Przeskocz do treści

Myślałam, że w Polsce nie jest w stanie mnie nic zaskoczyć. I bardzo się myliłam. Odwiedziny w Kłominie sprawiły, że nie ma dnia, abym nie myślała o tym miejscu. Zastanawiam się jak można było dopuścić do takiej sytuacji...

Zaczynając jednak od początku. Kłomino jest to miejscowość położona 22 km od Borne Sulinowo. Dojazd samochodem do miejscowości jest dość trudny ze względu na kiepską nawierzchnię. W przypadku aut z niskim nadwoziem odradzam dojazd na samo miejsce. Mimo, że Kłomin jest określany jako "miasto widmo", to miastem nigdy tak naprawdę nie był, ponieważ nie uzyskał praw miejskich.

Docierając na miejsce miałam wrażenie, że przeniosłam się w inną epokę. Do tej pory taki krajobraz znany był mi tylko z filmów wojennych lub science fiction. Miejscowość składa się z kilku pustostanów i wielkich zwałów gruzów. W niektórych pustostanach mieszkają rodziny, ale w ogromnym bloku tylko 2-3 mieszkania są zamieszkałe, a reszta czeka....czeka nie wiadomo na co...Miasto niegdyś zostało przeznaczone na 25 000 ludzi, a dzisiaj ich mieszkańców można zliczyć na palcach jednej ręki.

Kłomino- trochę historii

Miejscowość została założona przez Niemców w latach 30. XX wieku. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj obóz dla jeńców. Po wojnie miejscowość została przejęta przez wojska radzieckie i to właśnie za czasów armii radzieckiej miejsce to przeżywało swój rozkwit. Dobudowano tu kilka budynków, w których miała zamieszkać kadra oficerska. Zbudowano także sklepy, szpital oraz kino. Z drugiej strony wówczas rozebrano część budynków poniemieckich, a cegłę z tych obiektów wykorzystano m.in. do budowy Pałacu Kultury i Nauki.

Armia Rosyjska stacjonowała tutaj do końca 1992 roku.  W 1993 roku miejscowość przeszła pod polską administrację i zaczął się proces upadku tego miejsca. Obecnie pozostały już tylko 4 budynki.  Co się stało z resztą obiektów? Mienie zostało rozkradzione w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku. A od 2008 roku za zgodą władz lokalnych ma miejsce sukcesywne wyburzanie budynków.

Na przestrzeni lat pomysłów na zagospodarowanie tego terenu nie brakowało. Planowano tu zrobić więzienie, bazy wojskowe NATO czy ośrodek deportacyjny. Niestety żadna z tych koncepcji nie została zrealizowana. Kilka lat temu pojawiła się oferta sprzedaży całej miejscowości za 2 mln zł, ale chętnych nie było.

Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku można spotkać na mapie Europy takie miejsce. Zastanawia mnie jak można było pozwolić na totalne zniszczenie pięknie usytuowanej miejscowości? Dlaczego władze nic z tym faktem nie zrobiły i przymykały oko na rozgrabianie Kłomina? Według lokalnej ludności uważa się, że w latach 90. XX wieku "wpompowywano" pieniądze w górnictwo, hutnictwo, w inne miejscowości z "potencjałem", a na Kłomino brakło funduszy. Natomiast jaka jest prawda może się kiedyś dowiemy. W każdym razie obecna sytuacja nie pozostawia nadziei na to, że miejscowość kiedykolwiek się odrodzi. Raczej można sądzić, że za kilka lat zniknie z powierzchni ziemi.

