Przeskocz do treści

Podczas naszego ostatniego wyjazdu zarezerwowaliśmy nocleg przez booking.com. Właściciel zarezerwowanego obiektu oszukał nas. Ale najsmutniejsze w tej historii  jest to, że booking.com (firma działająca niemal na całym świecie) nie była w stanie nam pomóc. I to właśnie na niej zawiodłam się najbardziej. Ale zaczynając od początku.

Zarezerwowałam przez booking.com apartament w centrum Ostrawy w dniach 19-21.06.2020. Po dokonaniu rezerwacji właściciel skontaktował się ze mną, aby dokonać płatności przez Western Union w opcji gotówka (wówczas tego samego dnia może odebrać pieniądze w placówce Western Union). To był czwartek 18.06, więc zapytałam go, czy nie lepiej jak jutro mu zapłacimy osobiście, tym bardziej, że na stronie booking.com jest informacja, że mogę dokonać zapłaty za obiekt po przyjeździe do apartamentu. Pan jednak nie wyraził na to zgody i tutaj po raz pierwszy zapaliła mi się czerwona lampka. Zadzwoniłam na booking.com z pytaniem czy rzeczywiście muszę dokonywać płatności przez Western Union, skoro w ofercie jest informacja, że można zapłacić w obiekcie. Pani na infolinii odpowiedziała mi, że w związku z tym, że jest to oferta bezzwrotna muszę dokonać płatności przed przyjazdem i jak właściciel życzy sobie przez Western Union, to tak powinnam zrobić. Dokonałam więc przelewu zgodnie z życzeniem właściciela. Podczas jednej z rozmów telefonicznych ustaliłam również z właścicielem, że przyjedziemy 19.06 najpóźniej do godziny 21:00, tym bardziej, że jedziemy z małymi dziećmi o starszą osobą, a warunki pogodowe nie są zbyt dobre (mimo, że zgodnie z ofertą na booking.com najpóźniej należało się zameldować do 20:00). Pan wyraził na to zgodę i dzień później wyruszyliśmy do Ostrawy.

Droga przebiegała bez zakłóceń, więc wiedzieliśmy, że będziemy w Ostrawie wcześniej – około godziny 19.10-19.20. Około godziny 18.40 napisałam do właściciela smsa, że będziemy za jakieś pół godziny na miejscu- właściciel nic nie odpisał. Po wjeździe do Ostrawy zadzwoniłam do Pana właściciela, niestety nie odbierał telefonu. Po przyjeździe na miejsce, zadzwoniłam po raz drugi – znowu cisza. Jednak założyłam, że może jest zajęty i przyjedzie bliżej godziny 21:00. Jednakże dziwne było to, że cały obiekt jest zamknięty, a domofony nie działały. Obiekt sprawiał wrażenie zapuszczonego i dawno nie używanego. Zdjęcia na booking.com odbiegały od rzeczywistości. Pojechaliśmy więc do sklepu zrobić zakupy i ponownie wróciliśmy pod apartament około 20:30. Próbowałam ponownie skontaktować się z właścicielem, ale bezskutecznie. I tutaj już zaczęłam się niepokoić, że jednak zostaliśmy oszukani. Około 20.45 zadzwoniłam więc na booking.com z zapytaniem co mamy zrobić w sytuacji kiedy właściciel jest nieobecny w apartamencie i nie odbiera telefonu/nie odpowiada na smsy. Pani na infolinii odpowiedziała mi, że jedyne co może zrobić to zadzwonić do właściciela, co też uczyniła. Pan właściciel jednak od niej również nie odebrał telefonu, więc Pani poinformowała mnie, że wyśle do niego maila.

Poprosiłam ją o znalezienie nam noclegu, jednak odmówiła, ponieważ jak stwierdziła dzwonię do niej o 20.45, a najpóźniej zameldować się powinnam o 20:00, a fakt, że umawiałam się z Panem telefonicznie, że przyjedziemy maksymalnie do 21:00 jeszcze bardziej zadziałało na moją niekorzyść, ponieważ w systemie booking.com  nie ma odnotowanej takiej informacji. Moje tłumaczenia, że pomimo, że tak się umówiliśmy to przyjechaliśmy przed czasem (o 19.20) nie przekonywały Pani. Na wysłaniu maila do właściciela pomoc booking.com się zakończyła.

 Po skończonej rozmowie z infolinią booking.com, zobaczyliśmy Pana chodzącego po podwórku wokół apartamentu. Weszłam więc na podwórko i zapytałam o właściciela-pana Lukasa. Pan najpierw twierdził, że mnie nie rozumie ani po angielsku, ani po polsku (nie był to rodowity Czech, narodowości nie chcę tu sugerować, żeby nikt mnie nie posądził mnie o dyskryminację), ale jak powiedziałam mu, że jadę na policję, to nagle zrozumiał i kazał mi chwilę zaczekać. Wszedł do budynku i przez przeszklony budynek widziałam jak z kimś dość żywo dyskutuje, co chwila wskazując ręką w naszą stronę. Po kilku minutach ów Pan zszedł do nas i przekazał nam swój telefon. W telefonie jakiś mężczyzna przedstawił się jako szef Pana Lukasa  i zaoferował nocleg. Zapytał tylko na ile osób potrzebujemy apartament i czy ja już zapłaciłam Panu Lukasowi pieniądze. Poprosił grzecznie, abyśmy poczekali kilka minut i on zaraz przyjedzie. Powiem szczerze, coraz mniej mi się to wszystko podobało. Trącało to jakimiś mafijnymi klimatami.

