Przeskocz do treści

To jeden z najstarszych i zarazem najbardziej niezwykłych klasztorów prawosławnych na całym świecie. Miejsce to zapiera dech w piersiach nie tylko ze względu na ciekawą historię, ale także niesamowite położenie. Otoczony jest terenami półpustynnymi, gdzie nie widać żadnych śladów życia.

Jak dojechać z Tbilisi do David Garedża?

Położony jest na granicy gruzińsko-azerbejdżarskiej, około 70 km od Tbiliisi. Nie dojeżdża tam żaden transport publiczny. W hotelach/guest housach często oferowane są wycieczki do klasztoru transportem prywatnym. Ceny są zróżnicowane, często uzależnione od liczby zainteresowanych, ale zdecydowanie polecam tą opcję z tego względu, że prywatni przewoźnicy oferują przejazd pojazdami klimatyzowanymi, co ma ogromne znaczenie przy wysokich temperaturach w rejonie David Garedża.

Ponadto, codziennie z Placu Wolności w Tbilisi odjeżdża bus właśnie bezpośrednio do kompleksu klasztornego. Organizatorami tych wypraw jest Polka ze swoim gruzińskim partnerem. My właśnie skorzystaliśmy z tej opcji. Szczegółowe informacje na temat organizowanych wypraw do Dawid Garedża znajdziecie tutaj: https://www.facebook.com/pg/gareji.line/about/?ref=page_internal

David Garedża – trochę historii

Klasztor szacuje się, że został zbudowany w VI wieku. Historia tego miejsca bogata jest w liczne wydarzenia, mające wpływ na cały naród gruziński. Wśród samych Gruzinów zresztą istnieje przekonanie, że odwiedzenie świątyni jest równoznaczne z pielgrzymką do Jerozolimy, co świadczy o znaczeniu tego miejsca i jego wyjątkowości. Klasztor zawdzięcza swoje istnienie dzięki jednemu z 13 ojców asyryjskich- Davidowi Garejeli, który przedsięwziął się misji szerzenia chrześcijaństwa na tych terenach. Osiadł on w jednej z naturalnych jaskiń i założył tam klasztor.

Kompleks klasztorny David Garedża składa się z kilkunastu jaskiń i jest uznawany za arcydzieło sztuki gruzińskiej. Jaskinie służyły nie tylko do modlitw, ale mieściły się w nich piekarnia, kuźnia czy pomieszczenia dla bydła. Kompleks klasztorny ze względu na swój religijny charakter był wielokrotnie niszczony m.in. w wyniku najazdu Mongołów w XIII wieku czy ataku Persów w XVII wieku. Mimo licznych zniszczeń i najazdów nie udało się najeźdźcom położyć kres działalności klasztornej. Klasztor został zamknięty dopiero w wyniku ataku bolszewickiego w 1921 roku. W okresie istnienia Związku Radzieckiego świątynia stała się poligonem dla wojsk sowieckich walczących w Afganistanie. Jednak kiedy Gruzja odzyskała niepodległość klasztor odrodził się i stał się znowu ważnym ośrodkiem kultu religijnego.

Klasztor ma wielką wartość historyczną ze względu m.in. na przepiękne freski przestawiające sceny z życia św. Dawida, a także portrety gruzińskich władców. Niektóre z nich zachowały się w całości.

David Garedża- co warto zobaczyć?

Oprócz świątyni zachęcam do udania się na trekking dookoła monastyru. Wędrując po niewielkich wzniesieniach zobaczycie piękne tereny półpustynne, a z oddali dostrzeżecie Azerbejdżan.

David Garedża – informacje praktyczne

  • Podczas wycieczki zaopatrz się w wodę mineralną- ze względu na klimat półpustynny i konieczność chodzenia po wzniesieniach ma ona ogromne znaczenie
  • Zaopatrz się także w papier toaletowy/chusteczki- nie ma tutaj żadnej toalety
  • Najbliżej położoną wioską jest Udabno. Podczas wycieczki nasz Pan Kierowca zatrzymał się w przydrożnym barze, prowadzonym przez Polaków. Można tutaj napić się coś zimnego, ale także zjeść miejscowe przysmaki np. ser kozi z miętą (przepyszny). Produkty do baru dostarczane są przez miejscowych gospodarzy, dzięki czemu wszystko jest świeże, smaczne i zdrowe.
  • Warto przejść się po Udabno, ponieważ widok miejscowości jest niesamowity. Znajduje się tutaj mnóstwo pustostanów. Okazało się, że po odzyskaniu niepodległości władze Gruzji zachęcały Gruzinów do osiedlania się tutaj, oferując im grunty po korzystnych cenach. Okazało się jednak, że brak perspektyw pracy i trudne warunki klimatyczne nie sprzyjały zasiedlaniu. Wiele rodzin zdecydowało się opuścić ten obszar, a pozostałością po nich są właśnie puste budynki. Nasi rodacy zaadaptowali właśnie jeden z nich na cele gastronomiczne, a przydrożny bar jest punktem, gdzie zatrzymują się turyści w drodze do i z David Garedża

  • Różnorodność klimatyczna w Gruzji

Wybierając się do Gruzji należy uwzględnić różnice  w temperaturach. Byliśmy w Gruzji w czerwcu- w Batumi i Tbilisi temperatura wynosiła 23-26 st. C, w Mestii czy Kazbegi temperatura sięgała maksymalnie 12 st. C, a w okolicach monastyru Dawit Garedża dochodziła nawet do 40 st. C.

Kaukaz pokryty jest śniegiem...
A przy granicy z Azerbejdżanem żar leje się z nieba...
  • Jak dogadać się w Gruzji

Oficjalnym językiem jest gruziński. W niektórych miejscach trudno się porozumieć po angielsku. Muszę przyznać, że będąc w Gruzji bardziej przydała mi się znajomość rosyjskiego aniżeli angielskiego. Gruzini bardzo dobrze odbierają, gdy ktoś próbuje się komunikować w ich języku. Nauczenie się nawet kilku podstawowych zwrotów po gruzińsku sprawi, że będziemy jeszcze milej odbierani i traktowani

  • Waluta w Gruzji

Walutą używaną w Gruzji jest Lari (GEL)

Wymiany waluty na Lari można dokonać:

    • W bankach, które oferują dobry kurs, ale są zamknięte w weekendy, święta i wieczorami
    • W hotelach- kurs zazwyczaj jest niższy niż w bankach, ale wymiany można dokonać w każdej chwili
    • Nieoficjalne punkty wymiany walut – oferują dobre kursy, ale przestrzegano nas przed wymianą w takich punktach, ze względu na możliwość podrobienia banknotów, więc nie korzystaliśmy z tego typu usług
  • Z jakim dokumentem wjadę do Gruzji?