Krótka historia zamku

Historia zamku Drahim związana jest z zakonem Templariuszy, który na tereny dzisiejszego Starego Drawska został sprowadzony pod koniec XIII wieku. Ich zadaniem była obrona tych ziem przed agresją brandenburską. Templariusze na swoją osadę wybrali obszar tuż przy istniejącym Czaplinku, budując tutaj zamek. Po rozwiązaniu zakonu templariuszy cały majątek, na mocy decyzji papieża Klemensa V, przeszedł w zarząd zakonu joannitów. Zamek został w XIV wieku zniszczony przez Świętobora- księcia Szczecińskiego. W czasach panowania Brandenburczyków zamek był dewastowany. Mury rozebrano częściowo, z cegłę z rozbiórki wykorzystano do budowy pobliskich kościołów. Budowla popadała w ruinę do końca II wojny światowej. Dopiero wojnie objęty został ochroną konserwatorską i zaczęto prowadzić tutaj prace archeologiczne, które dostarczyły licznych informacji na temat tego miejsca.
Dziś można podziwiać tylko ruiny zamku, pięknie usytuowane nad jeziorem Drawskim. Na zamku odbywają się liczne imprezy historyczne, w tym także zloty templariuszy.

Informacje praktyczne:

  • Przy zamku znajduje się bezpłatny parking
  • Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 15 zł (mimo, że na stronie zamku jest informacja o koszcie 12 zł), dla dzieci i młodzieży uczącej się kosztuje 10 zł
  • Zamek w sezonie letnim czynny jest od 9 do 18 (mimo, że na stronie internetowej jest informacja, że zamek jest czynny od 10:00)
  • Na zamku można zobaczyć narzędzia tortur, komnatę czeskiego rycerza, studnię, stary piec, ul, żarna i...króliki (żywe króliki w klatkach)
  • Warto jednak wejść na taras widokowy, z którego rozpościerają się przepiękne widoki na jezioro Drawsko i Żerdno

  • Na przeciwko kościoła i zamku znajduje się plac zabaw z wiatami piknikowymi. Po zwiedzeniu obiektów historyczno- sakralnych udaliśmy się więc na piknik, a dzieci mogły pobawić się na placu zabaw

Góry Kamienne to pasmo w Sudetach Środkowych, usytuowane na pograniczu polsko- czeskim. Dzielą się one na: Góry Krucze, Czarny Las, Pasmo Lesistej i Góry Suche. Tym razem w niedzielny poranek postanowiłam wybrać się na wypad w kobiecym gronie, aby zdobyć Pasmo Lesistej, a przede wszystkim Dzikowiec Wielki (835 m n.p.m) i Sokółkę (800 m n.pm.m).

Dworzec w Boguszowie-Gorce

 

Wyprawę swoją rozpoczęłyśmy w Boguszów-Gorce. Do Boguszowa dojechałyśmy pociągiem z Wrocławia (to zaledwie 1 h 25' drogi z Wrocławia). Wsiadłyśmy o godzinie 9.30 w pociąg i około 11 dotarłyśmy na miejsce. Z dworca PKP kierujemy się w stronę ul. Kosynierów, następnie dochodzimy do ul. św. Barbary  i idziemy do końca tą ulicą, po czym wchodzimy w las. Znajdujemy zielony szlak, który prowadzi nas na Dzikowiec Wielki. Na szczycie na Dzikowcu Wielkim znajduje się drewniany podest, z którego rozpościerają się ładne widoki. Ale, żeby wejść na wieżę widokową trzeba iść do najbliższego rozwidlenia dróg i odbić w lewo około 500 metrów. Wieża widokowa nie znajduje się bowiem na samym szczycie. Zanim weszłyśmy na wieżę widokową odbiłyśmy w prawo i idąc szlakiem zielonym doszłyśmy do szczytu Sokółka, skąd można było podziwiać przepiękną panoramę.

Widoki z Sokółki
Widoki z Sokółki

Widoki z Sokółki

Tuż przy wieży widokowej znajduje się kolejka/wyciąg Ośrodka Sportowo- Rekreacyjnego. Kolejka niestety nie była czynna więc leśną drogą zeszłyśmy na dół. Na dole przy Ośrodku Sportowo-Rekreacyjnym znajduje się plac zabaw dla dzieci i punkt gastronomiczny, w którym serwują przepyszne placki ziemniaczane.

Z Ośrodka udałyśmy się na dworzec PKP Boguszów -Gorce Wschód. O 18.30 miałyśmy pociąg do Wrocławia. To był super dzień. Spędzony w miłym towarzystwie, ale bez tłumów i kolejek jak na Szczeliniec Wielki. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi takie miejsca zapomniane przez innych, a eksplorowane z ogromną radością. Gdzie można delektować się ciszą i spokojem. Gdzie napotkany człowiek to rzadkość i jednocześnie przyjemność.

