Przeskocz do treści

Rekomendacje w wietnamskim biznesie odgrywają kluczową rolę. Relacja biznesowa jest budowana na podstawie polecenia innej osoby. Jeśli masz rekomendację jako obcokrajowiec od Wietnamczyka, będziesz postrzegany jako bardziej wiarygodny partner w biznesie. Jeśli chcesz znaleźć pracę w Wietnamie, a jakikolwiek Wietnamczyk poświadczy, że jesteś dobrym człowiekiem, na pewno otrzymasz wybraną posadę. Dlaczego relacje są takie ważne w kształtowaniu się społeczeństwa wietnamskiego? Wszystko za sprawą konfucjanizmu, w którym podkreśla się rolę relacji w życiu człowieka. Dlatego Wietnamczycy są lojalnymi przyjaciółmi, a w pracy cenią sobie bardzo panującą atmosferę. Pracownicy jednej z firm, którą szkoliłam, po wykładzie na temat relacji w stosunkach z Wietnamczykami, powiedzieli „Już teraz rozumiemy dlaczego, kiedy przyjechała do nas do firmy wymiana z Wietnamu (tam znajdował się jeden z oddziałów firmy) nie mogła zrozumieć, dlaczego u nas na open space panuje taka cisza, nikt ze sobą godzinami nie rozmawia, a na lunch wychodzimy pojedynczo”. Dla Wietnamczyków życie w pracy musi opierać się na przyjaznej atmosferze, a relacje z kolegami z firmy opiera się na wzajemnym zaufaniu.

W związku z tym, Wietnamczycy preferują bezpośrednie kontakty w biznesie. Oczywiście korzystają z nowoczesnych technologii i środków komunikacji, aczkolwiek w kluczowych sprawach wolą spotkania bezpośrednie, celem lepszego poznania drugiej strony. Relacje biznesowe z Wietnamczykami nieuchronnie stają się po pewnym czasie relacją bliższą, społeczną. W przeciwieństwie do zachodnich relacji biznesowych, które pozostają profesjonalne i często z dala od sfery prywatnej, relacje biznesowe z Wietnamczykami prędzej czy później łączą te dwie sfery (prywatną i zawodową). Wietnamczycy wychodzą z założenie, że im lepiej Cię znają, tym lepszym jesteś partnerem biznesowym.

Jak budować relacje z Wietnamczykami?

Warto poświęcić trochę czasu na budowanie relacji z kolegami z Wietnamu. Wietnamczycy cenią sobie relacje długoterminowe. Nie oczekuj więc, że na początku znajomości Wietnamczycy będą szybko odpowiadali na Twoje maile czy, że szybko wynegocjujesz zadowalające dla Ciebie rozwiązanie. Cudzoziemcy często mylą uprzejmość Wietnamczyków z pozytywnym stanowiskiem. I tutaj można się rozczarować, ponieważ pozytywne nastawienie u Wietnamczyków oznacza gotowość na poznanie się. Dlatego jeśli Wietnamczyk zaprosi Cię po pracy na obiad lub do klubu karaoke nie odmawiaj mu. Wyjścia prywatne traktowane są w Wietnamie bowiem jako element budowania długotrwałej relacji.

Co więcej, zawsze okazuj szacunek i zainteresowanie drugą stroną. Wietnamczycy nie lubią kiedy się ich pogania czy krytykuje. Potrzebują natomiast czasu na lepsze zrozumienie.

Z doświadczenia wiem, że dla Europejczyków takie podejście nie jest proste do zaakceptowania. Często potrzebujemy decyzji natychmiastowej czy szybkiej odpowiedzi na maila. Szczególnie w świecie korporacyjnym czas gra ogromną rolę. Niemniej jednak chcąc uzyskać satysfakcjonujące stanowisko strony wietnamskiej, musimy uzbroić się w cierpliwość. Jeśli już zbudujemy dobrą relację z Wietnamczykiem, wtedy kolejne sprawy załatwimy znacznie szybciej.

Województwo lubuskie obfituje w jeziora.  W związku z upalną pogodą postanowiliśmy ostatni weekend spędzić właśnie nad wodą. Wybór padł na Jezioro Lubikowskie i Szarcz.

Jezioro Lubikowskie

Znajduje się około 10 km od Międzyrzecza (na terenie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego).  Jego głębokość sięga nawet 35,5 m. Ze względu na dogodną głębokość i czystą wodę jest ono miejscem cenionym przez nurków.  Korzystne warunki wiatrowe przyciągają tutaj natomiast miłośników windsurfingu. Wokół jeziora znajdują się ścieżki piesze i rowerowe. My korzystaliśmy z plaży na terenie Folwarku Amalia. Podyktowane to było kilkoma względami. Po pierwsze, w Folwarku można wypożyczyć rowerki wodne i kajaki. Po drugie, na terenie Folwarku znajduje się restauracja, a będąc z dziećmi zależało nam, aby zjeść jakiś domowy obiad. Po trzecie, na terenie Folwarku jest miejsce na ognisko i zadaszona wiata, w której można się schować w razie deszczu. Po czwarte, kolega chciał ponurkować, a właśnie w tym miejscu jest względnie spokojnie (mało turystów), a warunki do nurkowania są znakomite.

Jezioro Lubikowskie

Jezioro Szarcz

Położone jest w miejscowości Pszczew w dorzeczu trzech rzek: Warty, Obry i Odry (na terenie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego). Jest ono preferowane przez miłośników sportów wodnych, ze względu na swój owalny kształt i jego charakterystyczne położenie.  Jezioro jest czyste i bardzo przejrzyste (zaliczone zostało do II klasy czystości). Nie jest zbyt głębokie- głębokość maksymalna wynosi 14,5m.