Naradzając się z Grzesiem co robimy, nagle z budynku wybiegł Pan Lukas, który okazało się, że cały czas był w obiekcie i z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczam, że nie wyszedłby do nas, gdyby nie ten mężczyzna spotkany w podwórku, który prawdopodobnie zlitował się widząc nas z dwójką małych dzieci i poszedł wymusić na Panu Lukasie jakąś reakcję, a w sytuacji jej braku zadzwonił do kogoś trzeciego (rzekomego szefa Pana Lukasa). Właściciel, kiedy już do nas zszedł zaczął mówić trochę po czesku, trochę po polsku, trochę po angielsku, żebyśmy nie nocowali u tego tajemniczego Pana, z którym rozmawiałam przez telefon(niestety nie zrozumiałam dlaczego). Jednocześnie poinformował nas, że nie ma dla nas noclegu.  Przyznam szczerze, że tutaj już mnie poniosło i rzuciłam kilka ostrzejszych zdań oraz poinformowałam, że jadę na policję. Wtedy wyciągnął portfel i oddał nam pieniądze (dał nam nawet 20 euro więcej), po czym kilka razy uslyszałam „I am sorry”. Cóż mi było jednak po jego „I am sorry” kiedy zostaliśmy o 21:00 bez noclegu z dwójką małych dzieci i 93-letnią babcią, która rano miała mieć operację na zaćmę. Kajcia zaczęła krzyczeć ze zmęczenia, bo zazwyczaj zasypia o 19:00. Babcia się zdenerwowała tak, że jeszcze na drugi dzień miała podwyższone ciśnienie i przed zabiegiem lekarz musiał jej podać lekarstwo na zbicie ciśnienia. Zadzwoniłam więc na booking.com po raz drugi z prośbą o zarezerwowanie jakiegokolwiek noclegu już na nasz koszt (tym bardziej, że na stronie booking.com pojawiała mi się możliwość rezerwacji od dnia następnego). Po raz kolejny usłyszałam odmowę. Pani podała mi tylko nazwy kilku hoteli, gdzie mogę zadzwonić i sprawdzić czy mają jakieś wolne miejsca. Znalezienie miejsca wolnego w Ostrawie o takiej porze nie było łatwe, więc zdecydowaliśmy się przejechać na stronę polską i znaleźliśmy nocleg w Rybniku.

Na drugi dzień zadzwoniłam po raz kolejny na booking.com z zapytaniem co zamierzają zrobić z moją reklamacją i w jaki sposób zapobiec dalszemu oszukiwaniu ludzi przez tego Pana? Usłyszałam, że Pani przyjmie moją opinię i jak uzbiera się kilka negatywnych opinii booking.com rozważy zakończenie współpracy z Panem. Czyli wniosek jest taki, że Pan Lukas może dalej oszukać jeszcze kilka osób, zanim ktoś wyciągnie z tego konsekwencje. Poza tym Pani na infolinii poinformowała mnie, że Pan Lukas napisał do nich maila, że nie mógł nas przenocować, bo
„miał problemy”. Jak zapytałam o jakie problemy chodzi?, dlaczego wcześniej o tym nie poinformował?, dlaczego zareagował dopiero na informację, że idziemy na policję i jak chciał nas przejąć jego rzekomy „szef”? Pani nic nie odpowiedziała. Tak więc międzynarodowa  firma, jaką jest booking.com przyzwala na tego typu praktyki, tłumacząc, się, że nie jest w stanie zweryfikować każdego obiektu, z którym współpracują. Dlaczego tylko nie reagują na negatywne opinie ze strony klientów? Tym bardziej, że sprawdziłam przed chwilą i pojawiła się druga negatywna opinia ze strony klienta. Ale dwie negatywne opinie jak widać to jeszcze za mało, aby podjąć jakiekolwiek kroki.

Oczywiście nie zostawiłam tego tematu w spokoju. Złożyłam skargę za pośrednictwem europejskiej platformy rozstrzygania sporów: https://ec.europa.eu/consumers/odr/main/index.cfm?event=main.home2.show&lng=PL. Jaki będzie efekt moich działań nie wiem, ale mam nadzieję, że przyczynię się do tego, aby ów Pan nie oszukał już więcej innych.

Skąd się wzięły wieże Bismarcka?

Kanclerz Otto von Bismarcka był kanclerzem Prus w latach 1862-1890. To za jego panowania została zakończona wojna z Francją, w wyniku czego powstało zjednoczone państwo niemieckie. To właśnie zwycięstwo nad Francuzami przyczyniłosie do nadania mu przydomka „żelazny kanclerz”. Wieże Bismarcka powstawały ku czci wielkiego kanclerza. Pomimo, że dla Polaków niekojarzy się zbyt dobrze (odpowiedzialny był za germanizację ziem polskich), o tyle dla swoich rodaków zrobił wiele dobrego, a wieże miały świadczyć o jego kulcie wśród narodu pruskiego. Początkowo wieże budowano z dostępnych w danym miejscu materiałów, dlatego różniły się one między sobą. Po śmierci przywódcy rozpisano konkurs na projekt takiej wieży, aby spełniały one jednakowe standardy. Zwycięzcą został Wilhelm Kreis (projekt nazwany został „Zmierzch Bogów”), który zaproponował, aby budowle składały się z kilku schodów prowadzących do czary, w których rozpalano ogień ku czci „żelaznego kanclerza”.

Na świecie takich wież powstało około 250, z czego 40 na terenie Polski. Do dziś w naszym kraju zachowało się tylko 17.

Wieża Bismarcka na Jańskiej Górze

Jedna z takich wież, a w zasadzie jej pozostałość, znajduje się na Jańskiej Górze niedaleko Sobótki. Co ciekawe, jest to najstarsza spośród wszystkich wież Bismarcka. Wieża jest zniszczona i z roku na rok popada w coraz większą ruinę, ale póki co, odzwierciedla ona charakter tego typu budowli.

My swój spacer, celem zobaczenia wieży, rozpoczęliśmy w miejscowości Piotrówek. Za pałacem w Piotrówku należy skręcić w pierwszą drogę w lewo i tam można zostawić samochód za ostatnim budynkiem. Można również podjechać drogą polną niemal pod sam szczyt, ale ze względu na przepiękne krajobrazy polecam trekking z miejscowości Piotrówek.

Spacer z Piotrówka do wieży zajmie nam około 30 minut (z małymi dziećmi nieco dłużej- około godziny). Góra liczy 252 m n.p.m i w zasadzie jest to niewielkie wzniesienie. Nazwa „góra” w tym przypadku wydaje się zbyt dużym słowem. Podejście jest naprawdę łagodne i można je przemierzyć bez żadnych trudności wózkiem niemowlęcym. Trasę tę warto pokonać nie tylko ze względu na wieżę, ale także na piękne widoki i brak ludzi. Można też tutaj pobiwakować na łonie natury. My wybraliśmy się tutaj w długi weekend czerwcowy i nie spotkaliśmy nikogo po drodze.