Jadąc do Gruzji wystarczy dowód osobisty. Ani paszport ani wiza nie są potrzebne.

  • Transport publiczny w Gruzji

Po Gruzji poruszaliśmy się tylko i wyłącznie transportem publicznym –zarówno marszrutkami, jak i pociągami. Gruzja jest dość dobrze skomunikowana i w większość najbardziej popularnych miejsc można dojechać bez problemu. Najlepiej w podróż wyruszyć wcześnie rano (od 6:00), wówczas częstotliwość kursów jest największa. Im późniejsza godzina, tym mniejsze prawdopodobieństwo przedostania się w miejsce docelowe.

Dworzec autobusowy w Kutaisi

Marszrutki zatrzymują się dosłownie wszędzie tzn. nie tylko na oficjalnych przystankach. Można poprosić kierowcę, aby zatrzymał się w danym miejscu i naprawdę nie ma z tym żadnego problemu. Liczyć się natomiast trzeba z tym, że jeśli nie ruszamy z zajezdni, to na pozostałych przystankach mogą być opóźnienia.

Czasem można utknąć też w korkach...

Wyjątkiem jest np. Uszguli, gdzie transport publiczny nie dociera. Warto w tym przypadku skorzystać z prywatnej taksówki z napędem na 4 koła, ponieważ droga do tej urokliwej wioseczki jest fatalna i szczerze mówiąc nawet nie ryzykowałabym dotarcia tam wyeksploatowanym transportem publicznym.

Również dotarcie do monastyru Dawit Garedża publicznym transportem jest niemożliwe, ale z Tbilisi można znaleźć prywatnych przewodników, którzy organizują wyjazdy w to niezwykłe miejsce.

Na stronie: http://www.railway.ge/en/traffic-general-schedule/ możecie znaleźć aktualny rozkład jazdy pociągów. Polecam połączenie z Batumi do Tbilisi. Wagony są komfortowe. My wybraliśmy przejazd nocą i wzięliśmy sobie wagon sypialny. Bardzo polecam tą opcję, dzięki czemu nie traciliśmy czasu na dojazd w ciągu dnia.

Również w obrębie miast sieć komunikacyjna jest całkiem dobrze zorganizowana. Po Batumi poruszaliśmy się autobusami, a po Tbilisi głównie metrem. Poruszając się autobusami bilety można nabyć w autobusie. Natomiast w przypadku metra można kupić na stacji metra kartę, którą doładowuje się na określoną kwotę (można ją doładować również na każdej stacji metra).

  • Bezpieczeństwo w Gruzji

Gruzja jest bardzo bezpiecznym krajem dla turystów. Wskaźniki przestępczości należą tu do najniższych w Europie. Trzeba natomiast uważać na kierowców, którzy nie przestrzegają zasad ruchu drogowego. Nie zatrzymują się na przejściach na pieszych. Wyprzedzają, nie zwalniając, używają natomiast tylko sygnału dźwiękowego. Zastanawialiśmy się nad wypożyczeniem samochodu w Gruzji, ale widząc sposób jazdy gruzińskich kierowców, nie odważyliśmy się podjąć tego wyzwania

  • Życzliwość i gościnność w Gruzji

Gruzini są narodem bardzo przyjaznym i gościnnym, a Polaków darzą szczególnym szacunkiem i uznaniem. Pamiętają bowiem wsparcie Lecha Kaczyńskiego podczas wojny w Osetii Południowej pomiędzy Gruzją a separatystami wspieranymi przez Rosję. Lech Kaczyński wówczas jako jeden z nielicznych udał się do Gruzji i nawoływał społeczność międzynarodową do przeciwstawienia się imperializmowi Rosji. Tym samym stał się w Gruzji bohaterem narodowym. Jego nazwiskiem nazwano wiele ulic czy skwerów. Kiedy na pytanie Gruzinów „skąd jesteście?” odpowiadaliśmy „z Polski” witano nas jak w rodzinie…ba… nawet rodzina współcześnie już nas tak nie wita

Imprezka w barze na bazarze w Batumi (godzina 12 w południe)
  • Targowanie w Gruzji

W wielu miejscach można się targować – w pensjonatach czy na targach, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach

  • Noclegi w Gruzji

Udając się do Gruzji nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego noclegu. Nie było problemu z tym, aby znaleźć nocleg w dowolnym miejscu.

Hostel Elma w Kutaisi...Gorąco polecam!