Widoki z Sokółki
Widoki z Sokółki
Widoki z Sokółki
Wieża widokowa na Dzikowcu Wielkim (a w zasadzie obok Dzikowca)

Informacje praktyczne:

  1. Jeśli chcesz spędzić dzień bez tłumów turystów to ta trasa jest zdecydowanie dla Ciebie.
  2. Trasa nie nadaje się dla wózków dziecięcych
  3. Wieża widokowa jest bezpłatna
  4. Sokółka to jest "must be" każdego, kto znajdzie się w okolicy. Z Sokółki rozpościerają się przepiękne widoki.

2

Gorce- krótka charakterystyka 

Jan Paweł II powiedział kiedyś, że Gorce to najpiękniejsze góry świata i coś w tym jest. Mają niesamowity urok i siłę przyciągania. Kto przyjedzie tutaj raz, na pewno powróci.....
Termin "Gorce" pochodzi od "górców"- małych gór lub "gorzeć"- palić się, spłonąć. Gorce to masyw o długości około 50 km, rozciągający się pomiędzy Pasmem Podhalańskim i doliną Raby na zachodzie, doliną Dunajca na wschodzie, Beskidem Wyspowym na północy oraz Kotliną Orawsko-Nowotarską na południu.
Prawie połowa wzniesień Gorców liczy od 600 do 800 metrów n.p.m, a tylko niewiele z nich przekracza 1000 m n.p.m,  z czego najwyższymi szczytami są:
1. Turbacz (1310 m n.p.m)
2. Jaworzyna Kamienicka (1288 m n.p.m)
3. Kiczora (1282 m n.p.m)

Charakterystyczne dla Gorców są liczne polany, które powstawały od XV wieku wskutek karczowania terenów pod uprawy i wypas. Pasterze wołowscy, którzy wędrowali przez te tereny ze stadami kóz i owiec z terenów dzisiejszej Rumunii karczowali lasy, wyrabiali polany i zakładali swoje siedziby. Pamiątką po nich są właśnie wołoskie nazwy (Turbacz, Suhora czy Przysłop).

Gorczański Park Narodowy

Wszystkie najwyższe szczyty Gorców znajdują się na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego GPN). GPN powstał na mocy rozporządzenia Rady Ministrów z 8 sierpnia 1980 roku. 95% powierzchni Parku stanowią lasy. W GPN można wyróżnić siedem zespołów roślinnych:
1. buczyna karpacka
2. bór świerkowy regla górnego
3. kwaśna buczyna górska
4. olszyna karpacka
5. olszyna bagienna
6. żyzna jedlina

Gatunkami dominującymi są: świerk (55%), buk (34%) i jodła (11%). Co ciekawe, aż 40% drzewostanu liczy ponad 100 lat.

Zdobycie Turbacza

Postanowiliśmy zdobyć Turbacz jako najwyższy szczyt Gorców. Słyszeliśmy, że widoki po drodze są przepiękne. Szukaliśmy szlaku, dogodnego do zdobycia z 5,5-latkiem i 2-latką. Wybraliśmy trasę z Koninek, niebieskim szlakiem. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy stacji narciarskiej i ruszyliśmy przed siebie. Na pierwszym etapie szlak jest dość stromy. Nie polecam więc przemierzać go wózkiem niemowlęcym. Jednak szlak wiedzie przez tereny zalesione, wobec czego w upalne dni teren jest zacieniony. Druga część trasy jest zdecydowanie bardziej malownicza. Mijamy trzy polany, z których rozpościerają się przepiękne widoki.

Na ostatniej prostej znajduje się Hala Turbacza z kaplicą papieską, a stąd już niewiele dzieli nas do szczytu.