Jezioro Szarcz

My nocowaliśmy w Ośrodku Wypoczynkowym Jeziorak, który jest położony nad samym jeziorem.  Nasz domek od jeziora dzieliła 200 metrowa odległość. Nad jeziorem jest piękna piaszczysta plaża. Wejście do wody jest stosunkowo płytkie, więc jest to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi. Dodatkowo, można wypożyczyć rower wodny lub kajak, co dla dzieci jest nie lada atrakcją.

Przed wyjazdem naczytałam się, że nad jezioro Szarcz przyjeżdżają tłumy turystów i trudno tutaj liczyć na ciszę. My byliśmy nad jeziorem w dniach 14-16 czerwca i było naprawdę bardzo spokojnie, a pogoda była rewelacyjna. Może to dopiero początek sezonu, bo wiele budek gastronomicznych i sklepików było jeszcze zamkniętych.

Poza tym, będąc w OW Jeziorak, to na co nie mogliśmy narzekać, to dogodna dla rodzin z dziećmi infrastruktura. Na terenie ośrodka znajdują się miejsca na grilla i ognisko, boisko do siatkówki plażowej, boisko do piłki nożnej oraz plac zabaw. Ośrodek położony jest na uboczu, więc można pospacerować wśród pól i lasów, z dala od cywilizacji.

Folwark Pszczew

Folwark Pszczew

Przy okazji, będąc nad Jeziorem Szarcz, można zwiedzić Pszczew, który ma swoją bogatą historię. Miejscowość ta należała do biskupów poznańskich. W XV wieku, kiedy to nadano miastu prawa magdeburskie, założono na terenie miejscowości folwark biskupi. Pod koniec XVI wieku wybudowano przedmieścia, które połączyły folwark z zabudowaniami miejskimi.  W XVIII wieku folwark trafił do rąk księcia Hohenloche-Jugelfingen, a ten następnie odsprzedał go baronowi Hiller Gartrigen. W połowie XIX wieku folwark trafił do rodziny Zu Dohna, która władała nim do końca II wojny światowej. W okresie PRL na jego terenie powstał PGR, po czym w 1990 roku trafił w ręce prywatne. Obecnie na terenie folwarku znajduje się agroturystyka ze SPA, restauracja oraz część pałacowa. Folwark otoczony jest pięknym parkiem.

Muzeum „Dom Szewca”

W Pszczewie znajduje się muzeum „Dom Szewca”. Już sam budynek, w którym znajduje się muzeum przyciąga uwagę. Wybudowano go bowiem w XVIII wieku z drewna na wysokiej kamiennej podmurówce. Nieruchomość należała niegdyś do rodziny szewca Feliksa Paździorka. Aby upamiętnić jego działalność aktualnie w muzeum można podziwiać warsztat i sklep szewca, a także zobaczyć wystawę „Dawny Pszczew na fotografii i na pocztówce”. W budynku znajduje się także Centrum Informacji Turystycznej oraz sklep z lokalnymi pamiątkami.

Muzeum Dom Szewca

Godziny otwarcia oraz cennik biletów znajdują się na stronie: http://www.pszczew.pl/muzeum-dom-szewca.html

Kościół ewangelicki w Pszczewie

Po II rozbiorze Polski Przczew trafił w posag Państwa Pruskiego. Na tereny miasta zaczęli przybywać osadnicy niemieccy,którzy w większości byli ewangelikami. W związku z tym, że nie mieli swojej świątyni, wybudowano w 1865 roku kościół ewangelicki. Świątynia została rozebrana w 1964 roku, a na jej miejscu stoi obecnie wielki kamień przypominający o jej istnieniu.

Pozostałości po dawnym Kościele ewangelickim

Weekend nad jeziorami połączyliśmy ze zwiedzaniem. W trzy dni zobaczyliśmy Międzyrzecz i Pszczew oraz pobiwakowaliśmy nad wodą. Województwo lubuskie to bogactwo akwenów wodnych i piękna natura, która zachwyca i pozwala oderwać się od wielkomiejskiego gwaru.

Zamek w Międzyrzeczu

Zamek w Międzyrzeczu jest jedynym królewskim zamkiem piastowskim w województwie lubuskim. Zamek swoje powstanie zawdzięcza Kazimierzowi Wielkiemu, który na miejscu dotychczasowego drewnianego grodu, postawił murowaną budowlę. Pierwotny gród powstał u ujścia Paklicy do Obry (stąd też pochodzi nazwa miejscowości- Międzyrzecz). Nie wiadomo dokładnie w jakich latach powstał gród, ale przypuszcza się, że prace nad jego budową trwały kilkadziesiąt lat. Od czasów powstania zamek był kilkakrotnie zdobywany i niszczony. Dzisiaj niewiele już zostało z dawnej budowli. Do zamku wchodzi się kładką, a po jej bokach można podziwiać basteje. Po wejściu na teren grodu można zobaczyć salę skazań i obejrzeć ruiny od środka.

Na terenie przyramkowego parku, w siedzibie dawnego starostwa, znajduje się muzeum, w którym podziwiać można kolekcję portretu trumiennego, portrety międzyrzeckich mieszczan, ekspozycję przedstawiającą obyczaje miejscowej ludności, a także wykopaliska archeologiczne pochodzące z obszaru Międzyrzecza.