Pałac w Piotrówku

Przy okazji będąc w Piotrówku można zobaczyć ruiny pałacu, pochodzącego z XIX wieku. Do końca II wojny światowej jego właścicielami był ród von Richthofen.  Po wojnie został przejęty przez PGR. W 1991 roku pałac trafił z powrotem w ręce prywatne, jednak właściciel, jak widać na załączonym zdjęciu, nie ma planów inwestycyjnych względem tego obiektu, który z roku na rok niszczeje coraz bardziej. Próbując zrobić zdjęcie pałacu, z pobliskiego domu wybiegła Pani, krzycząc na mnie, że weszłam na teren prywatny. Nie była zbyt uprzejma, żeby nie powiedzieć arogancka, dlatego odniosłam wrażenie, że temat pałacu może budzić wiele emocji wśród osób mieszkających w sąsiedztwie nieruchomości. Są to jednak tylko moje domysły.

Nasze wrocławskie zoo odwiedzamy kilka razy w roku. Dzieci je uwielbiają. Każda przygoda ze zwierzętami dostarcza nowych wrażeń i wiedzy na temat zwierząt (zawsze skupiamy się na innym gatunku zwierząt i poszerzamy wiedzę w tym zakresie). W tym roku sezon zaczęliśmy trochę później ze względu na koronawirusa. W zasadzie to nasza pierwsza wizyty w tym roku. Była ona jednak o tyle ciekawa, że po raz pierwszy Kajcia okazała prawdziwą fascynację zwierzętami. W zeszłym roku była jeszcze na tyle mała, że nie wyrażała w znaczący sposób swojej radości. Podczas dzisiejszych odwiedzin zafascynowała się w szczególności "nioniem" (słoniem),"mapą" (małpą) oraz "hicio" czyli hipciem. Cały dzień opowiadała o swoich wrażeniach.

W zeszłorocznym wpisie: https://www.judytaszkudlarek.pl/wroclawski-ogrod-zoologiczny-widziany-oczami-dziecka.html opisałam więcej szczegółów dotyczących naszego wrocławskiego ogrodu zoologicznego widzianego oczami dziecka.

W tym roku wpis uaktualnię o ceny:

  • bilet normalny kosztuje 55 zł
  • bilet ulgowy 45 zł
  • dzieci do 3 roku życia wchodzą bezpłatnie.

Cena obejmuje zarówno zwiedzanie ogrodu zoologicznego, jak i afrykarium.

Bilety można kupić przed wejściem do zoo w kasie jak również drogą elektroniczną (polecam ten drugi sposób, wówczas nie trzeba stać w zbyt długiej kolejce, wystarczy tylko zeskanować bilet elektroniczny przy wejściowych bramkach)

Mimo, że ceny nie są niskie, to uważam, że warto się wybrać do naszego wrocławskiego zoo z dziećmi, ponieważ obcowanie ze zwierzętami dostarcza pociechom wiele radości. Ile razy byśmy tam nie byli zawsze nasze dzieci ten dzień wspominają jeszcze długi czas.

To jeden z najstarszych i zarazem najbardziej niezwykłych klasztorów prawosławnych na całym świecie. Miejsce to zapiera dech w piersiach nie tylko ze względu na ciekawą historię, ale także niesamowite położenie. Otoczony jest terenami półpustynnymi, gdzie nie widać żadnych śladów życia.

Jak dojechać z Tbilisi do David Garedża?

Położony jest na granicy gruzińsko-azerbejdżarskiej, około 70 km od Tbiliisi. Nie dojeżdża tam żaden transport publiczny. W hotelach/guest housach często oferowane są wycieczki do klasztoru transportem prywatnym. Ceny są zróżnicowane, często uzależnione od liczby zainteresowanych, ale zdecydowanie polecam tą opcję z tego względu, że prywatni przewoźnicy oferują przejazd pojazdami klimatyzowanymi, co ma ogromne znaczenie przy wysokich temperaturach w rejonie David Garedża.

Ponadto, codziennie z Placu Wolności w Tbilisi odjeżdża bus właśnie bezpośrednio do kompleksu klasztornego. Organizatorami tych wypraw jest Polka ze swoim gruzińskim partnerem. My właśnie skorzystaliśmy z tej opcji. Szczegółowe informacje na temat organizowanych wypraw do Dawid Garedża znajdziecie tutaj: https://www.facebook.com/pg/gareji.line/about/?ref=page_internal

David Garedża – trochę historii

Klasztor szacuje się, że został zbudowany w VI wieku. Historia tego miejsca bogata jest w liczne wydarzenia, mające wpływ na cały naród gruziński. Wśród samych Gruzinów zresztą istnieje przekonanie, że odwiedzenie świątyni jest równoznaczne z pielgrzymką do Jerozolimy, co świadczy o znaczeniu tego miejsca i jego wyjątkowości. Klasztor zawdzięcza swoje istnienie dzięki jednemu z 13 ojców asyryjskich- Davidowi Garejeli, który przedsięwziął się misji szerzenia chrześcijaństwa na tych terenach. Osiadł on w jednej z naturalnych jaskiń i założył tam klasztor.

Kompleks klasztorny David Garedża składa się z kilkunastu jaskiń i jest uznawany za arcydzieło sztuki gruzińskiej. Jaskinie służyły nie tylko do modlitw, ale mieściły się w nich piekarnia, kuźnia czy pomieszczenia dla bydła. Kompleks klasztorny ze względu na swój religijny charakter był wielokrotnie niszczony m.in. w wyniku najazdu Mongołów w XIII wieku czy ataku Persów w XVII wieku. Mimo licznych zniszczeń i najazdów nie udało się najeźdźcom położyć kres działalności klasztornej. Klasztor został zamknięty dopiero w wyniku ataku bolszewickiego w 1921 roku. W okresie istnienia Związku Radzieckiego świątynia stała się poligonem dla wojsk sowieckich walczących w Afganistanie. Jednak kiedy Gruzja odzyskała niepodległość klasztor odrodził się i stał się znowu ważnym ośrodkiem kultu religijnego.

Klasztor ma wielką wartość historyczną ze względu m.in. na przepiękne freski przestawiające sceny z życia św. Dawida, a także portrety gruzińskich władców. Niektóre z nich zachowały się w całości.

David Garedża- co warto zobaczyć?

Oprócz świątyni zachęcam do udania się na trekking dookoła monastyru. Wędrując po niewielkich wzniesieniach zobaczycie piękne tereny półpustynne, a z oddali dostrzeżecie Azerbejdżan.