Prze zdobyciem Turbacza można posilić się jeszcze w schronisku PTTK im. Władysława Orkana. Schronisko znajduje się na wysokości 1283 m n.p.m. na Polanie Wolnica. Pierwsze schronisko u podnóża Turbacza wybudowano w 1925 roku, ale zostało ono spalone kilka lat później. Obecne schronisko zostało zbudowane w 1958 roku.  Obecnie schronisko kusi turystów przepysznym jedzeniem i pięknymi widokami. Ze schroniska potrzebujemy jakieś 20 minut , aby dotrzeć do celu.

Informacje praktyczne:

1.  Na Turbacz wchodziliśmy 4,5 godziny (po drodze oczywiście odpoczywaliśmy na polanach, 0.5 godziny należy odliczyć na posiłek w schronisku)
2. Szczyt położony jest na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego, więc wstęp jest płatny.  Z tego względu, że rozpoczynaliśmy zdobywanie szczytu o 6 rano, budka z biletami wstępu do Parku była jeszcze zamknięta, więc tym razem udało nam się zdobyć szczyt bezpłatnie
3. Zdecydowanie trasa nie nadaje się dla wózków niemowlęcych/dziecięcych. Polecam nosidło górski
4. My wracaliśmy tym samym szlakiem, ale można także wrócić szlakiem czerwonym lub zielonym

Kraina Wygasłych Wulkanów znajduje się między Jelenia Górą a Złotoryją, 1.5 godziny drogi od Wrocławia, w regionie Gór i Pogórza Kaczawskiego. Wprawdzie działalność sejsmiczna na tych terenach miała miejsce 250 milionów, aczkolwiek miejsce wciąż jest inspirujące z kilku względów. Po pierwsze, ciekawe jest ukształtowanie terenu. Łagodne wzniesienia, pokryte skałami bazaltowymi, są wspaniałymi miejscami do zdobycia z maluchami. Najwyższy wygasły wulkan- Ostrzyca liczy 499 m n.p.m (chociaż niektóre źródła podają 501 m n.p.m). Po drugie, Kraina Wygasłych Wulkanów to obszar interesujący pod względem historycznym. Pogórze Kaczawskie było niegdyś ważnym ośrodkiem ekonomicznym. Bogactwo zasobów naturalnych przyczyniło się do tego, że region prężnie się rozwijał. A bogate obszary wymagały ochrony, dlatego wznoszono tu liczne budowle warowne, które można podziwiać do dnia dzisiejszego. Po trzecie, miejsce pobudza wyobraźnię najmłodszych. Kiedy powiedzieliśmy Hubercikowi, że jedziemy do Krainy Wygasłych Wulkanów, zasypał nas mnóstwem pytań: a czy te wulkany jeszcze wybuchają? A czy na górze jest dziura? A czy są tam skały? Itd....

 

Ostrzyca Proboszczowicka
Tym razem postanowiliśmy zdobyć Ostrzycę. Zdobyć to może zbyt wielkie słowo, bo wzniesienie jest niewielkie, ale zmęczyć się odrobinę można, a dzieci nie będą zbyt mocno marudzić. Ostrzyca przyciąga uwagę swoim wulkanicznym kształtem.  A ze szczytu można podziwiać przepiękne widoki. Ze wzniesieniem związane są liczne opowieści i legendy. Przypuszcza się, że Ostrzyca w czasach kultury łużyckiej mogła być ośrodkiem pogańskiego kultu. Jedna z legend głosi, że Ostrzyca w okresie wojny 30-letniej była zamieszkiwana przez pustelnika, który uratował ówczesnego Pana Proboszczowa von Redern wraz z całą jego rodziną, kiedy wpadli w ręce złowrogich wojsk.

W 1998 roku utworzono tutaj Obszar Chroniony Krajobrazu "Ostrzyca Proboszczowicka". Zajmuje on teren o powierzchni 1190 ha. Przez obszar przepływają rzeki Czermnica i Skora oraz kilka potoków i cieków. Teren poza unikalnymi walorami przyrodniczymi posiada liczne walory rekreacyjne i turystyczne, w tym szlaki "Wygasłych Wulkanów" i "Zamków Piastowskich".