  1. Aby wjechać do Albanii wystarczy tylko dowód osobisty
  2. Możliwości dotarcia do Albanii zapewne jest wiele. My zdecydowaliśmy się polecieć tanimi liniami lotniczymi na Korfu, które przy okazji chcieliśmy zwiedzić, a z Korfu, a dokładniej z Kerkyry płynęliśmy statkiem do Albanii (do Sarandy). W pobliżu portu w Kerkyrze znajduje się kilka biur podróży, które oferują rejs do Albanii. Ceny są zbliżone. My płaciliśmy za rejs w jedną stronę za osobę dorosłą 19 euro, a za Hubercika 1 euro. Większości biur traktują dzieci do czterech lat jako „infant” i płaci się 1 euro. Za bilet dla dziecka od 4 do 9 lat zapłacimy 9 euro. My kupiliśmy bilety spontanicznie bez wcześniejszej rezerwacji. Mimo, że byliśmy tam na koniec sierpnia, nie było problemu z biletami. Jedynie co to do portu warto wybrać się z rana, bo wtedy w zasadzie co pół godziny, ewentualnie godzinę odpływa prom do Albanii.
  3. W biurze celnym w porcie przechodzi się kontrolę osobistą i bagażową. Pomimo sporej ilości ludzi kontrola przebiega bardzo sprawnie. Warto jednak był przynajmniej pół godziny przed godziną odpłynięcia promu, aby na spokojnie przejść odprawę. Nas przy odprawie spotkała niemiła niespodzianka. Na wyjeździe była z nami była partnerka mojego brata z ich wspólnym dzieckiem. Przy odprawie okazało się, że nie miała przetłumaczonej na język angielski poświadczonej notarialnie zgody mojego brata na wyjazd dziecka na urlop za granicę. Urzędnicy poinformowali więc, że w związku z tym, dziecko nie może wjechać do Albanii. W pierwszej chwili ogarnął nas stres i zdenerwowanie, ale po kilku minutach stwierdziłam, że tylko spokój może nas uratować. Zaczęłam więc przekonywać urzędnika, że po pierwsze jestem siostrą ojca dziecka i, że mam z Julcią to samo nazwisko. Obsługujący nasz urzędnik naradził się ze swoim starszym kolegą i zdecydowali się wpuścić nas do Sarandy pod warunkiem, że mój brat prześle taką zgodę mailowo na adres odpowiedniego urzędu. Pomimo stresu udało się więc załatwić sprawę pomyślnie i mogliśmy ruszyć ku nowej przygodzie
  4. Wymiana pieniędzy – w Albanii walutą jest lek albański. Warto zabrać do Albanii ze sobą euro, które na lokalną walutę można wymienić w bankach lub kantorach. Niektóre punkty pobierają prowizję z tytułu wymiany. Warto też sprawdzić czy w dniu przyjazdu nie ma w Albanii jakiegoś święta. My akurat przybyliśmy do Sarandy w dniu, kiedy obchodzone było święto państwowe i wszystkie banki i kantory były zamknięte. Jedyną możliwością była więc wypłata gotówki z bankomatu
  5. Bankomaty – nie ma problemu z ich dostępnością w miasteczkach i dużych miastach. W mniejszych miejscowościach można napotkać trudności z wypłatą gotówki z bankomatów. Warto jednak upewnić się jaką prowizję zapłacimy. W wielu restauracjach i hotelach można zapłacić kartą.
  6. Wypożyczenie samochodu- przy porcie w Sarandzie znajduje się kilka wypożyczalni samochodów. Szukaliśmy takiej, która nie chciałaby w zabezpieczenie karty kredytowej. Okazało się, że nie ma z tym problemu. Wypożyczyliśmy samochód na 10 dni, zapłaciliśmy około 850 zł z ubezpieczeniem i fotelikami dla dzieci, które były wyeksploatowane i dalekie od spełnienia standardów bezpieczeństwa. Za wynajem samochodu zapłaciliśmy też bez problemu kartą kredytową.
  7. Kultura jazdy w Albanii- mieliśmy obawy przed wypożyczeniem samochodu w Albanii, ponieważ naczytaliśmy się, że Albańczycy jeżdżą poza wszelkimi standardami i zasadami ruchu drogowego. Niemniej jednak pojęliśmy się tego wyzwania, tym bardziej, że Grzesiu był instruktorem nauki jazdy przez wiele lat. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Poza dużymi miastami jeździ się całkiem przyjemnie. Na albańskich drogach „szybkiego ruchu” Albańczycy jeżdżą średnio 90 km/h, wyprzedzają w miarę bezpiecznie (szaleńcy się zdarzają, ale nie odbiega to od standardów polskich), prawdziwa przygoda zaczyna się jednak w dużych miastach. Tutaj zasady ruchu drogowego i sygnalizacja świetlna nie mają zbyt dużego znaczenia. Wymuszanie pierwszeństwa, parkowanie w niedozwolonych miejscach, skręcanie bez kierunkowskazu wydają się być tutaj normą. Dlatego trzeba zachować wzmożoną czujność i mieć oczy dookoła głowy.
  8. Noclegi- z wyprzedzeniem (kilkudniowym) zarezerwowaliśmy noclegi tylko w Sarandzie. Przypłynęliśmy do Sarandy po południu więc nie chcieliśmy tracić czasu na szukanie z dwójką dzieci hotelu. Poza tym w pozostałych punktach pobytu w Albanii szukaliśmy noclegu spontanicznie, bez wcześniejszej rezerwacji. Z wolnymi miejscami w hotelach nie było żadnego problemu, a jeszcze można było wynegocjować cenę.
  9. Bezpieczeństwo – wiele osób pytało nas czy nie boimy się jechać do Albanii z dziećmi. Szczerze mówiąc przez dziesięć dni zjechaliśmy całkiem sporą część tego kraju i nigdzie nie doświadczyliśmy sytuacji, którą można byłoby rozpatrywać w kategoriach niebezpiecznych. W ciągu dnia czuliśmy się bezpiecznie, a po zmroku ze względu na małe dzieci nigdzie nie wychodziliśmy
  10. Uprzejmość Albańczyków- Albańczycy są bardzo uprzejmi, co ma swoje dobre i złe strony. Z jednej strony, zawsze kiedy coś potrzebowaliśmy Albańczycy byli chętni do pomocy. Z drugiej strony, szczególnie panowie chcieli nam pomóc za wszelką cenę. Mężczyźni Albańscy mają trudność do przyznania się, że czegoś nie wiedzą, dlatego wskazywali nam drogę, nawet jak nie wiedzieli gdzie jest punkt, do którego podążamy. W rezultacie potrafiliśmy jeździć tam i z powrotem, bo za każdym razem wskazywano nam inny kierunek jazdy.

Często dopytujecie się, jakie miejsce mogę Wam polecić na jednodniowy wyjazd za miasto. Postanowiłam zebrać w jednym wpisie kilka propozycji z podziałem według preferencji. Dolny Śląsk obfituje w takie miejsca, dlatego w swoim wyborze skoncentrowałam się na naszych ostatnich wyjazdach, które sprawdziły się w przypadku maluchów i które są mile wspominane przez nasze pociechy.

