicach stok jest może niezbyt długi, ale przyjazny dla średniozaawansowanych narciarzy. Znajduje się tutaj szkółka narciarska oraz wypożyczalnia sprzętu. Instruktora trzeba zarezerwować minimum z jednodniowym wyprzedzeniem. Koszt nauki z instruktorem wynosi 80 zł (przy rezerwacji wymagana jest zaliczka w wysokości 40 zł). O ile w zeszłym roku Hubercik trafił dydaktyka z bardzo dobrym podejściem do dzieci, o tyle w tym roku nie miał tyle szczęścia. Muszę przyznać, że po godzinnym instruktażu nasz synek się trochę zraził, ponieważ stwierdził, że Pan instruktor na niego krzyczał. Byłam zniesmaczona tą sytuacją, ponieważ zakładałam, że skoro ktoś pracuje z dziećmi, to powinien mieć odpowiednie predyspozycje ku temu. Nasz błąd polegał na tym, że nie dopytaliśmy o kwalifikacje instruktora w zakresie pracy z najmłodszymi.

Na szczęście rozczarowanie naszego synka nie trwało zbyt długo. Na drugi dzień rano wstał uśmiechnięty i zapytał się czy jedziemy na narty z zaznaczeniem, że chciałby, że tatuś go uczył jeździć a nie instruktor. Dobrze, że Hubercik nie zniechęca się do podejmowanych aktywności.

Kolejnym razem będąc również w Bielicach poprosiłam o instruktora z podejściem do dzieci. Tym razem Hubercik miał więcej szczęścia i trafił na Panią instruktor, która okazała się trafem w dziesiątkę. Nasz synek był bardzo zadowolony, ponieważ Pani instruktor była bardzo cierpliwa i chwaliła go za dobrze wykonane zadania.

Jeśli chodzi o postępy..za każdym razem widzimy jak Hubercik rozwija się w tym sporcie. Jedyną trudnością jaką napotyka to fakt, że nasz synek boi się upadać i za wszelką cenę chce złapać równowagę. Każde spotkanie z nartami owocuje jednak postępami, a my jesteśmy dumni, patrząc jak 4latek świetnie radzi sobie z tym sportem, zważywszy, że my z mężem uczyliśmy się jeździć na nartach mają prawie 30 lat.

Koło stoku znajduje się niewielki bar z kominkiem. Można tutaj zjeść smaczną zupę oraz napić się ciepłej herbaty. Jedynym mankamentem jest niewielki metraż pomieszczenia, co powoduje, że przy kilkunastu osobach robi się tutaj naprawdę tłoczno i nie ma miejsc do siedzenia.

Bielice jednak polecam jeszcze z jednego względu. Można podziwiać tutaj przepiękne widoki. Dzieci mogą w tym miejscu pojeździć na sankach. A dla przeciwników sportów zimowych polecam piękne trasy spacerowe. Jest to bardzo fajne miejsce dla rodzin z dziećmi. Przypadło nam tak bardzo do gustu, że na koniec stycznia postanowiliśmy tutaj wrócić.

Będąc w Starym Gierałtowie wybraliśmy się do Czech, aby zdobyć Ścieżkę Obłokach zimą (początek stycznia 2020).

Informacje jak dojechać do Ścieżki znajdziesz tutaj: https://www.dolnimorava.cz/pl/jak-dojechac-do-sciezki. Przyjechaliśmy na parking Relax & Sport Dolní Morava około 10 rano i bez problemu na parkingu można było znaleźć miejsce. Parking jest bezpłatny. Aby dostać się na Ścieżkę w obłokach są dwie możliwości:

  • Własnym samochodem wjazd nieco wyżej na płatny parking pod kolejką linową (tą opcję odradzamy z tego względu, że przy większym ruchu turystycznym może być problem ze znalezieniem miejsca pod kolejką. Co więcej, droga jest wąska i przy większej ilości samochodów robi się ciasno)
  • Pod kolejkę linową można dojechać bezpłatnym Skibusem, który kursuje co pół godziny.

My wybraliśmy tą drugą opcję. Skibus podwiózł nas pod samą kolejkę. Poza tym przejażdżka ski busem stanowiła również atrakcję dla naszych pociech. Przy kolejce zastała nas śnieżyca i silny wiatr, więc w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się, że na Ścieżkę uda się Grzesiu z Hubercikiem, a ja z Kajcią poczekamy w restauracji przy kolejce.