Informacje praktyczne:

1. Polecam nawigację nastawić na wieś Proboszczów, a nie Ostrzycę Proboszczowicką, bo wyjedziemy w miejsce odległe o 30 km. We wsi Proboszczów (jadąc od strony wsi Sokołowiec) za Kościołem należy skręcić w lewo i jedziemy kierując się żółtymi znakami z napisem "Ostrzyca Proboszczowicka". Najpierw docieramy do pierwszego parkingu, gdzie możemy zostawić samochód. Można jednak również podjechać trochę dalej i zaparkować auto przy wiecie piknikowej.
2. Droga nie nadaje się dla wózków dziecięcych, ponieważ fragmentami podejścia są strome. Zdecydowanie polecamy nosidełko.
3. Na szczyt prowadzi szlak żółty, idealny dla najmłodszych. Czas wejścia z dziećmi- około 45 minut


4. Miejsce nie jest tłoczne. Byliśmy w kwietniową sobotę i naprawdę na szlaku spotkaliśmy kilka osób
5. Po zejściu rozpaliliśmy ognisko i zrobiliśmy sobie piknik na dole. Wszyscy ze smakiem zjedliśmy pieczoną na ognisku kiełbaskę, a dzieci miały niesamowitą radość.

Mimo, że dzisiaj jest pierwszy dzień wiosny, to śnieg pada i pogoda nie daje zapomnieć nam o zimie. My bardzo się cieszymy z tego faktu i korzystamy z uroków zimy, bo w końcu wiosna ta prawdziwa niedługo nadejdzie, a na zimę będziemy musieli czekać prawie rok.

W tym wiosenno-zimowym dniu, postanowiłam zebrać nasze ulubione miejsca na sanki niedaleko Wrocławia. Wybieramy przede wszystkim takie miejsca, gdzie górka jest dogodna dla najmłodszych i gdzie w pobliżu znajduje się schronisko młodzieżowe czy bar, aby móc ogrzać się ciepłym posiłkiem. Kierując się tymi kryteriami, do naszych top miejsc należą:

1. Górka przy PTTK Andrzejówka

Zalety:

  • Miejsce znajduje się 1,5 godziny drogi od Wrocławia, więc można wybrać się na 1-dniową wycieczkę
  • Można dotrzeć na samo miejsce samochodem. Oczywiście obowiązuje tu zasada, kto pierwszy ten lepszy. Dlatego my zawsze staraliśmy się być pod PTTK Andrzejówka najpóźniej o 10:00, bo później z zaparkowaniem może był kłopot.
  • Można tutaj nie tylko pozjeżdżać na sankach, ale także udać się na spacer w pięknych okolicznościach przyrody
  • W schronisku PTTK Andrzejówka można zjeść pyszny posiłek. Jedzenie jest naprawdę rewelacyjne, a ciasta domowej roboty powalają z nóg. W zimie na zewnątrz znajduje się także kuchnia polowa i można kupić dodatkowo grochówkę czy kiełbaskę z grilla.

Wady:

  • Miejsce cieszy się bardzo dużą popularnością i w weekendy lub dni świąteczne robi się tutaj bardzo tłoczno. Jeśli przyjedziemy tutaj zbyt późno to musimy liczyć się z kilkunastokilometrowym korkiem

2. Przełęcz Spalona przy schronisku PTTK Jagodna

W tym roku to miejsce było przez nas odwiedzane najczęściej w sezonie zimowym. Upodobaliśmy sobie je z kilku względów:

Zalety:

  • Mam wrażenie, że to miejsce jest znacznie mniej tłoczne aniżeli przy schronisku PTTK Andrzejówka. Piszę celowo, że „mam wrażenie”, ponieważ tutaj można znaleźć kilka fajnych miejsce do zjeżdżania na sankach, więc nawet jak na parkingu było mnóstwo samochodów, nie odczuwało się tutaj zbytniego zatłoczenia
  • Parking znajduje się tuż przy schronisku PTTK Jagodna
  • Z Wrocławia do schroniska PTTK Jagodna jest 2 godziny drogi
  • Przy schronisku PTTK Jagodna nie tylko można było pozjeżdżać na specjalnie wydzielonych górkach, ale można podejść kawałek szlakiem pieszym pod górę i zjeżdżać na sankach na dłuższych trasach. Warunek jest jeden: najlepiej wybrać się tutaj rano, kiedy nie ma praktycznie turystów i podczas zjazdu nikomu nie będziemy przeszkadzać
  • Jedzenie w schronisku PTTK Jagodna jest fenomenalne. Słynne racuchy z jagodami nas nie zawiodły. A porcje są ogromne, więc spokojnie jedną porcją mogą najeść się 2 osoby. Na zewnątrz działa kuchnia polowa. I jeszcze przed wejściem do schroniska pali się ognisko, przy którym można się ogrzać oraz upiec sobie kiełbaskę.

Wady:

  • Zdecydowanie brak takowych:)

3. Karpacz- górka naprzeciwko Apartamentów pod Śnieżką (przy ul. Myśliwskiej). Górka jest bezpłatna. Na tej samej ulicy przy ul. Myśliwskiej 13 jest tzw. Góra Saneczkowa, z której korzystanie jest płatne (10 zł). My korzystaliśmy z tej pierwszej opcji.

Zalety:

  • Miejsce znajduje się niecałe 2 godziny drogi z Wrocławia
  • Parking znajduje się tuż przy górce
  • Z 200 m od górki znajduje się bar, w którym można posilić się ciepłym posiłkiem. Polecamy tutaj pierogi, robione przez Panią właścicielkę.
  • Niedaleko znajduje się stok narciarski Karpatka oraz wypożyczalnia nart i sanek, więc jak Hubercik jeździł na nartach, ja z Kajcią w tym czasie jeździłyśmy na sankach

Wady:

  • Zdecydowanie brak takowych:)

4. Jakuszyce

Zalety

  • Miejsce usytuowane jest 2 godziny drogi od Wrocławia, ale można tutaj dotrzeć także pociągiem. Pociągiem jedziemy z Wrocławia do Szklarskiej Poręby Górnej, a tam od razu przesiadamy się na czeski pociąg, który jedzie do Jakuszyc. Połączenie jest rewelacyjne
  • Nawet jak w innych miejscach śnieg już stopnieje, w Jakuszycach można się nim jeszcze cieszyć
  • Miejsce cieszy się popularnością wśród narciarzy biegowych, ale można tutaj znaleźć górki do zjazdu sankami. Można też udać się na spacer podziwiając piękne krajobrazy.
  • Od dworca PKP prowadzi malowniczy szlak do Stacji Turystycznej Orle, gdzie można zjeść dobry posiłek

Wady:

  • W stacji Turystycznej Orle nie można płacić kartą
  • Obsługa w restauracji w Stacji Turystycznej pozostawia wiele do życzenia

W tym roku zima dopisała i mimo licznych zakazów, cieszymy się, że mieliśmy okazję skorzystać z jej uroków. Saneczkarstwo stało się niemal sportem narodowym. Muszę przyznać, że my z Grzesiem na nowo poczuliśmy smak dzieciństwa.

Na rynku znaleźć można wiele ciekawych książek dla dzieci. Dla mnie jednak rekomendacja znajomych ma duże znaczenie przy wyborze lektury dla moich pociech. Dlatego chciałabym się z Wami podzielić pozycją Urszuli Młodnickiej i Agnieszki Waligóry "Jesteś ważny Pinku. Książka o poczuciu własnej wartości dla dzieci i dla rodziców trochę też", którą uważam za fenomenalną. Jest to nasze ostatnie odkrycie i nie jest to żadna reklama, tylko wspaniała książka, która inspiruje mojego 5,5 letniego synka do wielu przemyśleń.

Dlaczego sięgnęłam po tą książkę?