Przyroda

Staw Piaskowy i Soczewica
Park przy opactwie Cystersów w Henrykowie
Kolorowe Jeziorka

Zwierzęta

Agroturystyka Cicho-Sza
Ruda Sułowska

 

Plac zabaw

Zielona Oliwka

Nieco powyżej poziomu morza czyli niewielkie wzniesienia przyjazne maluchom

Gromnik
Góra Ślęża

Miejsce do biwakowania

Kompleks Miłocin

 

Zielona Oliwka

Jeśli macie swoje ulubione miejsce (niekoniecznie na Dolnym Śląsku) podzielcie się również swoimi doświadczeniami. Chętnie skorzystamy z Waszych podpowiedzi. Tym bardziej, że wiosna w pełni, lato przed nami, więc też chętnie podążymy za Wami ku nowej przygodzie.

Opactwo Cystersów w Henrykowie dawniej….

Zaledwie 50 km od Wrocławia mieści się opactwo Cystersów. Henryków nasączony jest historią zakony cysterskiego. A wszystko zaczęło się od Francji, gdzie w 1098 roku zostaje powołany pierwszy zakon cysterski. Założycielami była grupa mnichów pod przewodnictwem św. Roberta z Molesme, którzy zdecydowali się prowadzić samotne życie z dala od miast, w oparciu o regułę św. Benedykta. Zakon opierał się na kilku fundamentach: surowej ascezie, rezygnacji z dóbr feudalnych oraz pracy fizycznej. To, co charakteryzowało zakon cysterski to jednolitość (wszystkie klasztory przestrzegały tych samych zasad i zwyczajów), coroczne zebrania opatów wszystkich klasztorów w Citeaux i regularnych corocznych wizytacja ojca-założyciela we wszystkich swoich oddziałach zakonnych.

Powstanie zakonu Cystersów w Henrykowie datuje się na 1222 rok, kiedy to Henryk Brodaty udzielił Mikołajowi, wrocławskiemu kanonikowi zezwolenia na osiedlenie się Cystersów w Henrykowie. Pierwsi mnisi przybyli do Henrykowa w 1227 roku- było to dziewięciu mnichów z opactwa Lubiąż, kierowanych przez opata Piotra. Opactwo rozwijało się dynamicznie aż do inwazji Mongołów w 1241 roku, kiedy to klasztor został spalony i splądrowany.  Po inwazji Cystersi przystąpili do odbudowy swojego klasztoru i walki o odzyskanie majątku.

Opat Piotr w 1269 roku zaczął prowadzić kronikę zwaną Księgą Henrykowską, opisując historię założenia opactwa oraz spisując majątek klasztoru. Księga stała się jednym z najcenniejszych zabytków literatury polskiej, ponieważ zawiera m.in. pierwsze zdanie w języku polskim „day, ut ia pobrusa a ti poziwai”.

Z biegiem lat Cystersi umacniali swoją pozycję. O ich rosnącej sile świadczy powstanie opactwa siostrzanego w Krzeszowie. Według źródeł pod koniec XIII wieku w Henrykowie mieszkało 80 mnichów i braci świeckich. Cystersi w Henrykowie zajmowali się tkactwem oraz szewstwem.

Kres rozwoju klasztoru nastąpił podczas wojny husyckiej w latach 1428-1430, kiedy to kościół został ponownie spalony i splądrowany, a mnisi uciekli do Nysy i Wrocławia. Najazdy nękały opactwo jeszcze przez kolejne lata. Klasztor odzyskał względny spokój dopiero w XVI wieku, kiedy to opat Andrzej przystąpił do rozbudowy klasztoru oraz jego reform. Jego dzieło zostało jednak zniweczone przez wojnę 30-letnią i dopiero po wojnie przywrócono opactwo do dawnej świetności. Następnie wojny śląskie, a później napoleońskie przyniosły kres funkcjonowania klasztoru. W 1810 roku król pruski Fryderyk Wilhelm III ogłosił sekularyzację zakonu, w wyniku której mnisi opuścili mury klasztorne, a opactwo henrykowskie zostało zlikwidowane.

Następnie majątek klasztorny został zakupiony przez królową holenderską Fryderykę Wilhelminę. Pod koniec XIX wieku klasztor został przejęty przez książąt  sasko-weimarskich, którzy przekształcili klasztor w rezydencję magnacką oraz utworzyli przepiękny park tuż za kościołem.

W czasie II wojny światowej majątek został po raz kolejny splądrowany zarówno przez Niemców, jak i Armię Czerwoną. Z tego względu, że w budynkach klasztornych mieścił się szpital wojskowy budynki nie zostały zniszczone. Cystersi powrócili do Henrykowa dopiero w 1946 roku.

Opactwo Cystersów w Henrykowie dziś…

Obecnie działa tutaj Wyższe Seminarium Duchowne, Dom Opieki Społecznej oraz Katolickie Liceum Ogólnokształcące. Punktem Centralnym kompleksu jest kościół Wniebowzięcia NMP, przed którym stoi pomnik Trójcy Świętej z XVII wieku. Tuż za klasztorem rozciąga się przepiękny park z licznymi pomnikami przyrody, ścieżkami pieszymi i trasami rowerowymi oraz miejscami do odpoczynku. Zarówno na terenie ogrodu klasztornego, jak i parku napotkać można liczne pomniki przyrody. To tutaj właśnie można znaleźć jeden z najstarszych cisów w Polsce (szacuje się, że ma 754 lata) oraz przepiękne dęby szypułkowe.

W parku znajduje się także grób dawnego właściciela kompleksu- księcia Wilhelma Ernesta von Sachsen–Weimar–Eisenach.

Informacje praktyczne:

  • Samochód można zaparkować na parkingu przy drodze głównej z Henrykowa do Ziębic. Parking jest bezpłatny. Tuż za parkingiem znajduje się brama wejściowa na teren kompleksu klasztornego. Można też przejść od parkingu w stronę miasteczka i tam wejść bramą od ul. H. Brodatego.
  • W parku są wytyczone szlaki piesze i rowerowe, a nawierzchnia jest dogodna dla wózków niemowlęcych
  • Na zwiedzanie kompleksu klasztornego i parku z dziećmi należy przeznaczyć cały dzień. My przyjechaliśmy do Henrykowa rano około 9:30, a wyjeżdżaliśmy około 17:30. Zwiedziliśmy cały obiekt, pochodziliśmy po parku oraz zrobiliśmy sobie piknik. Nasze pociechy były przeszczęśliwe.
  • To znakomite miejsce do odpoczynku i zadumy. W Henrykowie byliśmy w niedzielę i spotkaliśmy tam zaledwie kilka osób. Nie było tłumów, można było nacieszyć się ciszą i spokojem

Mimo niepewnej pogody, zdecydowaliśmy się jednak wyruszyć z domu. Spragnieni świeżego powietrza oraz trekkingu pojechaliśmy do Barda, aby wejść na Górę Bardzką inaczej zwaną Kalwarią.