David Garedża – informacje praktyczne

  • Podczas wycieczki zaopatrz się w wodę mineralną- ze względu na klimat półpustynny i konieczność chodzenia po wzniesieniach ma ona ogromne znaczenie
  • Zaopatrz się także w papier toaletowy/chusteczki- nie ma tutaj żadnej toalety
  • Najbliżej położoną wioską jest Udabno. Podczas wycieczki nasz Pan Kierowca zatrzymał się w przydrożnym barze, prowadzonym przez Polaków. Można tutaj napić się coś zimnego, ale także zjeść miejscowe przysmaki np. ser kozi z miętą (przepyszny). Produkty do baru dostarczane są przez miejscowych gospodarzy, dzięki czemu wszystko jest świeże, smaczne i zdrowe.
  • Warto przejść się po Udabno, ponieważ widok miejscowości jest niesamowity. Znajduje się tutaj mnóstwo pustostanów. Okazało się, że po odzyskaniu niepodległości władze Gruzji zachęcały Gruzinów do osiedlania się tutaj, oferując im grunty po korzystnych cenach. Okazało się jednak, że brak perspektyw pracy i trudne warunki klimatyczne nie sprzyjały zasiedlaniu. Wiele rodzin zdecydowało się opuścić ten obszar, a pozostałością po nich są właśnie puste budynki. Nasi rodacy zaadaptowali właśnie jeden z nich na cele gastronomiczne, a przydrożny bar jest punktem, gdzie zatrzymują się turyści w drodze do i z David Garedża

  • Różnorodność klimatyczna w Gruzji

Wybierając się do Gruzji należy uwzględnić różnice  w temperaturach. Byliśmy w Gruzji w czerwcu- w Batumi i Tbilisi temperatura wynosiła 23-26 st. C, w Mestii czy Kazbegi temperatura sięgała maksymalnie 12 st. C, a w okolicach monastyru Dawit Garedża dochodziła nawet do 40 st. C.

Kaukaz pokryty jest śniegiem...
A przy granicy z Azerbejdżanem żar leje się z nieba...
  • Jak dogadać się w Gruzji

Oficjalnym językiem jest gruziński. W niektórych miejscach trudno się porozumieć po angielsku. Muszę przyznać, że będąc w Gruzji bardziej przydała mi się znajomość rosyjskiego aniżeli angielskiego. Gruzini bardzo dobrze odbierają, gdy ktoś próbuje się komunikować w ich języku. Nauczenie się nawet kilku podstawowych zwrotów po gruzińsku sprawi, że będziemy jeszcze milej odbierani i traktowani

  • Waluta w Gruzji

Walutą używaną w Gruzji jest Lari (GEL)

Wymiany waluty na Lari można dokonać:

    • W bankach, które oferują dobry kurs, ale są zamknięte w weekendy, święta i wieczorami
    • W hotelach- kurs zazwyczaj jest niższy niż w bankach, ale wymiany można dokonać w każdej chwili
    • Nieoficjalne punkty wymiany walut – oferują dobre kursy, ale przestrzegano nas przed wymianą w takich punktach, ze względu na możliwość podrobienia banknotów, więc nie korzystaliśmy z tego typu usług
  • Z jakim dokumentem wjadę do Gruzji?

Jadąc do Gruzji wystarczy dowód osobisty. Ani paszport ani wiza nie są potrzebne.

  • Transport publiczny w Gruzji

Po Gruzji poruszaliśmy się tylko i wyłącznie transportem publicznym –zarówno marszrutkami, jak i pociągami. Gruzja jest dość dobrze skomunikowana i w większość najbardziej popularnych miejsc można dojechać bez problemu. Najlepiej w podróż wyruszyć wcześnie rano (od 6:00), wówczas częstotliwość kursów jest największa. Im późniejsza godzina, tym mniejsze prawdopodobieństwo przedostania się w miejsce docelowe.

Dworzec autobusowy w Kutaisi

Marszrutki zatrzymują się dosłownie wszędzie tzn. nie tylko na oficjalnych przystankach. Można poprosić kierowcę, aby zatrzymał się w danym miejscu i naprawdę nie ma z tym żadnego problemu. Liczyć się natomiast trzeba z tym, że jeśli nie ruszamy z zajezdni, to na pozostałych przystankach mogą być opóźnienia.

Czasem można utknąć też w korkach...

Wyjątkiem jest np. Uszguli, gdzie transport publiczny nie dociera. Warto w tym przypadku skorzystać z prywatnej taksówki z napędem na 4 koła, ponieważ droga do tej urokliwej wioseczki jest fatalna i szczerze mówiąc nawet nie ryzykowałabym dotarcia tam wyeksploatowanym transportem publicznym.

Również dotarcie do monastyru Dawit Garedża publicznym transportem jest niemożliwe, ale z Tbilisi można znaleźć prywatnych przewodników, którzy organizują wyjazdy w to niezwykłe miejsce.

Na stronie: http://www.railway.ge/en/traffic-general-schedule/ możecie znaleźć aktualny rozkład jazdy pociągów. Polecam połączenie z Batumi do Tbilisi. Wagony są komfortowe. My wybraliśmy przejazd nocą i wzięliśmy sobie wagon sypialny. Bardzo polecam tą opcję, dzięki czemu nie traciliśmy czasu na dojazd w ciągu dnia.

Również w obrębie miast sieć komunikacyjna jest całkiem dobrze zorganizowana. Po Batumi poruszaliśmy się autobusami, a po Tbilisi głównie metrem. Poruszając się autobusami bilety można nabyć w autobusie. Natomiast w przypadku metra można kupić na stacji metra kartę, którą doładowuje się na określoną kwotę (można ją doładować również na każdej stacji metra).