Mój synek od września 2020 zmienił przedszkole i chodzi do grupy, w której są dzieci o rok starsze.  Liczne nieobecności z powodu choroby nie sprzyjały jego adaptacji w grupie. Ponadto, funkcjonowanie w grupie starszych dzieci i do tego bardziej zintegrowanych nie było dla mojego Hubercika zbyt łatwe. Niemal codziennie, przychodząc z przedszkola, dzielił się z nami jakimiś trudnościami. Ewentualnie odreagowywał krzykiem, a po opanowaniu emocji opowiadał, jakich przykrości doświadczył. Chcąc pomóc synkowi w tym trudnym momencie, sięgnęłam po pozycję "Jesteś ważny Pinku. Książka o poczuciu własnej wartości dla dzieci i dla rodziców trochę też" i przyznaję, że książka okazała się bardzo pomocna w rozmowach o rzeczach trudnych.

Jakie treści niesie ze sobą książka?

Pozycja składa się z 16 opowiadań z życia Pinka, które są analogiczne do tych, które nasze dzieci doświadczają na co dzień. Pink nie został zaproszony na urodziny przez koleżankę, narysował rysunek, który odbiegał od jego oczekiwań, zmaga się z bałaganem w pokoju i nie może znaleźć konkretnej rzeczy czy po prostu ma gorszy dzień. Historie Pinka inspirują dzieci i rodziców do dyskusji o tolerancji, emocjach, oraz mocnych i słabych stronach. Po każdym opowiadaniu znajdują się zadania do wykonania dla dziecka, skłaniające również do istotnych przemyśleń na swój temat i otaczającego świata. Dziecko ma okazję zastanowić się dlaczego ludzie są na świecie różni?, z czego wynika wyjątkowość każdego człowieka?, jakie rodzaje emocji przeżywamy? jak wpływać na własne samopoczucie? jak sprawiać radość sobie i innym? Każda historia Pinka niesie za sobą jakieś przesłanie i inspiruje do wielu dalszych poszukiwań.

Dla jakiej grupy wiekowej dedykowana jest książka?

Moim zdaniem, książka jest przeznaczona zarówno dla dzieci w wieku przedszkolnym, jak i wczesnoszkolnym. Hubercik, który ma niecałe sześć lat bardzo polubił tą pozycję. Spodobała mu się postać samego Pinka i jego przyjaciół. Przygody bohatera sprawiają, że zadaje mnóstwo pytań. Co więcej, przemyślenia Hubercika są inspirujące również dla nas rodziców. Przede wszystkim można się dowiedzieć jakie nasze dziecko ma wyobrażenia na różne tematy. Dzisiaj rozmawiając o mocnych stronach, dowiedziałam się od synka, że jestem dobra w "gotowaniu, czytaniu i dekorowaniu", a Grzesiu w "budowaniu, naprawianiu i wyrywaniu zęba". A najbardziej Hubercik docenia zadania, które wspólnie wykonujemy i omawiamy.

Jedyną rzeczą, do której mogłabym się przyczepić (to oczywiście żart) to nieprecyzyjny tytuł, a mianowicie, że książka jest dla rodziców tylko trochę. Według mnie rodzice też wiele mogą się z niej nauczyć Przede wszystkim pozycja zwraca uwagę na bardzo ważne tematy, które nie zawsze w codziennym biegu, są przez nas omawiane z naszymi dziećmi. Po drugie, formuła książki jest przemyślana i jedno zagadnienie ściśle jest powiązane z kolejnym, przez co ma się wrażenie pewnej spójności. Umożliwia ona dyskusję na tematy ważne w sposób atrakcyjny dla najmłodszych.

41

Tym razem postanowiłam napisać na nieco inny temat. Chciałabym podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami związanymi z bardzo rzadką chorobą – xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy), którą zdiagnozowano u naszego 5-letniego synka. Ten post piszę, mając nadzieję, że komuś pomogę. My przeszliśmy długą drogę zanim usłyszeliśmy diagnozę, a następnie sami szukaliśmy pomocy, bo lekarz prowadzący we Wrocławiu nie przekazał nam żadnych informacji dotyczących choroby. Ale zaczynając od początku…