Bilet wstępu do zamku kosztuje 5 zł. Dzieci do lat 7 mają wstęp wolny.

Zarówno zamek, jak i muzeum można zwiedzać od wtorku do soboty w godzinach 9:00-16:00, a w niedzielę od 10:00 do 16:00. We wtorki do zamku i do muzeum można wejść bezpłatnie.

Park przyzamkowy oraz pomnik przyrody

Zamek otoczony jest przepięknym parkiem, który bardziej nas urzekł niż sam zamek. Starannie wytyczone ścieżki, bogactwo drzew oraz rzeka Obra nadaje temu miejscu uroku. W parku można podziwiać lipę szerokolistną, wielkolistną, która różni się od lipy drobnolistnej bardziej rozłożystą koroną. Osiąga ona wiek nawet do 1000 lat. Na uwagę zasługuje fakt, że Słowianie uznawali lipę za święte drzewo. A polska tradycja szlachecka nakazywała posadzić przy domu lipę w dniu narodzin dziecka. Lipa szerokolistna przy muzeum została uznana jako pomnik przyrody w 1989 roku.

Na terenie parku znajduje się plac zabaw, którego oczywiście nie mogliśmy ominąć. Hubercik nie dość, że był podekscytowany wizytą w zamku i nabyciem drewnianego miecza, to jeszcze miał frajdę z zabawy na placu zabaw.

Rynek w Międzyrzeczu

Na środku rynku znajduje się ratusz miejski, który otoczony jest pięknymi kamieniczkami. W 1806 roku jedna z nich była zamieszkiwana przez Napoleona. To, co przyciąga uwagę to piękne kwieciste klomby, które wraz z kolorowymi kamieniczkami nadają temu miejscu kolorytu.  Tego czego nam jednak brakowało w tej centralnej części miasta to kawiarenki, w której można posiedzieć i podziwiać rynek miasta.

Dzisiaj post nieco inny- niezwiązany z podróżowaniem, ale gdy popatrzymy na to z innej strony i tutaj znaleźć można korelację. W końcu macierzyństwo to też podróż- tyle, że długotrwała i pełna  wyzwań. Jednak do rzeczy…Kajcia niedługo kończy 10 miesięcy i jest karmiona piersią inaczej (KPI), a ja postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami. W wieku miesiąca moja córeczka podłapała infekcję, która zaatakowała jej uszka. Z powodu infekcji trafiłyśmy do szpitala. Miała wówczas problemy z przełykaniem i przestała jeść (nie chciała ssać piersi, ponieważ sprawiało jej to ogromny ból). W związku z tym zmuszona zostałam przejść na odciąganie mleka laktatorem. Szczerze mówiąc, nie myślałam, że moja przygoda z tym urządzeniem będzie trwała tak długo. Tym bardziej, że w przypadku Hubercika również musiałam po miesiącu zacząć odciągać pokarm (powodem było za krótkie wędzidełko, ale nikt nam tego wówczas nie zdiagnozował pomimo kilkakrotnych wizyt u lekarzy i konsultacji z dwoma paniami położnymi). Jednak w przypadku Hubercika laktację udało mi się utrzymać zaledwie 5 miesięcy. Tym razem postanowiłam utrzymać ją za wszelką cenę.

Wiedzę czerpałam przede wszystkim ze stron anglojęzycznych. W Polsce bowiem karmienie piersią inaczej wciąż nie jest popularne. Większość informacji koncentruje się na tradycyjnym karmieniu piersią. Położna laktacyjna doradzała mi „musi się Pani uzbroić w cierpliwość i dostawiać. Maleństwo na pewno zaskoczy znowu i zacznie ssać pierś”. Próbowałam, ale każda próba kończyła się rozzłoszczeniem córeczki i moją frustracją. W końcu powiedziałam sobie dość i postanowiłam skupić się na odciąganiu pokarmu laktatorem jak najdłużej, aby dostarczyć Kajci najlepszego pokarmu, jakim jest mleko matki.

Udało mi się to dzięki przestrzeganiu kilku prostych zasad:

  1. W pierwszych 6 miesiącach życia odciągałam pokarm co 3 godziny (również w nocy) metodą 7-5-3 (7 minut odciągasz najpierw z jednej piersi, potem z drugiej, 5 minut z jednej pierwszej, potem z drugiej i 3 minuty z jednej piersi, a potem z drugiej). Musisz założyć więc 15 minut na każdą pierś. Ważna jest konsekwencja. Pewnie, że byłam czasem zmęczona a na widok laktatora robiło mi się niedobrze, ale postanowiłam, że tym razem się uda i się udało.
  2. Używałam magicznej silikonowej butelki, zwanej też kolektorem pokarmu. Poleciła mi go koleżanka, ba… nawet podarowała w prezencie (dziękuję Natalia). Muszę przyznać, że z pozoru niepozorna rzecz okazała się bardzo pomocna. Zdarzało się, że podczas odciągania pokarmu do tej buteleczki ściekało mi nawet 100 ml (w najbardziej obfitych okresach). Poza tym porównywałam i bez użycia buteleczki ściągałam mniej pokarmu niż w przypadku jej zastosowania.
  3. Humana Piulatte- ten środek poleciła mi inna koleżanka (dziękuję Dorota). Wcześniej piłam Femaltiker i Lactosan i przyznam szczerze, że nie widziałam efektu w postaci większej ilości pokarmu. Humana Piulatte jest produktem droższym, ale po stosowaniu tego środka widziałam naprawdę przyrost pokarmu. Piłam go tylko kiedy spadała mi laktacja przez kilka dni, a kiedy produkcja mleka się normowała odstawiałam środek. Zawsze jednak miałam go pod ręką.
  4. Jadłam migdały. Zdarzało mi się, że zjadałam całą paczkę migdałów w ciągu dnia i po kilku godzinach widziałam przyrost pokarmu. Nie mówiąc, że migdały warto jeść z tego względu, że są produktami bogatymi w składniki odżywcze.
  5. Picie dużej ilości wody- wypijałam nawet 5 litrów wody mineralnej niegazowanej dziennie. W dni, kiedy piłam mniej od razu obserwowałam spadek produkcji mleka.
  6. Odpoczynek i sen- kiedy miałam tzw. „gorszy dzień” z powodu nieprzespanej nocy lub stresu poziom odciąganego pokarmu spadał. W przypadku posiadania maleństwa trudno dawać porady typu „musisz odpocząć/zrelaksować się”. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma pomoc babci na wyciągnięcie ręki. My z mężem musimy liczyć na siebie w tym względzie. W sytuacjach więc, kiedy produkcja mleka wykazywała tendencję spadkową, a za nami było kilka nieprzespanych nocy, starałam się regenerować w ciągu dnia.