  • Bezpieczeństwo w Gruzji

Gruzja jest bardzo bezpiecznym krajem dla turystów. Wskaźniki przestępczości należą tu do najniższych w Europie. Trzeba natomiast uważać na kierowców, którzy nie przestrzegają zasad ruchu drogowego. Nie zatrzymują się na przejściach na pieszych. Wyprzedzają, nie zwalniając, używają natomiast tylko sygnału dźwiękowego. Zastanawialiśmy się nad wypożyczeniem samochodu w Gruzji, ale widząc sposób jazdy gruzińskich kierowców, nie odważyliśmy się podjąć tego wyzwania

  • Życzliwość i gościnność w Gruzji

Gruzini są narodem bardzo przyjaznym i gościnnym, a Polaków darzą szczególnym szacunkiem i uznaniem. Pamiętają bowiem wsparcie Lecha Kaczyńskiego podczas wojny w Osetii Południowej pomiędzy Gruzją a separatystami wspieranymi przez Rosję. Lech Kaczyński wówczas jako jeden z nielicznych udał się do Gruzji i nawoływał społeczność międzynarodową do przeciwstawienia się imperializmowi Rosji. Tym samym stał się w Gruzji bohaterem narodowym. Jego nazwiskiem nazwano wiele ulic czy skwerów. Kiedy na pytanie Gruzinów „skąd jesteście?” odpowiadaliśmy „z Polski” witano nas jak w rodzinie…ba… nawet rodzina współcześnie już nas tak nie wita

Imprezka w barze na bazarze w Batumi (godzina 12 w południe)
  • Targowanie w Gruzji

W wielu miejscach można się targować – w pensjonatach czy na targach, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach

  • Noclegi w Gruzji

Udając się do Gruzji nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego noclegu. Nie było problemu z tym, aby znaleźć nocleg w dowolnym miejscu.

Hostel Elma w Kutaisi...Gorąco polecam!

  1. Aby wjechać do Albanii wystarczy tylko dowód osobisty
  2. Możliwości dotarcia do Albanii zapewne jest wiele. My zdecydowaliśmy się polecieć tanimi liniami lotniczymi na Korfu, które przy okazji chcieliśmy zwiedzić, a z Korfu, a dokładniej z Kerkyry płynęliśmy statkiem do Albanii (do Sarandy). W pobliżu portu w Kerkyrze znajduje się kilka biur podróży, które oferują rejs do Albanii. Ceny są zbliżone. My płaciliśmy za rejs w jedną stronę za osobę dorosłą 19 euro, a za Hubercika 1 euro. Większości biur traktują dzieci do czterech lat jako „infant” i płaci się 1 euro. Za bilet dla dziecka od 4 do 9 lat zapłacimy 9 euro. My kupiliśmy bilety spontanicznie bez wcześniejszej rezerwacji. Mimo, że byliśmy tam na koniec sierpnia, nie było problemu z biletami. Jedynie co to do portu warto wybrać się z rana, bo wtedy w zasadzie co pół godziny, ewentualnie godzinę odpływa prom do Albanii.
  3. W biurze celnym w porcie przechodzi się kontrolę osobistą i bagażową. Pomimo sporej ilości ludzi kontrola przebiega bardzo sprawnie. Warto jednak był przynajmniej pół godziny przed godziną odpłynięcia promu, aby na spokojnie przejść odprawę. Nas przy odprawie spotkała niemiła niespodzianka. Na wyjeździe była z nami była partnerka mojego brata z ich wspólnym dzieckiem. Przy odprawie okazało się, że nie miała przetłumaczonej na język angielski poświadczonej notarialnie zgody mojego brata na wyjazd dziecka na urlop za granicę. Urzędnicy poinformowali więc, że w związku z tym, dziecko nie może wjechać do Albanii. W pierwszej chwili ogarnął nas stres i zdenerwowanie, ale po kilku minutach stwierdziłam, że tylko spokój może nas uratować. Zaczęłam więc przekonywać urzędnika, że po pierwsze jestem siostrą ojca dziecka i, że mam z Julcią to samo nazwisko. Obsługujący nasz urzędnik naradził się ze swoim starszym kolegą i zdecydowali się wpuścić nas do Sarandy pod warunkiem, że mój brat prześle taką zgodę mailowo na adres odpowiedniego urzędu. Pomimo stresu udało się więc załatwić sprawę pomyślnie i mogliśmy ruszyć ku nowej przygodzie
  4. Wymiana pieniędzy – w Albanii walutą jest lek albański. Warto zabrać do Albanii ze sobą euro, które na lokalną walutę można wymienić w bankach lub kantorach. Niektóre punkty pobierają prowizję z tytułu wymiany. Warto też sprawdzić czy w dniu przyjazdu nie ma w Albanii jakiegoś święta. My akurat przybyliśmy do Sarandy w dniu, kiedy obchodzone było święto państwowe i wszystkie banki i kantory były zamknięte. Jedyną możliwością była więc wypłata gotówki z bankomatu
  5. Bankomaty – nie ma problemu z ich dostępnością w miasteczkach i dużych miastach. W mniejszych miejscowościach można napotkać trudności z wypłatą gotówki z bankomatów. Warto jednak upewnić się jaką prowizję zapłacimy. W wielu restauracjach i hotelach można zapłacić kartą.
  6. Wypożyczenie samochodu- przy porcie w Sarandzie znajduje się kilka wypożyczalni samochodów. Szukaliśmy takiej, która nie chciałaby w zabezpieczenie karty kredytowej. Okazało się, że nie ma z tym problemu. Wypożyczyliśmy samochód na 10 dni, zapłaciliśmy około 850 zł z ubezpieczeniem i fotelikami dla dzieci, które były wyeksploatowane i dalekie od spełnienia standardów bezpieczeństwa. Za wynajem samochodu zapłaciliśmy też bez problemu kartą kredytową.
  7. Kultura jazdy w Albanii- mieliśmy obawy przed wypożyczeniem samochodu w Albanii, ponieważ naczytaliśmy się, że Albańczycy jeżdżą poza wszelkimi standardami i zasadami ruchu drogowego. Niemniej jednak pojęliśmy się tego wyzwania, tym bardziej, że Grzesiu był instruktorem nauki jazdy przez wiele lat. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Poza dużymi miastami jeździ się całkiem przyjemnie. Na albańskich drogach „szybkiego ruchu” Albańczycy jeżdżą średnio 90 km/h, wyprzedzają w miarę bezpiecznie (szaleńcy się zdarzają, ale nie odbiega to od standardów polskich), prawdziwa przygoda zaczyna się jednak w dużych miastach. Tutaj zasady ruchu drogowego i sygnalizacja świetlna nie mają zbyt dużego znaczenia. Wymuszanie pierwszeństwa, parkowanie w niedozwolonych miejscach, skręcanie bez kierunkowskazu wydają się być tutaj normą. Dlatego trzeba zachować wzmożoną czujność i mieć oczy dookoła głowy.
  8. Noclegi- z wyprzedzeniem (kilkudniowym) zarezerwowaliśmy noclegi tylko w Sarandzie. Przypłynęliśmy do Sarandy po południu więc nie chcieliśmy tracić czasu na szukanie z dwójką dzieci hotelu. Poza tym w pozostałych punktach pobytu w Albanii szukaliśmy noclegu spontanicznie, bez wcześniejszej rezerwacji. Z wolnymi miejscami w hotelach nie było żadnego problemu, a jeszcze można było wynegocjować cenę.
  9. Bezpieczeństwo – wiele osób pytało nas czy nie boimy się jechać do Albanii z dziećmi. Szczerze mówiąc przez dziesięć dni zjechaliśmy całkiem sporą część tego kraju i nigdzie nie doświadczyliśmy sytuacji, którą można byłoby rozpatrywać w kategoriach niebezpiecznych. W ciągu dnia czuliśmy się bezpiecznie, a po zmroku ze względu na małe dzieci nigdzie nie wychodziliśmy
  10. Uprzejmość Albańczyków- Albańczycy są bardzo uprzejmi, co ma swoje dobre i złe strony. Z jednej strony, zawsze kiedy coś potrzebowaliśmy Albańczycy byli chętni do pomocy. Z drugiej strony, szczególnie panowie chcieli nam pomóc za wszelką cenę. Mężczyźni Albańscy mają trudność do przyznania się, że czegoś nie wiedzą, dlatego wskazywali nam drogę, nawet jak nie wiedzieli gdzie jest punkt, do którego podążamy. W rezultacie potrafiliśmy jeździć tam i z powrotem, bo za każdym razem wskazywano nam inny kierunek jazdy.