Bilety można zakupić w kasie znajdującej się po prawej stronie przy kolejce. Można płacić zarówno gotówką, jak i kartą. Cennik dostępny jest tutaj: https://www.dolnimorava.cz/pl/cennik

Pod Ścieżkę w obłokach wjeżdża się wyciągiem kanapowym dla narciarzy. Po opuszczeniu wyciągu kierować się należy w prawo na trasę widokową. 100 metrów dalej znajduje się punkt docelowy czyli drewniana Ścieżka w chmurach. Konstrukcja robi wrażenie. Ślimakiem podąża się w górę pod lekkim nachyleniem, oglądając dookoła widoki. W związku z zimową porą widoczność była ograniczona i rzeczywiście spacerowaliśmy w chmurach i mgle. Ekstremalne wrażenia potęgował silny mroźny wiatr. 4,5 letni Hubercik dzielnie szedł pod górę, aczkolwiek prosił, aby trzymać go za rękę, bo obawiał się porwania przez silne podmuchy.

Po drodze czekają na odwiedzających niespodzianki. W połowie drogi do wyboru jest podążanie dotychczasowym deptakiem lub wejście na poziom wyżej zmyślnie skonstruowanym tunelem uplecionym z liny. Wejście do tunelu robi wrażenie, ponieważ osoba wchodząca zbacza ze ścieżki i znajduje się zawieszona nad przepaścią. Ze względu na obawy Hubercika z tej opcji zrezygnowaliśmy i udaliśmy się na samą górę drewnianą ścieżką. Na samej górze można się cieszyć piękną panoramą, efektem bycia  w chmurze i satysfakcją z dotarcia na taką wysokość. A dla odważnych istnieje możliwość wejścia na przezroczystą podłogę utkaną z lin i spojrzenie w dół z wysokości kilkudziesięciu metrów.

Ostatnią atrakcją, niestety nieczynną zimą jest 100-metrowy zjazd tunelem z najwyższego punktu Ścieżki na dół. Po wejściu na szczyt tą samą drogą schodzi się na dół i wyciągiem kanapowym wraca do punktu wejścia.

Ścieżka w obłokach z małym dzieckiem

Na trasie spotkaliśmy kilka par z niemowlakami Część z nich maleństwo niosła w chuście ochraniającej przed zimnem. I rzeczywiście wybierając się na Ścieżkę w obłokach chusta jest lepszym rozwiązaniem, ponieważ bezpiecznie można wyciągiem kanapowym wjechać z maleństwem na górę i chusta chroni przed silnym wiatrem czy śnieżycą.

W przypadku wózka z gondolą wjazd wyciągiem na górę nie wchodzi w grę. W przypadku małej, składanej spacerówki można ją złożyć i wwieść na górę na ramieniu niczym narty. Po dotarciu na Ścieżkę w obłokach po samej ścieżce bez problemu można poruszać się wózkiem.

Ja z Kajcią, która miała w tym czasie niecałe 1,5 roku nie zdecydowałyśmy się na wjazd na górę z tego względu, że Kajcia jest bardzo wrażliwa na zimno i obawiałam się jej reakcji na tak silny wiatr i śnieżycę oraz fakt bycia na dużej wysokości. Ponadto, nasza Kajcia nie lubi mieć skrępowanych ruchów i sam fakt ubrania w strój zimowy potęgował jej niezbyt dobry humor. Dlatego zdecydowałyśmy się na dłuższą przerwę w restauracji, aby mogła pobiegać w samym dresiku w ciepłym pomieszczeniu.

Gdzie można zjeść?

Przy parkingu głównym znajduje się kilka restauracji i budek z jedzeniem. Ponadto, przy wjechaniu na parking przy wyciągu znajduje się restauracja, w której można zjeść dobry obiad, napić się kawy lub herbaty i skusić się na przepyszny deser.

Ścieżka w obłokach robi niesamowite wrażenie. Jak powiedział sam architekt tego dzieła Zdeňk Fránk „Wyjątkowość projektu polega na wykorzystaniu w dużej mierze drewna, co nie jest typowe dla konstrukcji tych rozmiarów. Konstrukcja wytwarza także nowy rodzaj przeżyć, gdzie człowiek uświadomi sobie jak mały jest w porównaniu z otaczającą przyrodą”.

Jeseniki (Jesionik) jest to niewielkie miasteczko uzdrowiskowe po stronie czeskiej, położone zaledwie 42 km od Lądka Zdroju. To, co przyciągnęło nas do tego miejsca to ciekawa historia, związana z osobą  Vincenza Priessnitza, który w XIX wieku założył tutaj uzdrowisko. Ale zanim przejdę do samego opisu miejscowości chciałabym przybliżyć Wam postać niejakiego Vincenza Priessnitza….