Tych kilka prostych działań przyczyniło się do tego, że udało mi się utrzymać laktację przez długi okres, a w pewnych okresach miałam nawet nadprodukcję mleka. Wówczas zamrażałam pokarm w specjalnych woreczkach na tzw. „czarną godzinę”. Jednakże ta „czarna godzina” nigdy nie nadeszła. Po tych 9,5 miesiącach laktacja już na tyle mi się ustabilizowała, że nie stosuję już metody 7-5-3 i nie piję Humana Piulatte. Kajcia zaczęła jeść już pokarmy stałe, więc ograniczyłam odciąganie pokarmu do 3/4 razy dziennie. W nocy też już nie muszę włączać laktatora.

Co więcej, przez te kilka miesięcy oswoiłam się z tym urządzeniem. Koleżanki karmiące tradycyjnie piersią często mówią, że podziwiają mnie, że tyle czasu odciągam pokarm. A ja traktuję to jak każdą inną czynność związaną z opieką nad dzieckiem. Na tym etapie cieszę się, że odciąganie pokarmu zajmuje mi już tylko 1,5 godziny dziennie, a nie 4 godziny (jak przez pierwsze sześć miesięcy). Oczywiście cały czas trzeba myć i wyparzać butelki, co też jest czynnością czasochłonną, ale przyjmuję taki stan rzeczy z dobrodziejstwem inwentarza.

Laktator towarzyszy mi wszędzie- podczas wyjazdów, wyjść do kina czy teatru. Oswoiłam się z odciąganiem pokarmu w samochodzie, restauracji czy na plaży. I dzisiaj z perspektywy tych prawie dziesięciu miesięcy uważam, że warto było się poświęcić. Niektórzy uważają, że kobiety karmiące piersią inaczej pozbawiają się możliwości budowania relacji z maleństwem. Ja uważam, że relację z dzieckiem buduje się również na wiele innych sposobów i jeśli nie mamy możliwości karmienia piersią w sposób tradycyjny nie obwiniajmy się o to, tylko skoncentrujmy się na tym, co naprawdę jest ważne w naszym życiu.

 

 

Słyszeliśmy różne opinie o Kolorowych Jeziorkach. Jednym znajomym bardzo się one podobały. Inni byli rozczarowani. Jakiś czas temu postanowiliśmy sprawdzić to na własne oczy.

Kolorowe Jeziorka usytuowane są w Rudawskim Parku Krajobrazowym (we wsi Wieściszowice). Można tutaj zobaczyć cztery akweny o różnych kolorach: żółtym, purpurowym, błękitnym i zielonym/czarnym. Barwa zbiornika wodnego wynika z odmiennego składu chemicznego podłoża.

Pierwsze dwa jeziorka usytuowane są najniżej- na wysokości 560 m n.p.m. Żółty akwen jest najmłodszy. Purpurowe jeziorko swój kolor zawdzięcza występującym tutaj związkom miedzi i żelaza. W ładną pogodę przy piaszczystym brzegu można tutaj dojrzeć drobinki pirytu. Błękitny zbiornik znajduje się na wysokości 635 m n.p.m. Związki miedzi przyczyniły się do zabarwienia akwenu na niebiesko. Zbiornik ten jest głęboki- ma ponad 20 metrów głębokości na pewnych odcinkach. Zielone jeziorko pojawia się okresowo, po intensywnych opadach. Kiedy pojawiło się w 1997 roku po powodzi miało mocno grafitowy kolor, dlatego nazwano je także czarnym jeziorkiem.

Przy kolorowych jeziorkach znajduje się kilka parkingów (płatnych rzecz jasna, parking usytuowany najbliżej wejścia na ścieżkę edukacyjną kosztuje 10 zł). My zwiedzaliśmy jeziorka w niedzielę z samego rana, więc nie było problemów z zaparkowaniem. Kiedy wyjeżdżaliśmy około godziny 14.00 parkingi były zatłoczone.

Po ścieżce edukacyjnej trudno poruszać się wózkami niemowlęcymi. Do dwóch pierwszych jeziorek można jeszcze dojechać wózkiem. Do kolejnych już nie da rady. Trzeba więc wziąć chustę lub nosidełko. Trzeba jednak uważać, zwłaszcza po deszczu, ponieważ nawierzchnia jest śliska i nie trudno o pośliźnięcie się.