Często dopytujecie się, jakie miejsce mogę Wam polecić na jednodniowy wyjazd za miasto. Postanowiłam zebrać w jednym wpisie kilka propozycji z podziałem według preferencji. Dolny Śląsk obfituje w takie miejsca, dlatego w swoim wyborze skoncentrowałam się na naszych ostatnich wyjazdach, które sprawdziły się w przypadku maluchów i które są mile wspominane przez nasze pociechy.

Przyroda

Staw Piaskowy i Soczewica
Park przy opactwie Cystersów w Henrykowie
Kolorowe Jeziorka

Zwierzęta

Agroturystyka Cicho-Sza
Ruda Sułowska

 

Plac zabaw

Zielona Oliwka

Nieco powyżej poziomu morza czyli niewielkie wzniesienia przyjazne maluchom

Gromnik
Góra Ślęża

Miejsce do biwakowania

Kompleks Miłocin

 

Zielona Oliwka

Jeśli macie swoje ulubione miejsce (niekoniecznie na Dolnym Śląsku) podzielcie się również swoimi doświadczeniami. Chętnie skorzystamy z Waszych podpowiedzi. Tym bardziej, że wiosna w pełni, lato przed nami, więc też chętnie podążymy za Wami ku nowej przygodzie.

Opactwo Cystersów w Henrykowie dawniej….

Zaledwie 50 km od Wrocławia mieści się opactwo Cystersów. Henryków nasączony jest historią zakony cysterskiego. A wszystko zaczęło się od Francji, gdzie w 1098 roku zostaje powołany pierwszy zakon cysterski. Założycielami była grupa mnichów pod przewodnictwem św. Roberta z Molesme, którzy zdecydowali się prowadzić samotne życie z dala od miast, w oparciu o regułę św. Benedykta. Zakon opierał się na kilku fundamentach: surowej ascezie, rezygnacji z dóbr feudalnych oraz pracy fizycznej. To, co charakteryzowało zakon cysterski to jednolitość (wszystkie klasztory przestrzegały tych samych zasad i zwyczajów), coroczne zebrania opatów wszystkich klasztorów w Citeaux i regularnych corocznych wizytacja ojca-założyciela we wszystkich swoich oddziałach zakonnych.

Powstanie zakonu Cystersów w Henrykowie datuje się na 1222 rok, kiedy to Henryk Brodaty udzielił Mikołajowi, wrocławskiemu kanonikowi zezwolenia na osiedlenie się Cystersów w Henrykowie. Pierwsi mnisi przybyli do Henrykowa w 1227 roku- było to dziewięciu mnichów z opactwa Lubiąż, kierowanych przez opata Piotra. Opactwo rozwijało się dynamicznie aż do inwazji Mongołów w 1241 roku, kiedy to klasztor został spalony i splądrowany.  Po inwazji Cystersi przystąpili do odbudowy swojego klasztoru i walki o odzyskanie majątku.

Opat Piotr w 1269 roku zaczął prowadzić kronikę zwaną Księgą Henrykowską, opisując historię założenia opactwa oraz spisując majątek klasztoru. Księga stała się jednym z najcenniejszych zabytków literatury polskiej, ponieważ zawiera m.in. pierwsze zdanie w języku polskim „day, ut ia pobrusa a ti poziwai”.

Z biegiem lat Cystersi umacniali swoją pozycję. O ich rosnącej sile świadczy powstanie opactwa siostrzanego w Krzeszowie. Według źródeł pod koniec XIII wieku w Henrykowie mieszkało 80 mnichów i braci świeckich. Cystersi w Henrykowie zajmowali się tkactwem oraz szewstwem.

Kres rozwoju klasztoru nastąpił podczas wojny husyckiej w latach 1428-1430, kiedy to kościół został ponownie spalony i splądrowany, a mnisi uciekli do Nysy i Wrocławia. Najazdy nękały opactwo jeszcze przez kolejne lata. Klasztor odzyskał względny spokój dopiero w XVI wieku, kiedy to opat Andrzej przystąpił do rozbudowy klasztoru oraz jego reform. Jego dzieło zostało jednak zniweczone przez wojnę 30-letnią i dopiero po wojnie przywrócono opactwo do dawnej świetności. Następnie wojny śląskie, a później napoleońskie przyniosły kres funkcjonowania klasztoru. W 1810 roku król pruski Fryderyk Wilhelm III ogłosił sekularyzację zakonu, w wyniku której mnisi opuścili mury klasztorne, a opactwo henrykowskie zostało zlikwidowane.

Następnie majątek klasztorny został zakupiony przez królową holenderską Fryderykę Wilhelminę. Pod koniec XIX wieku klasztor został przejęty przez książąt  sasko-weimarskich, którzy przekształcili klasztor w rezydencję magnacką oraz utworzyli przepiękny park tuż za kościołem.