Widok z Parku Priessnitza na Hotel Priessnitz

Vincenz Priessnitz

Instrukcja w Parku Priessnitza

Według legendy pewnego dnia Vincenz Priessnitz, który skręcił nogę w wyniku upadku z konia, zobaczył sarnę, która swoją skaleczoną nogę moczyła w źródełku. Ta obserwacja skłoniła go do zweryfikowania leczniczych właściwości wody. Sprawdzając na własnej skórze zwrócił uwagę na prozdrowotne znaczenie kąpieli w górskich źródełkach, zimnych prysznicy (nazwa prysznic pochodzi właśnie od nazwiska twórcy hydroterapii) i okładów z wody. Tym samym przyczynił się do zrewolucjonizowania podejścia do terapii wodnych. Jego metody lecznicze stały się popularne wśród ówczesnych elit, a „bywanie u wód” było wyznacznikiem przynależności właśnie do tej grupy społecznej. Według niego zimna woda połączona z wysiłkiem fizycznym, promieniami słonecznymi i zdrową żywnością może zdziałać cuda w naszym organizmie. Priessnitz zalecał np. chodzenie boso po trawie i zwracał uwagę na lecznicze właściwości snu. To, co dla nas dzisiaj jest oczywiste w XIX wieku było „novum”. Swoje nowoczesne metody hydroterapii zaimplementował Vincenz Priessnitz właśnie w Jesenikach, gdzie stworzył uzdrowisko. Przybywali tutaj między innymi Lew Tołstoj, Nikolaj Gogol czy Zygmunt Krasiński.

Tablica upamiętniająca wizytę Gogola w sanatorium

Sam Vincenz Priessnitz miał zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników. Próbowano posądzić go o szarlatanerię, ale na jego korzyść przemawiał fakt, że nie namawiał on ludzi do korzystania z żadnych medykamentów ani ziół, a wykorzystywał naturalne zasoby jakimi jest np. woda. Co więcej, w 1830 roku rząd austriacki oficjalnie uznał hydroterapię jako alternatywną metodę leczenia. Próbowano także zarzucić Priessnitzowi, że jego metody mają ograniczony charakter, bowiem sprawdzają się tylko w regionie górskim. On jednak jeździł w różne regiony Europy (nie koniecznie górskie) uzdrawiać ludzi i jego metody również tam się sprawdzały.

Jedno ze stanowisk leczniczych w Parku Priessnitza

Vincenz Priessnitz do pozycji jaką osiągnął w życiu doszedł sam, a pomogły mu w tym wnikliwa obserwacja przyrody i wytrwałość w dążeniu do celu. Nie miał on żadnego wykształcenia medycznego, a co więcej był analfabetą. Jego metody leczenia stały się popularne nie tylko w Europie, ale na wszystkich kontynentach. Dobrą reputację zyskał zwłaszcza po tym, jak w 1826 roku został zaproszony do Wiednia, aby wyleczyć brata cesarza. Do Jesenik zaczęli więc licznie przybywać ówcześni monarchowie, hrabiowie, książęta, a także lekarze z całego świata, którzy podpatrywali nowoczesne metody i implementowali je w swoich ojczyznach.

Co warto zobaczyć w Jesenikach?

Lazne Jeseniki

Dawne Sanatorium Priessnitz to obecnie Hotel Priessnitz. Hotel z jednej strony otoczony jest parkiem, w którym znajduje się ścieżka zdrowotna. Na niej usytuowane są stanowiska, na których bezpłatnie można skorzystać z terapii wodnych. Przy każdym z nich znajduje się instrukcja w jaki sposób należy korzystać z terapii. My byliśmy w Jesenikach zimą, więc stacje te były zasypane śniegiem, ale na pewno wrócimy tutaj latem. Z drugiej strony hotelu znajduje się Promenada Rippera.  Johann Ripper był zięciem Priessnitza i jednocześnie propagatorem metody leczenia swojego teścia. Był oficerem w austriackiej armii, który przybył do Jesenik poślubić córkę Priessnitza Marię Annę. To on zainicjował budowę promenady z muzycznym pawilonem. Dzisiaj podczas spaceru promenadą podziwiać można przepiękne drzewostany, pomniki wzniesione Priessnitzowi przez jego uzdrowionych pacjentów, a także przepiękne widoki grzbietów Wysokiego Jesionika oraz Gór Opawskich.

Hotel Priessnitz
Pawilon Muzyczny
Promenada Rippera

Rynek w Jesenikach

Na środku rynku znajduje się ratusz, wokół którego znajdują się charakterystyczne kolorowe budynki. My załapaliśmy się jeszcze na atmosferę Bożonarodzeniową. Tuż przy ratuszu stała pięknie przyozdobiona choinka i budki, które niestety były zamknięte. Rynek jest niewielki, ale warto się nim przespacerować dla poczucia atmosfery czeskiego miasteczka.