Na terenie Kolorowych Jeziorek jest bar, w którym można zjeść bigos lub pierogi. Zdecydowanie jednak polecamy Karczmę Kamienną w Czarnym Borze, która oferuje bardzo dobre jedzenie, a znajduje się 25 km od Kolorowych Jeziorek.

Kolorowe Jeziorka położone są około 100 km od Wrocławia, więc można zrobić sobie jednodniową wycieczkę, aby je zobaczyć. My jednak zdecydowaliśmy się na opcję z noclegiem. W miejscowości Trzcińsko (znajdującej się 15 km od barwnych akwenów) znaleźliśmy bardzo fajną agroturystykę, do której przyjechaliśmy dzień wcześniej.

Na pytanie czy warto tutaj przyjechać nie mam jednoznacznej odpowiedzi. My uwielbiamy przyrodę oraz cenimy sobie spokój i ciszę. Kolorowe Jeziorka spełniły więc nasze oczekiwania. Można pochodzić w ich okolicach po górkach oraz nacieszyć się świeżym powietrzem. Przyjechaliśmy tutaj wcześnie rano, więc nie było jeszcze tłumów turystów i można było spokojnie pospacerować. Jeśli ktoś natomiast oczekuje, że jeziorka to jakieś spektakularne akweny to może się rozczarować. Chociaż na uwagę zasługuje fakt, że National Geographic Traveler okrzyknął Kolorowe Jeziorka jednym z 7 cudów Polski. Walory estetyczne tego miejsca zależne są od pory roku i pogody. Warto to miejsce odwiedzić wiosną, wówczas barwy jeziorek wraz z rodzącą się do życia zielenią robią na pewno wrażenie.

Wręczanie prezentów dla Wietnamczyków jest bardzo ważnym elementem budowania relacji społecznych. W ten sposób okazuje się szacunek czy wdzięczność drugiej osobie. Upominki są także wyrazem uznania. Wręczanie prezentów ma charakter symboliczny. W akcie tym nie chodzi o to, aby rzecz była droga. Ważniejsze jest, aby niosła ze sobą określoną wartość symboliczną (Wietnamczycy cenią sobie symbole narodowe, dlatego docenią np. album o Polsce czy porcelanę z elementami folklorystycznymi).

Prezenty wręcza się nie tylko w biznesie, ale powszechne jest wymienianie drobiazgów z okazji rocznicy, święta Tet czy ślubu. Wręczanie prezentów zależy od kontekstu. Jeśli jest to prywatny prezent dla jednego z wietnamskich partnerów, powinieneś wręczyć go na prywatnej imprezie lub na spotkaniu biznesowym, jeśli nie ma tam nikogo innego. Jeśli masz prezent dla całego zespołu lub firmy, powinieneś go dać po spotkaniu biznesowym, na którym są wszyscy zainteresowani. Wietnamczycy mogą otworzyć prezent zaraz po jego otrzymaniu, ale mogą również otworzyć go znacznie później po jego otrzymaniu (np. w domu).

Ważne jest też opakowanie prezentu. Unikaj dekoracji z czarnymi elementami, ponieważ Wietnamczycy wierzą, że czarny kolor przynosi pecha. Również nie są mile widziane prezenty typu nóż, scyzoryk czy nożyczki, ponieważ Wietnamczycy uznają je za symbole niszczące relacje. Niedawno szkoliłam pracowników jednej z firm farmaceutycznych, która zainwestowała w Wietnamie. Okazało się, że delegacja polska, jadąc do Wietnamu, wręczyła swoim wietnamskim kolegom nóż opakowany w czarne etui, chcąc zrobić dobre wrażenie. Jak domyślacie się efekt był odwrotny…Znajomość etykiety biznesowej jest więc kluczowa do nawiązania dobrych relacji, zwłaszcza z odmiennymi kulturami.

Dzisiaj obchodzimy Dzień Dziecka. Każdy z nas na swój sposób świętuje ten dzień ze swoimi pociechami. Jedni wybierają się na piknik rodzinny. Drudzy ograniczają się do zakupu prezentów dla swoich dzieci. Niezależnie od tego, jak dzisiaj spędzamy ten wyjątkowy dzień, chciałabym przypomnieć Wam o idei tego święta….

Międzynarodowy Dzień Dziecka obchodzony jest niemal na całym świecie, aczkolwiek nie w każdym kraju świętuje się go na początku czerwca. Właściwie to tylko w państwach należących do dawnego bloku radzieckiego ten wyjątkowy dzień celebruje się 1 czerwca.

Początki tego święta sięgają 1925 roku, kiedy to przedstawiciele kilkunastu państw spotkali się w Genewie w Szwajcarii na konferencji poświęconej właśnie dzieciom, warunkom ich życia i rozwoju oraz problemom dotyczących dzieci. Podczas konferencji zainicjowano konieczność obchodzenia Dnia Dziecka, aby podkreślić, jak istotne są sprawy najmłodszych. Nie sugerowano jednak żadnej konkretnej daty, kiedy owo święto powinno być obchodzone w poszczególnych państwach.

Byłe sowieckie kraje ustanowiły 1 czerwca jako Dzień Dziecka (a dokładniej jako Międzynarodowy Dzień Ochrony Dziecka) w 1950 roku, a przyczyniła się do tego Światowa Federacja Kobiet Demokratycznych. Miało to być święto, przypominające o konieczności chronienia najmłodszych przed wojnami, głodem i jakimikolwiek krzywdami.