Samochód zaparkowaliśmy na parkingu tuż nad rzeką Nysą, przy spływie pontonowym (zaraz przy wjeździe do Barda, tuż przy dwóch mostach).

Na górę Kalwarię pierwotnie można było dotrzeć trzema drogami: drogą niemiecką (główna droga) oraz polską i czeską (poboczne trasy). Wzdłuż drogi niemieckiej spotkać można murowane stacje Drogi Krzyżowej, zbudowane w XIX wieku oraz murowane kapliczki odnoszące się do siedmiu boleści Matki Bożej.

Po drodze docieramy do Kapliczki „Źródło Maryi”. Znajduje się tutaj ujęcie źródlanej wody. Pielgrzymi podążający na górę Kalwarię nabierają ją sobie w butelki, aby móc ugasić pragnienie podczas spaceru. Tym bardziej, że źródełko uchodzi za cudowne i wierzy się, że ma właściwości lecznicze, zwłaszcza w chorobach wzroku. W XVII wieku w tym miejscu prawdopodobnie miało miejsce uzdrowienie chorego Czecha. Według legendy miejsce to ma jeszcze jedną zaletę- posiada moc spełniania marzeń- wystarczy tylko nabrać wody w usta i okrążyć kapliczkę trzy razy w kółko. Warto spróbować…W końcu nie wiele wysiłku trzeba włożyć, a marzenia mamy na wyciągnięcie ręki. Przy kapliczce znajdują się stoliki i ławki, więc można odpocząć i coś przekąsić, a także pokontemplować naturę. Powiem Wam po kilku tygodniach spędzonych w domu, mogłabym tak godzinami siedzieć, słuchać śpiewu ptaków i delektować się ciszą i spokojem.

Kilkanaście minut drogi dalej za kapliczką znajduje się drogowskaz na Obryw Skalny. Od drogowskazu na Obryw szliśmy jeszcze kolejne 20 minut. Obryw Skalny to potężne osuwisko znajdujące się na stoku góry Kalwarii opadające do dna doliny Nysy Kłodzkiej. Jest to największe osuwisko w Sudetach, którego powstanie datuje się na 1598 rok. Na urwisku skalnym został zbudowany punkt widokowy z charakterystycznym białym krzyżem. Widoki na miasto są przepiękne. Zapierają dech w piersiach. Muszę przyznać, że zachwyciła mnie panorama Barda podziwiana właśnie z Obrywu Skalnego.

Z Obrywu Skalnego na szczyt góry Kalwarii szliśmy około pół godziny- cały czas zielonym szlakiem. Na szczycie znajduje się Kaplica Górska. Legenda mówi, że w 1400 roku mieszkańcy usłyszeli na górze szlochanie. Kiedy pobiegli zobaczyć co się dzieje, ujrzeli Matkę Boską, która siedziała na kamieniu i płakała z powodu nieszczęścia, jakie miało nawiedzić te tereny. Po pewnym czasie Matka Boska uniosła się i zniknęła, a w miejscu, w którym siedziała, zostały odciski jej stóp i rąk. Na miejscu objawienia w XVII wieku wzniesiona została kapliczka. Obecnie kaplica jest pod opieką zakonu redemptorystów, a od maja do września w każdą niedzielę o godzinie 11 odbywa się tutaj msza święta. Kiedy przybyliśmy na górę kapliczka była akurat otwarta i mieliśmy okazję wejść do środka.

Na górze znajdują się ławki, na których można odpocząć i podziwiać piękne widoki. Akurat my na szczycie nie spędziliśmy zbyt dużo czasu, ponieważ nadciągała czarna chmura i obawialiśmy się ulewy. Poza tym wiało dość mocno i Kajcia zaczęła nam narzekać, bo ona nie lubi tego typu niedogodności. Dlatego niebieskim szlakiem zaczęliśmy schodzić w dół.

Informacje praktyczne:

  1. Mimo, że góra nie jest wysoka (583 m) to momentami podejścia są strome i można się zmęczyć. Nawet Hubercik zaprawiony w chodzeniu po górach momentami narzekał, dlaczego jest tak stromo.
  2. Na górę Kalwarię szliśmy szlakiem zielonym, a wracaliśmy niebieskim. Nie jest to trasa dogodna dla wózków dziecięcych. Podejścia są strome oraz kamieniste, momentami wąskie, więc wybierając się z małym dzieckiem zdecydowanie polecam nosidełko
  3. Przy parkingu znajduje się budka z jedzeniem, w której można kupić frytki, zapiekanki, pstrąga czy napić się kawy lub herbaty. W czasie pandemii koronawirusa budka jest czynna, co nas zaskoczyło. Za to toaleta nie była dostępna, więc pozostaje tylko opcja „na łonie natury”
  4. Z dziećmi wejście na szczyt i zejście zajęło nam 3 godziny spokojnym, spacerowym tempem, z krótkimi przystankami
  5. Dużym plusem jest to, że nie ma tutaj tłumów ludzi. W dobie pandemii ma to ogromne znaczenie. Więc jeśli chcecie wybrać się w miejsce, gdzie będziecie czuć się bezpiecznie, to jest to dobry kierunek

Dlaczego warto tutaj przyjechać?

Luang Prabang jest nazywany “sercem Laosu” i wiele osób decyduje się tutaj własnie przyjechać, będąc w Laosie, aby podziwiać piękne widoki nad Mekongiem. Malownicza miejscowość ma niesamowity klimat. Przepiękne świątynie o bogatej historii, niesamowite pejzaże, przepyszne jedzenie i uprzejmi ludzie sprawiają, że poczujesz się tutaj wyjątkowo.

Miejscowość została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na niezwykłe połączenie architektury francuskiej i laotańskiej.

Co warto zobaczyć w Luang Prabang?