Ratusz w Jesenikach

Gdzie zjeść w Jesionikach?

Zdecydowanie polecamy Kawiarnię Wiedeńską przy Promenadzie Rippera. Oferują tutaj nie tylko przepyszną kawę, ale także dania obiadowe i rewelacyjne ciasta. Poza tym z okiem Kawiarni roztaczają się przepiękne widoki. A wiosną i latem można zasmakować wiedeńskiej kawy na tarasie na świeżym powietrzu.

Wiedeńska Kawiarnia
Wiedeńska Kawiarnia

Podsumowując, Jeseniki mnie zachwyciły. Położone są zaledwie 120 km od Wrocławia, a przyznam szczerze, że do tej pory nie wiele o nich wiedziałam. Historia Vincenza Priessnitza, dotąd mi nieznana, zainspirowała mnie do zakupienia biografii o tym człowieku i zgłębienia wiedzy na jego temat. Mojego męża wizyta w Jesenikach zachęciła do brania codziennie zimnego prysznica i twierdzi, że czuje się po nich znacznie lepiej. Ponadto, na wielu portalach poświęconych Jesenikom podkreśla się, że właśnie w Jesenikach  powietrze jest najczystsze w całej Europie kontynentalnej. Wszystko więc przemawia za tym, aby tutaj przyjechać...

Widok z Promenady Rippera

Stary Gierałtów- trochę historii…

Stary Gierałtów jest jedną z najstarszych wsi w Kotlinie Kłodzkiej. Usytuowana jest pomiędzy Górami Złotymi a Bialskimi. Pierwsze wzmianki o miejscowości sięgają XIV wieku. Pierwotnie była własnością Ottona, Reinczka i Nicolausa von Glubos.W VII wieku wioska została zakupiona przez rodzinę Althanów  z Międzylesia. Okres świetności miejscowości przypada na drugą połowę XVIII wieku, dzięki rozwojowi rzemiosła, handlu, tkactwa i lokalnego przemysłu. Od XIX wieku miejscowość zaczęła być także atrakcyjnym celem turystycznym.

Stary Gierałtów - co warto zobaczyć?

We wsi zachował się kościół z 1798 roku. Zachowało się w nim wnętrze pochodzące z XVIII-XIX wieku. Świątynia usytuowana jest na wzgórzu skąd rozpościerają się przepiękne widoki. Do kościoła prowadzi aleja brzózek. Niedaleko kościoła początek swój ma Droga Krzyżowa, zrobiona z drewnianych słupków. A oto komunikat miejscowego proboszcza dotyczący Drogi Krzyżowej.

W Starym Gierałtowie warto zwrócić uwagę na piękne domy pochodzące z XIX wieku. Są one przeważnie murowane lub drewniano-murowane. Przy wielu domach można spotkać małe kapliczki. Przyznam szczerze, że robią one wrażenie.

Na terenie wsi znaleźć można kapliczkę pochodzącą z XVIII wieku.

Stary Gierałtów- dlaczego warto przyjechać?

Miejscowość jest atrakcyjna zarówno latem, jak i zimą. Przez miejscowość przebiegają trasy piesze i rowerowe:

  • Stary Gierałtów – Karpno – Nowy Gierałtów – Stary Gierałtów, niecałe 12 km
  • trasa Stary Gierałtów – Nowy Gierałtów – Bielice – Przełęcz Sucha (1006 m.n.p.m.) – Przełęcz Dział (922 m.n.p.m.) – Stary Gierałtów, niecałe 26 km
  • Lądek Zdrój - Trojak (766 m. npm.) - Zamek Karpień - Stary Gierałtów (przystanek PKS), czas przejścia ok. 3 godziny

Na terenie miejscowości znajduje się świetlica „Trzy siostry”, w której w każdą sobotę od godziny 12 do 14 odbywa się kiermasz produktów lokalnych, na którym można kupić rękodzieło, produkty lokalne, wypieki oraz pamiątki. Nazwa świetlicy wywodzi się od nazwy grupy skał w Górach Bialskich.

W zimie Stary Gierałtów jest znakomitą bazą wypadową dla narciarzy do okolicznych Bielic (10km), Czarnej Góry (niecałe 12 km) czy Kamienicy (niecałe 12 km).

Miejscowość usytuowana jest w niedalekiej odległości od Lądka Zdroju (12km) i granicy polsko- czeskiej (do przejścia w Lutyni / Przełęcz Lądecka jest niecałe 15 km, do przejścia Przełęcz Płoszczyna jest niecałe 17 km)

Stary Gierałtów- gdzie nocować i zjeść?