Do obchodzenia Międzynarodowego Dnia Dziecka w 1954 roku wezwała także Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ sugerowała, aby ten dzień wykorzystać na szerzenie braterstwa i porozumienia pomiędzy dziećmi na całym świecie, a także do podejmowania działań na rzecz rozwoju najmłodszych.

W tym wyjątkowym Dniu poświęćcie chwilę na refleksję nad tym co rzeczywiście jest ważne w życiu Waszych dzieci, co im jest rzeczywiście potrzebne do rozwoju oraz jakie wartości im przekazujecie. Jan Paweł II powiedział, że „troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka”. Życzę Wam i sobie także, aby za kilka lat okazało się, że ten sprawdzian zdaliśmy znakomicie, bowiem w dzisiejszych, trudnych czasach wychowanie dziecka jest szczególnie trudnym zadaniem.

Wybieracie się do Gdańska? Mam dla Was kilka propozycji jak zagospodarować czas Waszym pociechom…

Europejskie Centrum Solidarności (ECS)

Powstało w 2007 roku, aby propagować dziedzictwo Solidarności i pokazać zaangażowanie tych, którzy przyczynili się do przemian nie tylko w Polsce, ale całej Europie Środkowo-Wschodniej. Ceny biletów dostępne są na stronie: https://www.ecs.gda.pl/bilety

Dla najmłodszych odwiedzających został w 2015 roku otwarty Wydział Zabaw dla dzieci. W sporej sali o powierzchni ponad 400m2 najmłodsi w atrakcyjny sposób mogą dowiedzieć się na czym polegała solidarna współpraca i jakie były z niej korzyści.  Wiele stanowisk poświęconych jest tematyce morskiej (dzieci mogą załadować statek lub zobaczyć siebie w akcji morskiej na tzw. green screenie). Dla najmłodszych są także zjeżdżalnie, tory przeszkód, małpi gaj. Dzieci do 10 roku życia mogą bawić się tutaj tylko pod opieką rodziców/opiekunów. Chociaż nowością jest możliwość zostawienia dziecka od 5 roku życia pod opieką animatora. Należy pamiętać, aby zabrać dla dzieci obuwie zmienne lub skarpety antypoślizgowe. Ceny biletów dostępne są na stronie: https://www.ecs.gda.pl/title,Ceny_biletow,pid,1370.html

Bardzo chcieliśmy z mężem obejrzeć wystawę w ECS, ale zastanawialiśmy się czy 4-letni Hubercik nie będzie się tam nudził. Okazało się, że ECS to prawdziwa atrakcja dla dzieci. Wydział Zabaw oczywiście najbardziej podbił serce naszego synka, ale wystawa też była dla niego atrakcyjna. Można było np. wejść do milicyjnego samochodu. Na dachu znajduje się taras widokowy, z którego można podziwiać tereny dawnej Stoczni Gdańskiej.

Po ECS bez problemu można poruszać się wózkiem niemowlęcym. Znajduje się tutaj także winda, więc nie ma trudności jeśli chodzi o przemieszczanie się pomiędzy piętrami. Na terenie muzeum jest restauracja, w której można zjeść bardzo dobry obiad, a także kawiarnia. Wewnątrz ECS jest dość gorąco i duszno, dlatego warto ubrać dziecko „na cebulkę”, aby nie przegrzać maleństwa.

Muzeum II Wojny Światowej

Powstało w 2008 roku. Celem muzeum było ukazanie II wojny światowej nie tylko z perspektywy Polski, ale także innych państw. Wystawa główna mieści się 14 metrów pod ziemią. Stanowi lekcję historii na temat przyczyn II wojny światowej, jej tragicznego przebiegu i skutkach. W muzeum jest wiele stanowisk multimedialnych, na których można zobaczyć filmy z okresu wojny, fotografie czy posłuchać muzyki. Dla dzieci dedykowana jest wystawa „Podróż w czasie”, która usytuowana została w trzech osobnych salach, stanowiących rekonstrukcję mieszkania warszawskiej rodziny zaraz po wybuchu wojny, w trakcie okupacji niemieckiej oraz zaraz po zakończeniu wojny.

Muzeum II Wojny Światowej kierowane jest moim zdaniem do dzieci w wieku szkolnym.  Naszemu Hubercikowi podobały się czołgi, stare motory i rowery oraz żołnierze, ale nie chcieliśmy 4-latka wtajemniczać w szczegóły historii oglądanego okresu.

W muzeum można swobodnie poruszać się wózkiem niemowlęcym. Dostępne są windy, aby łatwo było poruszać się pomiędzy piętrami. W Muzeum jest także bar, gdzie można coś zjeść lub napić się kawy/herbaty.

Muzeum jest dostępne do zwiedzania w każdy dzień tygodnia poza poniedziałkiem. Szczegółowe godziny otwarcia i ceny biletów dostępne są na stronie: https://muzeum1939.pl/

Rejs statkiem na Westerplatte

Z Długiego Pobrzeża można udać się w rejs na Westerplatte. Wiele firm oferuje takie rejsy. W przypadku wielu z nich można kupić bilety online. My postanowiliśmy „iść na żywioł” i kupić bilety przy Długim Pobrzeżu, ponieważ trudno jest cokolwiek planować z dwójką dzieci. Okazało się, że nie było żadnego problemu z zakupem biletów w dniu rejsu. Warto być jednak na Długim Pobrzeżu w okolicach pełnej godziny, ponieważ większość rejsów na Westerplatte odpływa właśnie o pełnej godzinie. Za bilet płaciliśmy 45 zł. Do lat trzech dzieci nie ponoszą żadnych opłat, powyżej 3 roku życia płaci się bilet w kwocie 45 zł.