  • To idealne miejsce na wędrówki piesze. Gorąco polecam Górę Phousi, na której znajduje się platforma widokowa, z której można podziwiać miasto i okoliczne krajobrazy. Na szczycie znajduje się również mała świątynia

 

  • Świątynia (Wat) Manorom- uchodzi za jedną z najstarszych świątyń w mieście. W środku znajduje się posąg Buddy, który prawdopodobnie pochodzi z XIV wieku, chociaż był kilkakrotnie odnawiany. Dotarcie do świątyni jest już przygodą samą w sobie, ponieważ prowadzą tutaj kręte dróżki

  • Świątynia That Luang- jest jedną z najważniejszych Świątyń w mieście, ponieważ tutaj kremowano członków rodziny królewskiej. Zakłada się, że świątynia pochodzi z III w p.n.e, ale wiele jej elementów zostało przebudowanych

  • Świątynia Xieng thong (Złotego Miasta)- świątynia ta została zbudowana w XVI wieku. W tej świątyni koronowani byli królowie Lao, dlatego uznawana jest za jedno z najważniejszych miejsc kultu w całym kraju

 

 

  • Wodospady Kuang Si- można tutaj dotrzeć na rowerze lub wykupując zorganizowaną wycieczkę. Wodospady nie są okazałe jak Niagara czy Foz de Iquacu, ale na pewno warto się tutaj wybrać

  • Warto wybrać się na spacer po polach ryżowych, gdzie można zobaczyć z jaką ciężką pracą związana jest uprawa tego produktu. Wiele gospodarstw oferuje prelekcje, podczas których można dowiedzieć się w jaki sposób ryż jest sadzony, zbierany i obrabiany. Przy odrobinie szczęścia będziesz mieć okazję przenieść się w dawne czasy i zaorać pole z udziałem bawoła

  • Nocny targ- znajduje się przy Sisavangvong Rd, Alley Behind Lao National Tourism Office, czynny jest codziennie od 17 do 23. Można tu kupić dosłownie wszystko: ubrania, pamiątki, rękodzieło oraz lokalne produkty i dania

Jak dotrzeć do Luang Prabang?

My dotarliśmy do Luang Prabang łódką z Pakbeng. Muszę przyznać, że płyniecie łódką 8 godzin po Mekongu to było jedno z cenniejszych doświadczeń w moim życiu. Wybierając się w drogę, należy zabrać ze sobą prowiant. Po drodze kierowca robi krótkie przerwy przy brzegu rzeki na "toaletę". Nie liczcie jednak na toaletę w naszym europejskim rozumieniu. Raczej jest to zaspokojenie potrzeb na łonie natury. Nie wspominając o tym, ze pan kierowca jednemu z turystów na pytanie o wc, zaproponował pójście na drugi koniec łodzi, odwrócenie się tyłem do pasażerów a przodem do Mekongu i odddanie się prostej czynności fizjologicznej. W przypadku mężczyzn sprawa wydaje się znacznie prostsza, kobiety musiały czekać na oficjalny postój.

Po drodze Pan kierowca zapewniał nam liczne atrakcje. Można było napić się lokalnego trunku z wężem. Odważni mogli doświadczyć kąpieli w Mekongu. My się nie skusiliśmy. Zważywszy, że przy brzegach można było zobaczyć ludzi, którzy w rzece zażywali kąpieli, myli naczynia, prali ubrania oraz załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne, nie mieliśmy odwagi więc, aby wskoczyć do wody nawet przy dużym upale. Ale żądnych wrażeń turystów nie brakowało.

 

Jednakże widoki rekompensowały wszelkie niedogodności tej formy transportu. Zapierały dech w piersiach. Płynęłam tą niepozorną łódką ze łzami w oczach i z piosenką "Sailing" Roda Stewarta na ustach...

 

Do Luang Prabang można także dojechać busem lub autokarem z Vang Vieng. Na dotarcie do celu również musimy poświęcić 7-8 godzin, mimo, że firmy oferujące transport reklamują się, że dotrą do Luang Prabang w 4 godziny.

Gdzie przenocować w Luang Prabang?

W Luang Prabang dostępnych jest wiele guesthousów. My byliśmy w Laosie na przełomie czerwca i lipca i nie było problemu ze znalezieniem noclegów.

 

Wietnam to jedno z moich ulubionych miejsc, które miałam okazję odwiedzić. Powodów, dla których darzę ten kraj takim sentymentem jest wiele. Jednym z nich jest bogactwo etniczne Wietnamu. Oprócz rdzennych Wietnamczyków, spotkać można tutaj reprezentantów 53 mniejszości etnicznych. Każda z tych grup posiada własną tradycję, historię, kulturę i język. Stanowią one około 14 mln grupę (na tle 98 mln populacji Wietnamu), ale dwie trzecie spośród nich żyje w biedzie lub ubóstwie. Mieszkają przede wszystkim na terenach wiejskich, często wysoko w górach. Cechuje ich wyższy odsetek analfabetyzmu w porównaniu z rdzennymi mieszkańcami Wietnamu (Kinh, Viet). Zresztą ci drudzy traktują grupy mniejszościowe jako podklasy. Reprezentanci mniejszości etnicznych otrzymują często niższe wynagrodzenie za tą samą pracę w porównaniu z rdzenną grupą Kinh.

Rdzenni mieszkańcy Wietnamu stanowią 87% całej populacji i zamieszkują przede wszystkim Deltę Mekongu oraz duże miasta. Kluczowym aspektem religijności tej grupy ludności jest kult przodków. Ołtarz ku czci zmarłych można zobaczyć u każdego przedstawiciele tej grupy w centralnym miejscu w domu/instytucji. Na wierzenia rdzennych Wietnamczyków wpływ miały buddyzm i konfucjanizm. Niewielki odsetek tej grupy stanowią katolicy. W Wietnamie obecnie tolerancja religijna jest jedną z kluczowych wartości. Wierzenia i praktyki różnych religii przenikają się wzajemnie i można spotkać tutaj np. katolika, wierzącego w kult zmarłych. Wprawdzie Wietnamczycy ubierają się podobnie, jak Europejczycy (szczególnie młodzi ludzie naśladują trendy zachodnioeuropejskie), to jednak podczas oficjalnych uroczystości kobiety wciąż noszą Áo dài (spodnie i rozcięta tunika).