Tym razem nocowaliśmy w Agroturystyce Maciejówka, którą gorąco polecamy. Panuje w niej domowa, luźna atmosfera. Na piętrze znajduje się 7 pokoi, a na dole ogólnodostępna kuchnia z salonem. Można tutaj zorganizować grilla lub/i ognisko. Dla dzieci dostępny jest plac zabaw. Jednak największą atrakcją dla moich pociech był piesek „Czaruś”, który codziennie do nas przychodził i spacerował z nami po miejscowości. Moja Kajcia oszalała na jego punkcie.

Posiłki można  zamówić sobie u Pani właścicielki. My akurat stołowaliśmy się w innych miejscach, ale osoby, które spotykaliśmy w kuchni, bardzo chwaliły kuchnię przesympatycznej Pani gospodyni.

Polecamy natomiast knajpkę Raj Pstrąga: https://rajpstraga.pl/knajpka/ znajdującą się w Goszowie, 4 km od Starego Gierałtowa. Można w niej zjeść przepyszne ryby (smażone, grillowane i wędzone), zupy (rybna i kwaśnica) oraz lokalne wyroby np. napić się pigwoniady (lemoniady zrobionej z pigwy). Powiem szczerze, że rybki tutaj są przepyszne. Jadłam pstrąga w wielu miejscach, ale tutaj jest on wyjątkowy.

W tym roku spędzamy święta tradycyjnie w domu. Jednak w zeszłym roku zdecydowaliśmy się pierwszy raz na spędzenie Świąt Bozegonarodzenia poza domem. Chciałam się z Wami podzielić swoimi doświadczeniami w tym temacie. Przede wszystkim decyzja o wyjeździe na święta nie należała do łatwych. Święta zawsze kojarzyły mi się z czasem spędzonym razem z rodziną. Szczególnie Święta Bożegonarodzenia. Nawet jeśli w rodzinie nie działo się najlepiej, to Bożenarodzenie zawsze było tym czasem jednoczącym wszystkich. Zdecydowaliśmy się jednak na wyjazd z kilku względów:

  • Rok 2018 był dla nas trudny. Kiedy zaszłam w ciążę z Kajcią była to ciąża zagrożona niemal od samego początku. Kilka razy leżałam w szpitalu. Żyłam strachem o życie Kajci. Z drugiej strony, musiałam po raz pierwszy na kilka tygodni zostawić Hubercika. Każde nasze spotkanie w szpitalu sprawiało, że wylewałam morze łez. Mój 3,5 letni synek znosił to znacznie lepiej niż ja. Cały czas powtarzał mi „mamusiu poleżysz tu kilka dni i wrócisz do nas”. Na szczęście wszystko dobrze się skonczyło. Kajcia urodziła się zdrowa. Niemniej jednak był to rok bardzo emocjonujący. Po tak trudnym roku postanowiliśmy się gdzieś wyrwać…
  • Od kilku lat Wigilia organizowana jest u nas w domu i gros przygotowań spoczywa na mnie. Powiem szczerze, że nie wyobrażałam sobie przygotowania świąt z dwójką małych dzieci. Chociaż, żeby tradycji stało się zadość, przygotowałam uroczystą kolację dla rodziny na początku grudnia, były wigilijne dania (może nie aż 12, ale tyle ile udało mi się przygotować z 4-miesięcznym niemowlakiem i 3,5 latkiem), choinka, prezenty, więc Hubercik miał poczucie, że święta obchodził zgodnie z tradycją.
  • Po trzecie, będąc kilkakrotnie w szpitalu okazało się, że w trudnych chwilach najbardziej pomogli nam przyjaciele i znajomi. Przykro mi o tym pisać, ale na rodzinę nie mogłam za bardzo liczyć. Na wyjazd zdecydowaliśmy się z najbliższymi przyjaciółmi, których traktujemy z Grzesiem jak rodzinę. Mieliśmy więc przy osobie bardzo bliskie osoby, które w każdej sytuacji życiowej były z nami.