Sam rejs statkiem na Westerplatte jest atrakcją dla dzieci. My płynęliśmy statkiem stylizowanym na piracki, więc Hubercik dopytywał o piratów (gdzie oni są? co robili?). Na statku w jedną stronę przewodnik opowiadał o historii Stoczni Gdańskiej i Westerplatte. A w drodze powrotnej miły pan grał na gitarze i śpiewał szanty. Na statek bez problemu można wnieść wózek niemowlęcy. I to, co mnie zaskoczyło, na statku w malutkiej toalecie dostępny był przewijak.

Po przypłynięciu na Westerplatte trzeba przejść kilkaset metrów, aby zobaczyć z bliska Pomnik Obrońców Wybrzeża. Pomnik został ustawiony na Kopcu Obrońców Westerplatte, a jego wysokość wynosi 25 metrów, przez co jest widoczny z daleka. Spacer w stronę Pomnika odbywa się w pięknych okolicznościach przyrody- ścieżka biegnie nad morzem, pięknym zielonym parkiem. Na dojście do Pomnika od przystani pasażerskiej z dziećmi należy zarezerwować sobie minimum 2 godziny. My spędziliśmy tutaj ponad 3 godziny, ponieważ po drodze zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek, musiałam nakarmić Kajcię, Hubercik wchodził na wieżę widokową i zaglądał w każdy schron po drodze.

Ośrodek Kultury Morskiej

W poniedziałki Ośrodek Kultury Morskiej jest zamknięty. Od wtorku do piątku Ośrodek można zwiedzać w godzinach od 10 do 16, a w weekendy od 10 do 18. Na każdą wystawę można kupić bilety oddzielnie lub można kupić bilety na wszystkie wystawy łącznie. My wykupiliśmy bilety na wystawę „Łodzie ludów świata”, interaktywną wystawę dla dzieci „Ludzie- statki- porty” oraz wystawę „Statki- nasza pasja”. Muszę powiedzieć, że dla dzieci największą atrakcją była wystawa interaktywna. Na wystawę wchodzi się o pełnej godzinie. Liczba wejść o konkretnej godzinie jest ograniczona. Na sali interaktywnej można posterować modelami łodzi i statków transportowych oraz pasażerskich,  przebrać się za marynarza, posterować na wielkim ekranie motorówką, pobawić się w symulatorze łodzi, załadować statek czy ułożyć statek z klocków. Na sali można znaleźć atrakcje dla dzieci w różnym wieku. Mankamentem jednak jest to, że w ciepły słoneczny dzień, na sali jest wysoka temperatura (bowiem muzeum jest przeszklone). My zwiedzaliśmy muzeum w maju i w środku było gorąco i duszno. Wytrzymaliśmy na sali interaktywnej zaledwie 30 min. Nie wiem czy w muzeum jest klimatyzacja, aczkolwiek w dniu, w którym zwiedzaliśmy muzeum na pewno nie działała. Dwie pozostałe wystawy dedykowane są starszym dzieciom.  Na wystawie „Łodzie ludów świata” można zobaczyć jednostki pływające ludów zamieszkujących niemal każdy kontynent. Na wystawie „Statki. Nasza pasja” można odbyć podróż po stoczni, zajrzeć do wnętrza statku czy przebrać się w strój stoczniowy. Na 4-letnim Huberciku te dwie wystawy nie zrobiły jakiegoś szczególnego wrażenia. Myślę, że dzieci szkolne mogą być bardziej nimi zainteresowane.

Zwiedzanie statku „Sołdek”

Muszę przyznać, że zwiedzanie statku „Sołdek” podbiło serce Hubercika. Opowiadał przez kilka kolejnych dni o tym, co zobaczył na statku i jak dzwonił dzwonem. Bilet do muzeum „Sołdek” można zakupić w kasie Ośrodka Kultury Morskiej. Kosztuje 10 zł dla osoby dorosłej, 6 zł dla dzieci powyżej 7 roku życia (dzieci do lat 7 nie ponoszą żadnych opłat). Aby wejść na statek trzeba przepłynąć z Długiego Pobrzeża na drugą stronę promem „Motława”. Rejs promem stanowi atrakcję dla dzieci, ale zwiedzanie statku było dla Hubercika mega atrakcją. Na statku można przejść do części maszynowej, można podziwiać kotły parowe, opalane węglem, które napędzały ten statek, można zajrzeć do kajut marynarzy, zerknąć do kuchni pokładowej, a także można wejść na mostek kapitana i zadzwonić dzwonem.

Park Reagana i plac zabaw Kraina Zabawy

Karuzela Gdańska

Przy Długim Pobrzeżu od niedawna (od 2018u rok)można przejechać się dwupoziomową karuzelą w stylu weneckim. Ma 11,5 m wysokości i 12 m średnicy. Karuzela zrobiona została zrobiona przez rodzinną manufakturę we Włoszech. Można się przejechać koniem, rydwanem, na filiżance lub ławeczce, które zostały ręcznie malowane. Na karuzeli dojrzeć można także lwa- symbol Gdańska. 3-minutowy przejazd karuzelą kosztuje 10 zł.