W czasie II wojny światowej majątek został po raz kolejny splądrowany zarówno przez Niemców, jak i Armię Czerwoną. Z tego względu, że w budynkach klasztornych mieścił się szpital wojskowy budynki nie zostały zniszczone. Cystersi powrócili do Henrykowa dopiero w 1946 roku.

Opactwo Cystersów w Henrykowie dziś…

Obecnie działa tutaj Wyższe Seminarium Duchowne, Dom Opieki Społecznej oraz Katolickie Liceum Ogólnokształcące. Punktem Centralnym kompleksu jest kościół Wniebowzięcia NMP, przed którym stoi pomnik Trójcy Świętej z XVII wieku. Tuż za klasztorem rozciąga się przepiękny park z licznymi pomnikami przyrody, ścieżkami pieszymi i trasami rowerowymi oraz miejscami do odpoczynku. Zarówno na terenie ogrodu klasztornego, jak i parku napotkać można liczne pomniki przyrody. To tutaj właśnie można znaleźć jeden z najstarszych cisów w Polsce (szacuje się, że ma 754 lata) oraz przepiękne dęby szypułkowe.

W parku znajduje się także grób dawnego właściciela kompleksu- księcia Wilhelma Ernesta von Sachsen–Weimar–Eisenach.

Informacje praktyczne:

  • Samochód można zaparkować na parkingu przy drodze głównej z Henrykowa do Ziębic. Parking jest bezpłatny. Tuż za parkingiem znajduje się brama wejściowa na teren kompleksu klasztornego. Można też przejść od parkingu w stronę miasteczka i tam wejść bramą od ul. H. Brodatego.
  • W parku są wytyczone szlaki piesze i rowerowe, a nawierzchnia jest dogodna dla wózków niemowlęcych
  • Na zwiedzanie kompleksu klasztornego i parku z dziećmi należy przeznaczyć cały dzień. My przyjechaliśmy do Henrykowa rano około 9:30, a wyjeżdżaliśmy około 17:30. Zwiedziliśmy cały obiekt, pochodziliśmy po parku oraz zrobiliśmy sobie piknik. Nasze pociechy były przeszczęśliwe.
  • To znakomite miejsce do odpoczynku i zadumy. W Henrykowie byliśmy w niedzielę i spotkaliśmy tam zaledwie kilka osób. Nie było tłumów, można było nacieszyć się ciszą i spokojem

Mimo niepewnej pogody, zdecydowaliśmy się jednak wyruszyć z domu. Spragnieni świeżego powietrza oraz trekkingu pojechaliśmy do Barda, aby wejść na Górę Bardzką inaczej zwaną Kalwarią.

Samochód zaparkowaliśmy na parkingu tuż nad rzeką Nysą, przy spływie pontonowym (zaraz przy wjeździe do Barda, tuż przy dwóch mostach).

Na górę Kalwarię pierwotnie można było dotrzeć trzema drogami: drogą niemiecką (główna droga) oraz polską i czeską (poboczne trasy). Wzdłuż drogi niemieckiej spotkać można murowane stacje Drogi Krzyżowej, zbudowane w XIX wieku oraz murowane kapliczki odnoszące się do siedmiu boleści Matki Bożej.

Po drodze docieramy do Kapliczki „Źródło Maryi”. Znajduje się tutaj ujęcie źródlanej wody. Pielgrzymi podążający na górę Kalwarię nabierają ją sobie w butelki, aby móc ugasić pragnienie podczas spaceru. Tym bardziej, że źródełko uchodzi za cudowne i wierzy się, że ma właściwości lecznicze, zwłaszcza w chorobach wzroku. W XVII wieku w tym miejscu prawdopodobnie miało miejsce uzdrowienie chorego Czecha. Według legendy miejsce to ma jeszcze jedną zaletę- posiada moc spełniania marzeń- wystarczy tylko nabrać wody w usta i okrążyć kapliczkę trzy razy w kółko. Warto spróbować…W końcu nie wiele wysiłku trzeba włożyć, a marzenia mamy na wyciągnięcie ręki. Przy kapliczce znajdują się stoliki i ławki, więc można odpocząć i coś przekąsić, a także pokontemplować naturę. Powiem Wam po kilku tygodniach spędzonych w domu, mogłabym tak godzinami siedzieć, słuchać śpiewu ptaków i delektować się ciszą i spokojem.

Kilkanaście minut drogi dalej za kapliczką znajduje się drogowskaz na Obryw Skalny. Od drogowskazu na Obryw szliśmy jeszcze kolejne 20 minut. Obryw Skalny to potężne osuwisko znajdujące się na stoku góry Kalwarii opadające do dna doliny Nysy Kłodzkiej. Jest to największe osuwisko w Sudetach, którego powstanie datuje się na 1598 rok. Na urwisku skalnym został zbudowany punkt widokowy z charakterystycznym białym krzyżem. Widoki na miasto są przepiękne. Zapierają dech w piersiach. Muszę przyznać, że zachwyciła mnie panorama Barda podziwiana właśnie z Obrywu Skalnego.

Z Obrywu Skalnego na szczyt góry Kalwarii szliśmy około pół godziny- cały czas zielonym szlakiem. Na szczycie znajduje się Kaplica Górska. Legenda mówi, że w 1400 roku mieszkańcy usłyszeli na górze szlochanie. Kiedy pobiegli zobaczyć co się dzieje, ujrzeli Matkę Boską, która siedziała na kamieniu i płakała z powodu nieszczęścia, jakie miało nawiedzić te tereny. Po pewnym czasie Matka Boska uniosła się i zniknęła, a w miejscu, w którym siedziała, zostały odciski jej stóp i rąk. Na miejscu objawienia w XVII wieku wzniesiona została kapliczka. Obecnie kaplica jest pod opieką zakonu redemptorystów, a od maja do września w każdą niedzielę o godzinie 11 odbywa się tutaj msza święta. Kiedy przybyliśmy na górę kapliczka była akurat otwarta i mieliśmy okazję wejść do środka.

Na górze znajdują się ławki, na których można odpocząć i podziwiać piękne widoki. Akurat my na szczycie nie spędziliśmy zbyt dużo czasu, ponieważ nadciągała czarna chmura i obawialiśmy się ulewy. Poza tym wiało dość mocno i Kajcia zaczęła nam narzekać, bo ona nie lubi tego typu niedogodności. Dlatego niebieskim szlakiem zaczęliśmy schodzić w dół.