I muszę przyznać, że wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Ominęło nas przedświąteczne szaleństwo zakupów, przedświąteczne zamieszanie i nerwówka związana z przygotowaniami, składanie życzeń z mniej lubianymi osobami. Zamiast siedzenia przy stole w tym świątecznym czasie popłynęliśmy na zwiedzanie Gozo. Czas, poświęcony na przygotowania mogliśmy wykorzystać na to, aby naprawdę być razem. Czerpaliśmy z każdej chwili spędzonej razem. Nie mieliśmy złudnych nadziei, że spadnie śnieg, a cieszyliśmy się wiosennymi temperaturami. Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie jest spędzać święta kiedy na zewnątrz jest 15-18 st. C i świeci słońce. Wigilię spędziliśmy w hinduskiej restauracji, dzieląc się opłatkiem, co wzbudziło zainteresowanie samego właściciela. Najbardziej za rodziną tęskniłam właśnie w wigilijny wieczór. Nie powiem, że nie zakręciła mi się łezka w oku. Przez 36 lat wpajano mi tradycyjne podejście do Świąt. Przełamać tradycję, nawyk, stereotyp nie jest łatwo. Tym bardziej, że stosunek naszych bliskich do naszego wyjazdu nie zawsze był pozytywny. Moja mama i teściowa nie omieszkały skomentować tego odpowiednio. Paradoksalnie moja 92-letnia babcia podeszła do tego bardzo wyrozumiale i teraz co święta pyta nas czy gdzieś nie wyjeżdżamy. Wielu znajomych przyznało się nam, że chętnie też mieliby ochotę wyjechać gdzieś na Święta Bożegonarodzenia, ale obawiają się reakcji najbliższych. Ja z perspektywy czasu niczego nie żałuje. Mój mąż, był zachwycony również pomysłem odmiennego świętowania Bożegonarodzenia. Hubercik nie chciał wracać z Malty. A Kajcię zapytam o stosunek do tego pomysłu za kilka lat….

Tym razem wybraliśmy się na Jarmark Bożonarodzeniowy do Norymbergi. Jest to jeden z najbardziej popularnych jarmarków nie tylko w całych Niemczech, ale na całym świecie. Co roku przybywa tutaj 2 miliony turystów ze wszystkich kontynentów, aby poczuć aromat granego wina, zapach słodkich prażonych migdałów, kiełbasek norymberskich i pierników.  Znajduje się on na Starym Mieście, w samym sercu Norymbergi. Na jarmarku znajduje się niemal dwieście straganów, pięknie przyozdobionych, oferujących szeroki asortyment (przepyszne dania, piękne wyroby rękodzielnicze itd.)

Historia jarmarku

Tradycja jarmarku Bożonarodzeniowego w tym mieście sięga XVII wieku, jednak nie zawsze był tak znany. Dopiero w XX wieku promocja Norymbergi przez reżim nazistowski przyczyniła się także do spopularyzowania jarmarku. Podczas II wojny światowej jarmark nie był organizowany, ale już w 1948 roku powrócono do tej tradycji.

Atrakcje dla dzieci

Jarmark Bożonarodzeniowy w Norymberdze to prawdziwy raj dla najmłodszych. Po wejściu na jarmark na pierwszy plan wysuwa się dwupoziomowa karuzela z reniferami i Mikołajem. Tuż obok znajduje się diabelski młyn i kolejka parowa. Przy odrobinie szczęścia można spotkać św. Mikołaja, który bardzo chętnie pozuje do zdjęć. Na straganach nie tylko można kupić dzieciom słodkości i zabawki, ale najmłodsi mogą wziąć udział w warsztatach rękodzielniczych- np. pieczenia pierników czy robienia świec.

Godziny otwarcia

Jarmark jest czynny w tym roku od 29 listopada do 24 grudnia. Od poniedziałku do niedzieli czynny jest w godzinach od 9:00 do 21:00. W wigilię otwarty jest od 10:00 do 14:00

Przyznam szczerze, że jarmark w Norymberdze zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Po pierwsze, jest znacznie większy niż we Wrocławiu. Po drugie, jest bardziej przestrzenny. Mimo, że byliśmy na nim na początku grudnia nie czuć było tłumów ludzi. Spokojnie można było przejechać wózkiem. Po trzecie, znacznie więcej jest tutaj atrakcji dla dzieci niż na naszym wrocławskim rynku. Po czwarte, można tutaj spróbować przepysznych bawarskich dań, zasmakować nie tylko pieczonych kasztanów, prażonych migdałów, ale także napić grzanego wina lub grzanego ajerkoniaku.

Mikołaja znają dzieci na całym świecie. Dla jednych to Santa Claus,  dla innych Saint Nicholas, Santy, Father Christmas, Kris Kringle, Saint Nick… W niektórych krajach przybiera on postać żeńską...niezależnie jednak od nazwy jednak jego cel jest w każdym zakątku świata taki sam: uszczęśliwić dzieci poprzez obdarowanie ich prezentem.