Spacer po Starym Mieście

Będąc w Gdańsku obowiązkowo trzeba przejść się po Starym Mieście. Nie wyobrażamy sobie być w tym mieście i nie zobaczyć fontanny Neptuna, Ratusza czy Konkatedry Bazyliki Mariackiej. Spacer Długim Pobrzeżem to też punkt obowiązkowy każdego wypadu do Gdańska.

Park Oliwski i Archikatedra Oliwska

Park Oliwski należy do największych w Gdańsku, a do jego powstania przyczynił się Zakon Cystersów. To właśnie Zakon na tym terenie zbudował klasztor, wokół którego stworzył przepiękny ogród z pięknymi alejkami i stawami. W XVIII wieku opat Jacek Rybiński zlecił przebudowę aranżacji parku na wzór ogrodów wersalskich. Tym samym powstała francuska część parku. Pod koniec XVIII wieku zaprojektowano angielsko-chińską część ogrodu, a od 2014 roku można zwiedzać tutaj także ogród japoński. Park to idealne miejsce na rodzinny spacer.  Można tutaj podziwiać roślinność z całego świata. Dla dzieci atrakcją są stawiki z kaczkami czy Groty Szeptów. W pobliżu parku znajduje się Archikatedra Oliwska ze słynnymi organami.

Fontanna Czterech Kwartałów 

Nazwa fontanny stanowi nawiązanie do dawnego podziału Gdańska na tzw. kwartały: Szeroki, Wysoki, Kogi i Rybacki. W każdym roku znajduje się lew, symbol Gdańska. Fontanna została postawiona w 2009 roku i znajduje się tuż przy Kaplicy Królewskiej. Jest ona niewątpliwie atrakcją dla dzieci, które mogą usiąść na lwach, a do tego jeszcze popluskać się w wodzie. Fontanna Czterech Kwartałów stanowiła jedną z ulubionych atrakcji Hubercika w Gdańsku.

Dzisiaj Dzień Matki. Postanowiliśmy ten dzień spędzić tradycyjnie na łonie natury. Nie chcieliśmy jednak jechać zbyt daleko, ponieważ mieliśmy dość pracowitą i aktywną sobotę i zależało nam, aby pobiwakować w fajnym miejscu. Mąż zaproponował Karczmę Miłocin, która bardzo miło nas zaskoczyła. Tym razem towarzyszyli nam mój brat z jego 5-letnią córeczką. Ale zanim podzielę się własnymi odczuciami, przedstawię kilka informacji praktycznych.

Kompleks Miłocin- informacje praktyczne

  • Karczma Miłocin jest położona 28 km od Wrocławia (w miejscowości Pierwoszów, kierunek Wisznia Mała).
  • Karczma Miłocin to nie tylko karczma, ale kompleks, obejmujący restaurację, teren rekreacyjny (plac zabaw, łowisko, miejsca do grillowania, wiaty na imprezy, boisko wielofunkcyjne) oraz noclegi.

  • Wstęp na teren rekreacyjny w weekendy jest płatny- 15zł/osoby. Dzieci do lat 12 mogą wejść bezpłatnie. W przypadku skorzystania z usług gastronomicznych na terenie kompleksu, wartość biletu jest odliczana od rachunku (przy zakupach za min. 50 zł)
  • Na terenie kompleksu znajduje się parking samochodowy. Można też tutaj dojechać szynobusem (Koleje Dolnośląskie), a bilet kosztuje 7 zł.

Kompleks Miłocin- moja subiektywna opinia

Muszę przyznać, że jest to kolejne odkrycie tego roku. Miejsce oddalone jest kilkanaście minut drogi od Wrocławia, ale ma się wrażenie, że jest się w zupełnie innym świecie. Kompleks usytuowany jest na Wzgórzach Trzebnickich. Nieduże wzniesienia oraz otaczające lasy nadają temu miejscu niesamowity klimat. Kompleks jest ogromny. W dniu dzisiejszym odbywało się na tym terenie kilka komunii oraz poprawiny, ale na tak dużym obszarze nie widać było tłumów. Cieszyliśmy się ciszą i spokojem. Karczma dzisiaj była zarezerwowana na potrzeby imprez okolicznościowych, aczkolwiek nad jednym z jeziorek funkcjonowała tzw. Marina, gdzie można było napić się kawy, soku, zjeść pizzę, sałatkę lub zupę oraz przekąsić coś słodkiego.

Na placu zabaw również nie było zbyt dużo dzieci. Nasze pociechy miały praktycznie cały plac zabaw dla siebie. Tuż obok znajdują się zadaszone wiaty oraz stanowiska grillowe, więc my biwakowaliśmy, mając wgląd na nasze pociechy.

Dzieciom podobał się nie tylko plac zabaw, ale także fontanna, liczne drewniane mostki, ogromne zielone przestrzenie, gdzie mogły biegać, skakać oraz latać (niestety pływać jeszcze tutaj nie można, ale jeden pan z obsługi poinformował nas, że w przyszłości planują zrobić kąpielisko). Spędziliśmy naprawdę fajny dzień w miejscu położonym z dala od miejskiego zgiełku, w pięknych okolicznościach przyrody.

Zapraszam na spotkanie, na którym opowiem Państwu o własnych doświadczeniach związanych z podróżowaniem z rodziną, podzielę się praktycznymi wskazówkami, przełamię stereotypy dotyczące podróżowania z dziećmi oraz zachęcę Państwa do wspólnych wypraw!