Informacje praktyczne:

  1. Mimo, że góra nie jest wysoka (583 m) to momentami podejścia są strome i można się zmęczyć. Nawet Hubercik zaprawiony w chodzeniu po górach momentami narzekał, dlaczego jest tak stromo.
  2. Na górę Kalwarię szliśmy szlakiem zielonym, a wracaliśmy niebieskim. Nie jest to trasa dogodna dla wózków dziecięcych. Podejścia są strome oraz kamieniste, momentami wąskie, więc wybierając się z małym dzieckiem zdecydowanie polecam nosidełko
  3. Przy parkingu znajduje się budka z jedzeniem, w której można kupić frytki, zapiekanki, pstrąga czy napić się kawy lub herbaty. W czasie pandemii koronawirusa budka jest czynna, co nas zaskoczyło. Za to toaleta nie była dostępna, więc pozostaje tylko opcja „na łonie natury”
  4. Z dziećmi wejście na szczyt i zejście zajęło nam 3 godziny spokojnym, spacerowym tempem, z krótkimi przystankami
  5. Dużym plusem jest to, że nie ma tutaj tłumów ludzi. W dobie pandemii ma to ogromne znaczenie. Więc jeśli chcecie wybrać się w miejsce, gdzie będziecie czuć się bezpiecznie, to jest to dobry kierunek

Dlaczego warto tutaj przyjechać?

Luang Prabang jest nazywany “sercem Laosu” i wiele osób decyduje się tutaj własnie przyjechać, będąc w Laosie, aby podziwiać piękne widoki nad Mekongiem. Malownicza miejscowość ma niesamowity klimat. Przepiękne świątynie o bogatej historii, niesamowite pejzaże, przepyszne jedzenie i uprzejmi ludzie sprawiają, że poczujesz się tutaj wyjątkowo.

Miejscowość została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na niezwykłe połączenie architektury francuskiej i laotańskiej.

Co warto zobaczyć w Luang Prabang?

  • To idealne miejsce na wędrówki piesze. Gorąco polecam Górę Phousi, na której znajduje się platforma widokowa, z której można podziwiać miasto i okoliczne krajobrazy. Na szczycie znajduje się również mała świątynia

 

  • Świątynia (Wat) Manorom- uchodzi za jedną z najstarszych świątyń w mieście. W środku znajduje się posąg Buddy, który prawdopodobnie pochodzi z XIV wieku, chociaż był kilkakrotnie odnawiany. Dotarcie do świątyni jest już przygodą samą w sobie, ponieważ prowadzą tutaj kręte dróżki

  • Świątynia That Luang- jest jedną z najważniejszych Świątyń w mieście, ponieważ tutaj kremowano członków rodziny królewskiej. Zakłada się, że świątynia pochodzi z III w p.n.e, ale wiele jej elementów zostało przebudowanych

  • Świątynia Xieng thong (Złotego Miasta)- świątynia ta została zbudowana w XVI wieku. W tej świątyni koronowani byli królowie Lao, dlatego uznawana jest za jedno z najważniejszych miejsc kultu w całym kraju

 

 

  • Wodospady Kuang Si- można tutaj dotrzeć na rowerze lub wykupując zorganizowaną wycieczkę. Wodospady nie są okazałe jak Niagara czy Foz de Iquacu, ale na pewno warto się tutaj wybrać

  • Warto wybrać się na spacer po polach ryżowych, gdzie można zobaczyć z jaką ciężką pracą związana jest uprawa tego produktu. Wiele gospodarstw oferuje prelekcje, podczas których można dowiedzieć się w jaki sposób ryż jest sadzony, zbierany i obrabiany. Przy odrobinie szczęścia będziesz mieć okazję przenieść się w dawne czasy i zaorać pole z udziałem bawoła

  • Nocny targ- znajduje się przy Sisavangvong Rd, Alley Behind Lao National Tourism Office, czynny jest codziennie od 17 do 23. Można tu kupić dosłownie wszystko: ubrania, pamiątki, rękodzieło oraz lokalne produkty i dania

Jak dotrzeć do Luang Prabang?

My dotarliśmy do Luang Prabang łódką z Pakbeng. Muszę przyznać, że płyniecie łódką 8 godzin po Mekongu to było jedno z cenniejszych doświadczeń w moim życiu. Wybierając się w drogę, należy zabrać ze sobą prowiant. Po drodze kierowca robi krótkie przerwy przy brzegu rzeki na "toaletę". Nie liczcie jednak na toaletę w naszym europejskim rozumieniu. Raczej jest to zaspokojenie potrzeb na łonie natury. Nie wspominając o tym, ze pan kierowca jednemu z turystów na pytanie o wc, zaproponował pójście na drugi koniec łodzi, odwrócenie się tyłem do pasażerów a przodem do Mekongu i odddanie się prostej czynności fizjologicznej. W przypadku mężczyzn sprawa wydaje się znacznie prostsza, kobiety musiały czekać na oficjalny postój.

Po drodze Pan kierowca zapewniał nam liczne atrakcje. Można było napić się lokalnego trunku z wężem. Odważni mogli doświadczyć kąpieli w Mekongu. My się nie skusiliśmy. Zważywszy, że przy brzegach można było zobaczyć ludzi, którzy w rzece zażywali kąpieli, myli naczynia, prali ubrania oraz załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne, nie mieliśmy odwagi więc, aby wskoczyć do wody nawet przy dużym upale. Ale żądnych wrażeń turystów nie brakowało.

 

Jednakże widoki rekompensowały wszelkie niedogodności tej formy transportu. Zapierały dech w piersiach. Płynęłam tą niepozorną łódką ze łzami w oczach i z piosenką "Sailing" Roda Stewarta na ustach...

 

Do Luang Prabang można także dojechać busem lub autokarem z Vang Vieng. Na dotarcie do celu również musimy poświęcić 7-8 godzin, mimo, że firmy oferujące transport reklamują się, że dotrą do Luang Prabang w 4 godziny.

Gdzie przenocować w Luang Prabang?

W Luang Prabang dostępnych jest wiele guesthousów. My byliśmy w Laosie na przełomie czerwca i lipca i nie było problemu ze znalezieniem noclegów.