Father Christmas w Wielkiej Brytanii

Jego pochodzenie datuje się na XVI wiek. Ubrany jest w zielone lub szkarłatne szaty. Uważany jest za patrona dobrego nastroju, radości oraz biesiady. Dlatego rodziny zostawiają dla Father Christmas jedzenie oraz jakiś mocniejszy trunek. Niektórzy dla reniferów zostawiają marchewkę. Podobnie jak w Polsce, w Wielkiej Brytanii dzieci piszą listy do Father Christmas. Pierwotnie palono je, bowiem wierzono, że w taki sposób są transportowane na Biegun Północny. Praktyka ta została aktualnie zawieszona i wysyła się je za pośrednictwem poczty

Santa Claus w Stanach Zjednoczonych

Santa Claus znany jest z wielu bajek amerykańskich. Ciągnięty jest przez osiem reniferów, a najbardziej znany z nich to Rudolf, renifer z czerwonym noskiem. Santa Claus przedstawiany jest jako starszy pan w biało-czerwonej szacie. Mieszka wraz z żoną i elfami na Biegunie Północnym. Roznosi prezenty w Wigilię Bożegonarodzenia i zostawia je pod choinką. Niegrzeczne dzieci nie dostają jak u nas rózgi, tylko węgiel. W zamian za prezenty dzieci zostawiają mu mleko i ciastka.

Joulupukki w Finlandii

Joulupukki ciągnięty jest przez renifery i odwiedza domy w całym kraju, zostawiając prezenty dla dzieci. Pochodzenie Joulupukki wywodzi się ze starożytnej Skandynawii i opiera się na mitycznej nordyckiej postaci, jednakże chrześcijaństwo włączyło tę starożytną pogańską tradycję i połączyło z obchodami świętego Mikołaja, tworząc tradycję chrześcijańską

Sinterklaas w Holandii

Sinterklaas jest postacią bardziej realną w porównaniu z Mikołajem w innych krajach. Bardziej przypomina biskupa niż fikcyjną postać. Nosi pelerynę i nakrycie głowy podobne do stroju noszonego przez duchownych. Na palcu nosi rubinowy pierścień, jeździ na białym koniu i często ma laskę. Ma on swojego towarzysza-pomocnika  Zwarte Piet (Black Peter), który  jest czarnoskórym mężczyzną o kręconych włosach i czerwono-białym stroju. Odpowiedzialny jest za karanie dzieci, które były niegrzeczne przez cały rok. Sinterklaas dostarcza prezenty nie w ciągu jednej nocy, ale w ciągu trzech tygodni i wrzuca je do domów kominem.

Grandfather Frost (Dziadek Mróz) w Rosji

W Rosji podczas prawie 100-letnich rządów komunistycznych zniechęcano do kultywowania tradycji religijnych, jednak pomimo różnych zawirowań politycznych utrzymano tradycję obdarowywania prezentami.

Jego pochodzenie związane jest z pogańską historią, według której Dziadek Mróz był złym czarownikiem, który porywał dzieci i domagał się prezentów jako okupu. Obecnie już nie porywa dzieci, ale obdarowuje je podarkami. Przedstawiany jest jako starszy pan w stroju jasnoniebieskim lub czerwonym, a towarzyszy mu jego wnuczka „śnieżna dziewczynka”. Poruszają się na białym koniu. Przed 1917 rokiem Dziadek Mróz roznosił prezenty w okolicach Bożegonarodzenia, obecnie jego działalność związana jest bardziej z Nowym Rokiem. W Sylwestra lub w Nowy Rok wręcza prezenty osobiście lub zostawia pod choinką.

W Rosji dzieci wierzą jeszcze w Babuszkę. Jedna z historii mówi,  że Babuszka  wyruszyła w długą podróż w poszukiwaniu dzieciątka Jezus. W związku z tym, że nie znalazła małego Jezuska, obecnie szuka grzeczne dzieci i obdarowuje je prezentami. Dlatego też jej działalność ma miejsce w święto Trzech Króli.

Rosjanie aktualnie wybierają sobie postać, w którą chcą wierzyć. Jedni wierzą w Dziadka Mroza, inni w Babuszkę, a jeszcze inni w św. Mikołaja.

La Befana we Włoszech

La Befana, podobnie jak rosyjska Babuszka jest kobietą, która wyruszyła w poszukiwanie dzieciątka Jezus. Jest ona postrzegana jako czarownica, która w święto Trzech Króli leci na miotle zostawiając dla grzecznych dzieci prezenty oraz węgiel lub rózgę dla tych niegrzecznych.

Święty Haraboji w Korei

W Korei chrześcijaństwo jest wciąż stosunkowo nowe, więc tradycje Bożonarodzeniowe są tutaj także nowością. Korea ma własną wersję Świętego Mikołaja. Święty Haraboji, czyli Dziadek Święty Mikołaj. Wygląda on podobnie do Świętego Mikołaja z Europy Zachodniej, ale nosi tradycyjny koreański kapelusz i niebieski strój zamiast czerwonego.