Do największych grup etnicznych należą: Tay, Thai, Muong, Hoa, Khmer, and Nung- każda z nich liczy ponad milion. Najmniejsze grupy takie, jak Brau, Roman czy Odu liczą po kilkaset osób. Postanowiłam przybliżyć Wam kilka z nich:

  • Tay- jest to największa grupa etniczna w Wietnamie (około 1,7 mln). Tayowie mieszkają głównie w północnej części kraju. Na tereny dzisiejszego Wietnamu przybyli w XIII wieku, uciekając z Chin przed armią mongolską. Ich wierzenia opierają się o kult przodków, elementy buddyzmu, konfucjanizmu i daoizmu. Cechują ich stroje w kolorze indygo. Kobiety noszą suknie do kolan z wąskimi rękawami i dużą ilością biżuterii. Na głowie mają turban koloru czarnego. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą.
  • Thai- liczą około 1,5 mln i żyją w północno- zachodniej części kraju. Przenieśli się na teren Wietnamu z Chin Południowych i Centralnych. W przeważającej części są animistami, wierzący, że ludzie posiadają wiele dusz. W ich wierzeniach można odnaleźć też elementy zaczerpnięte z szamanizmu, daoizmu, astrologii i kultu przodków. Mężczyźni raczej niczym się nie wyróżniają jeśli chodzi o stroje. Kobiety natomiast noszą barwne stroje, zdobione ornamentami. Po ślubie każda kobieta nosi długie włosy upięte w kok. Nie może bowiem ich ściąć, bo uważa się, że to przynosi nieszczęście. We włosy zamężnej kobiety wpleciona jest moneta, wpięta przez męża podczas uroczystości weselnej. Mężatka może ją wyjąć i rozpuścić włosy dopiero po śmierci małżonka. Thaiowie zajmują się rolnictwem, hodowlą, a także tkactwem. Wśród tej grupy małżeństwa nadal są aranżowane między rodzinami młodych.

  • Muong- liczą ponad 1,2 mln, są spokrewnieni z rdzenną ludnością Wietnamu i są pierwotnymi mieszkańcami Wietnamu Północnego, zamieszkują góry w pólnocno-zachodniej części kraju. Trudnią się przede wszystkim rolnictwem i tkactwem. Mężczyźni noszą spodnie i koszule w kolorze indygo. Kobiety noszą długie spódnice i wąskie bluzki, przepasane paskiem z motywami kwiatów, smoków i zwierząt.
  • Hoa- grupa ta liczy niecałe 900 tys., są to etniczni Chińczycy, którzy żyją na terenie Wietnamu w zamkniętych enklawach. Spotkać można ich w całym kraju, zarówno w dużych miastach, jak i mniejszych miejscowościach. Przybywali na tereny Wietnamu od X wieku, przenosząc tutaj wzorce przedsiębiorczości i handlu. Ta grupa etniczna wierzy w istnienie duchów i wyznają kult przodków. Zapożyczyli pewne wierzenia i praktyki z konfucjanizmu, daoizmu i buddyzmu. Hoa stworzyli system świątyń, które są często placówkami edukacyjnymi. Młodzi reprezentanci tej grupy niczym nie wyróżniają się jeśli chodzi o ubiór. Tradycyjne stroje noszą tylko osoby starsze podczas uroczystości ślubnych i pogrzebowych. Mężczyźni noszą czarne lub granatowe koszule i spodnie. Kobiety uwielbiają biżuterię w każdej postaci. Zajmują się przede wszystkim handlem, rolnictwem i rybołówstwem.
  • Khmer- stanowią 1,4 mln grupę w Wietnamie, zamieszkują głównie Deltę Mekongu, zostali podbici przez Wietnamczyków, dlatego Khmerowie nie darzą Kinh zbytnim zaufaniem. Wyznają buddyzm theravada. Obecnie tylko osoby starsze noszą tradycyjne stroje podczas ważnych uroczystości religijnych. Tradycyjnym ubiorem są jedwabne sarongi. Trudnią się uprawą ryżu, hodowlą, tkactwem oraz garncarstwem.

  • Nung- liczą niecały 1 mln, żyją w północnym Wietnamie na obszarach górskich. Na tereny Wietnamu przybyli tutaj z Chin. Ich wierzenia opierają się o kult przodków. W swoich praktykach opierają się o szamanizm. W każdej wiosce można spotkać szamana, który leczy reprezentantów tej grupy, komunikuje się z bogami i przewodniczy w ceremoniach religijnych. Mężczyźni noszą ubrania w kolorze indygo. Kobiety noszą długie spódnice lub spodnie w kolorze indygo, a na głowie turban. Włosy noszą uczesane w kok. Trudnią się przede wszystkim rolnictwem i tkactwem.

Mam nadzieję, że zainspirowałam Was do wycieczki do Wietnamu. Wybierając się do tego kraju koniecznie należy udać się na północ. Tylko tam możecie zobaczyć mozaikę kulturową tego niesamowitego miejsca. Doświadczycie tego, czego nie zobaczycie w żadnej innej części kraju. Tym bardziej, że przedstawiciele większości grup etnicznych są otwarci na turystów i chętnie dzielą się informacjami o sobie (pod warunkiem, że znamy odrobinę języka wietnamskiego, bo po angielsku skomunikować się może być ciężko). Wietnam z roku na rok dynamicznie się zmienia pod względem gospodarczym, obyczajowym, kulturowym, ale to właśnie odwiedzając mniejszości etniczne możemy zobaczyć ten kraj jeszcze w jego tradycyjnej odsłonie…

Na 3 maja mieliśmy wykupione bilety do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Właśnie ze smutkiem przebukowaliśmy nasz lot. Pewnie wielu z Was również musiało zmienić plany z powodu koronawirusa. Polecam ciekawą stronę, na której możecie znaleźć informacje na temat opcji, które oferują różni przewoźnicy w przypadku wstrzymania lotu/przejazdu:

https://www.wakacyjnipiraci.pl/turystyka/know-how/koronawirus

Tak, jak wspominałam w przedostatnim wpisie do Ostrawy pojechaliśmy z moją 93-letnią babcią na zabieg zaćmy. Dlaczego akurat tam:

  • Po pierwsze, bardzo krótko czekaliśmy na termin zabiegu. W zasadzie babcia mogła zostać zoperowana już tydzień od daty zgłoszenia się.
  • Po drugie, w Polsce w kilku miejscach odradzano nam operację ze względu na wiek. A my wiedzieliśmy od naszej zaufanej Pani okulistki, że wiek nie jest żadnym przeciwwskazaniem do zabiegu
  • Po trzecie, nasza okulistka sama nam doradzała wyjazd do Czech, ponieważ tam usługi okulistyczne są na dużo wyższym poziomie
  • Po czwarte, czeska służba zdrowia uchodzi za jedną z najlepszych w Europie, a ze względu na wiek babci, zależało mi, aby zabieg był przeprowadzony przez naprawdę sprawnych i doświadczonych lekarzy
  • Po piąte, w Czechach można sobie za dopłatą wybrać lepsze soczewki (które w Polsce nie zawsze są dostępne), a zależało mi, aby babcia miała lepszy komfort widzenia

Jak wygląda procedura?

  • Wystarczył jeden telefon do jednej z klinik okulistycznych we Wrocławiu, która współpracuje z czeską placówką. Przez telefon wyjaśniłam na czym mi zależy, Pani przedstawiła mi jak wygląda cała procedura i umówiłyśmy termin zabiegu
  • Po naszej rozmowie dostałam maila z adresem kliniki w Ostrawie, zaleceniami przed zabiegiem i zaproszeniem na zabieg
  • 2 dni przed zabiegiem Pani potwierdziła nam telefonicznie jeszcze raz wszystkie szczegóły
  • Zabieg został zaplanowany na koniec lutego, w pewien piątkowy poranek (na godzinę 7.30)
  • W dniu operacji przyjechałyśmy kilkanaście minut przed czasem do kliniki. Byłyśmy drugie w kolejce. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że cały personel mówi po polsku (część pracowników pochodzi z Polski i dojeżdża do Ostrawy, a czescy lekarze również doskonale znają nasz język)
  • Od razu z babcią przeprowadzono wywiad, kilkanaście minut później babcia przeszła badania kwalifikujące do zabiegu, a godzinę po przybyciu babcia była już na sali operacyjnej. Zabieg trwał zaledwie 15 minut. Chwilę po zabiegu babcia musiała poleżeć w sali pooperacyjnej, a o 9.30 byłyśmy już w naszym apartamencie.
  • Na drugi dzień odbyła się wizyta kontrolna. Miałyśmy ją umówioną na godzinę 8 a o godzinie 8.15 wychodziłyśmy już z kliniki
  • Wraz z wypisem po zabiegu, pacjent otrzymuje krople do oczu (nie recepctę!), okulary przeciwsłoneczne (które musi nosić przez kilka tygodni po operacji), kasetkę na lekarstwa oraz zniżkę na okulary.

Koszty

Sam zabieg jest bezpłatny. Klinika rozlicza się z polskim NFZ. Tak naprawdę pacjenta nie obchodzi żadna biurokracja, nie musi sam nic załatwiać. Placówka medyczna w swoim zakresie porozumiewa się z naszym Funduszem Zdrowia. W pakiecie bezpłatnie dostępna jest również standardowa soczewka. Jeśli ktoś się zdecyduje na lepszą soczewkę wówczas wiąże się to z dodatkową opłatą (w zależności od soczewki od kilkuset złotych do kilku tysięcy). W naszym przypadku doszedł koszt podróży i noclegu, ale uważam, że warto było, ponieważ poziom świadczonych usług znacznie przewyższył nasze oczekiwania.

My zdecydowaliśmy się pojechać własnym środkiem transportu, ale rezerwując termin zabiegu, można również wybrać opcję z transportem i noclegiem oferowanym przez klinikę. Taka usługa dostępna jest nie tylko dla pacjenta, ale także osoby towarzyszącej i wiąże się z dopłatą.

Powiem szczerze, jestem zaskoczona tym, jak sprawnie przebiegła cała procedura. A jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie kultura osobista lekarzy i podejście do pacjenta. Każdy pacjent traktowany był naprawdę z dużym szacunkiem. Wszystko dokładnie tłumaczono. Babcię badało kilku lekarzy przed zabiegiem i każdy z nich miał czas, aby porozmawiać z pacjentem, wyjaśnić mu wszystko i odpowiedzieć na pytania.

Kiedy przyjechałyśmy na kontrolę w sobotę byłyśmy kilkanaście minut przed otwarciem kliniki, która była jeszcze zamknięta. Lekarz zobaczył, że babcia już czeka przed kliniką to od razu wpuścił ją do środka, aby mogła usiąść. W Polsce nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś mnie wpuścił przed oficjalną godziną otwarcia. Z tego względu, że kontrola odbywała się w sobotę panie z recepcji nie pracowały, a całą kolejką (a naprawdę sporo było pacjentów) zarządzali lekarze. Przeprowadzali badania kontrolne, przekazywali zalecenia oraz wydawali wypisy. Szczerze mówiąc nie spotkałam się w Polsce nawet w prywatnej klinice, aby lekarze zajmowali się kwestiami biurokratycznymi. Nawet po pieczątkę często trzeba się udać do recepcji, bo lekarz stworzony jest do celów wyższych niż jej przybijanie. Co więcej, wyjazd potraktowaliśmy jako wycieczkę rodzinną. Mieliśmy okazję spędzić kilka dni z naszą ukochaną babcią.  Dzieci były zachwycone wyjazdem, babcia też – w końcu nie dość, że spędziła z nami czas, to jeszcze odzyskała wzrok. Na razie na jedno oko…bo drugie miało być operowane jutro, ale ze względu na pandemię koronawirusa zabieg został odwołany.

Poza tym zawsze z podziwem patrzę jak moja babcia doświadcza nowych rzeczy, pomimo swoich 93 lat. Zatrzymaliśmy się na kawę w McDonaldsie, a babcia stwierdza „jeszcze nigdy tutaj nie byłam”. Z radością patrzę jak moje dzieci uczą się wierszyków i piosenek od swojej prababci.  Dlatego takie wyjazdy napawają mnie szczęściem. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji, która nie wiadomo jak się zakończy i jakie skutki przyniesie, doceniam każde takie chwile spędzone z najbliższymi.