Hoteiosho w Japonii

W Japonii święta Bożegonarodzenia służą raczej do szerzenia radości i szczęścia, nie są natomiast świętem religijnym. Wigilia postrzegana jest jako okazja do spędzenia romantycznych chwil z partnerem, dlatego najbliżsi obdarowują się prezentami. Warto wspomnieć, że Bożenarodzenie nie jest w Japonii świętem państwowym, ale urodziny cesarza przypadające na 23 grudnia już takowym świętem są.

W Japonii odpowiednikiem naszego Mikołaja jest Hoteiosho, który jest mnichem buddyjskim z oczami z tyłu głowy, aby widzieć jak zachowują się dzieci. Przynosi im prezenty. Hoteiosho przychodzi w Sylwestra do posprzątanego domu. Uznawany jest za boga szczęścia.

Mikołaj w Indonezji

Chociaż Indonezja jest krajem muzułmańskim, wiele osób świętuje tutaj Bożenarodzenie. Święto to jest określane w tym kraju jako Natal, od słowa portugalskiego. Choinkę tutaj robi się z piór kurcząt. Większość chrześcijan mieszka na południu wyspy, więc to w tej części kraju spotkać można przepiękne dekoracje bożonarodzeniowe, a Wigilię mieszkańcy tej części wyspy obchodzą hucznie, całą noc strzelając fajerwerkami.

  • Na Korfu lecieliśmy Ryanairem z Katowic. Do Katowic pojechaliśmy samochodem. Samochód zostawiliśmy na parkingu około 5 km od lotniska. W Katowicach przy lotnisku jest mnóstwo parkingów, gdzie można zostawić auto na czas urlopu. Kosztują nie wiele. Za 11 dni zapłaciliśmy niecałe 90 zł. Właściciel oferuje w cenie zawiezienie na lotnisko i przywiezienie z lotniska na parking w dniu powrotu z urlopu.

  • Nocleg – na Korfu lecieliśmy w trzy rodziny. Na Airbnb znaleźliśmy apartament z trzema sypialniami, salonem i dwoma łazienkami. Zależało nam, abyśmy byli w jednym miejscu, a po uspaniu dzieci, aby był salon, w którym moglibyśmy posiedzieć i spokojnie porozmawiać. Nasze mieszkanko znajdowało się w miejscowości Kastania, około 30 minut autobusem do centrum Kerkyry. Za dobę płaciliśmy 614 zł, czyli na rodzinę wyszło nas nieco ponad 200 zł za dobę. Z Korfu płynęliśmy do Albanii, więc na Korfu zarezerwowaliśmy sobie tylko 4 noclegi. Po przybyciu na miejsce okazało się, że nasz apartament jest wolny także kiedy będziemy wracać z Albanii. Przed wylotem do Polski chcieliśmy jeszcze na Korfu spędzić 2 dni. Dogadaliśmy się z właścicielką, że w związku z tym, że rezerwacji dokonujemy poza Airbnb i jest już poza sezonem (przylatywaliśmy w sierpniu, a wylatywaliśmy we wrześniu) za dobę zapłacimy 510 zł (170 zł za rodzinę)

  • Komunikacja miejsca na Korfu- jeśli chodzi o Korfu to jest ono dobrze skomunikowane. W każde miejsce dojedziemy lokalnymi autobusami. Bilety można kupić w autobusie lub w wyznaczonych miejscach (kioski na zajezdniach). Za bilety płaciliśmy 1,7 euro. Jedyny mankament lokalnej komunikacji to brak rozkładów jazdy na przystankach autobusowych. Na Internecie można sprawdzić rozkład jazdy, ale i tak odbiega on znacznie od rzeczywistości. Potrafiliśmy czekać nawet 45 minut na przystanku, bo albo nic nie jechało albo, gdy jechał zbyt zatłoczony autobus to się nie zatrzymywał na przystanku. Po pierwszym dniu zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód, aby nie tracić czasu na sterczeniu na przystankach autobusowych. Zwłaszcza, że temperatura dochodziła do 40 stopni i dzieci nie najlepiej znosiły czekanie na autobus
W oczekiwaniu na autobus...

Wynajęcie auta- szukaliśmy na Korfu mniejszej lokalnej wypożyczalni samochodów, która nie chciałaby w zabezpieczenie danych karty kredytowej. Mieliśmy już w innym miejscu sytuację, że przy oddaniu auta próbowano nam wmówić, że zarysowaliśmy pojazd i ściągnięto nam całkiem sporą sumę z karty kredytowej. Od tej pory szukamy wypożyczalni, w których nie trzeba podawać danych karty. Za 4 dni zapłaciliśmy niecałe 600 zł. Można również na miejscu wypożyczyć foteliki dla dzieci, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Auto wypożyczyliśmy niedaleko portu. Znajduje się tam kilka wypożyczalni, więc nawet w sezonie nie było problemu z wypożyczeniem pojazdu.