W lutym 2020 u synka nad czołem w owłosionej części głowy zobaczyliśmy małego strupka. Po dwóch tygodniach, widząc, że strupek nie odpada zaniepokoiło to nas. Poszliśmy więc do dermatologa. Pani dermatolog nie wiedziała do końca co to jest, ale profilaktycznie zaleciła smarowanie miejsca Tribioticem. Po posmarowaniu kilka razy zmienionego chorobowo miejsca, zmiana zaczęła rosnąć. Udaliśmy się więc na kontrolę do innej Pani dermatolog (polecanej na portalu znany lekarz.pl). Pani po obejrzeniu poinformowała nas, że nie spotkała się z taką zmianą i zaleca nam konsultacje z dermatologiem w stopniu profesorskim z Akademii Medycznej. Podała nam nazwisko jednego z profesorów. Niestety zbiegło się to w czasie z wybuchem pandemii i lockdownem. Zadzwoniliśmy do wskazanego Pana Profesora, ale poinformował nas, że nie przyjmuje pacjentów i nie udziela teleporad. Kilku innych profesorów też odmówiło nam zbadania Hubercika. Jeszcze inni udzielili nam teleporad, za które zapłaciliśmy 200-250 zł, a z których nic nie wynikało. W końcu koleżanka poleciła nam pewnego chirurga z Siechnic, który zgodził się przyjąć nas osobiście. Po obejrzeniu zmiany nie był pewny co to jest, ale stwierdził, że raczej nic groźnego i zalecił smarowanie miejsca kolejną maścią z antybiotykiem. Zasugerował jednak jeszcze konsultację z lekarzem dermatologiem, aby obejrzał zmianę. Po zastosowaniu przepisanej maści zmiana zaczęła ponownie rosnąć. Zaczęłam więc obdzwaniać po kolei dostępnych na stronach internetowych  lekarzy dermatologów dziecięcych i po kilkunastu wykonanych telefonach w końcu znalazł się jeden, który zdecydował się nas przyjąć. Zaznaczę, że to był już kwiecień, zmiana cały czas rosła, a my dalej nie wiedzieliśmy co to jest. Na własną rękę robiliśmy badania krwi czy wymaz w kierunku grzybicy. Wszystkie badania wychodziły prawidłowo, a zmiana stawała się coraz bardziej czerwona, przekrwiona.

Pomimo sugestii kilku lekarzy, że zmianę należy wyciąć, nie mogliśmy tego zrobić, ponieważ prywatne kliniki były zamknięte, a w szpitalach terminy były dość odległe. Na kolejnej konsultacji lekarskiej usłyszeliśmy, że jest to na 99% jest to rogowiak kolczystokomórkowy (nowotwór niezłośliwy). Ale lekarz badający zasugerował konsultacje jeszcze z innym dermatologiem, który potwierdziłby tą diagnozę.  Gdzie jednak mieliśmy udać się na konsultację, w sytuacji, gdy większość lekarzy nie przyjmowała? Wtedy koleżanka poleciła nam znanego profesora chirurga onkologa z Wrocławia, który ma własną klinikę. Zadzwoniłam do tej kliniki natychmiast, ale Pani sekretarka poinformowała mnie, że klinika jest zamknięta z powodu lockdownu. Wtedy straciłam kontrolę nad swoimi emocjami, rozpłakałam się, opowiedziałam jej naszą historię i zapytałam co mamy zrobić? Pani zlitowała się i zaproponowała napisanie maila z opisem sytuacji oraz zdjęciami zmiany na adres kliniki, a ona przekaże informację Profesorowi oraz poprosi go o kontakt ze mną. Jakie było moje zdziwienie,  jak 2 godziny później Profesor do mnie oddzwonił i poinformował, że zajmie się leczeniem Hubercika.

Umówiliśmy się, że codziennie będziemy przesyłać mu zdjęcia narośli na skórze, a on z żoną, która jest dermatologiem będą nam mówić, co mamy robić. W pierwszej kolejności zaproponował przeleczenie Hubercika antybiotykiem, żeby wykluczyć nadkażenie bakteryjna. Po podaniu antybiotyku doustnie zmiana znowu zaczęła rosnąć. Ewidentnie „to coś” nie lubiło antybiotyków. Po każdym leku zmiana rosła i ożywała, stawała się bardziej czerwona,zaogniona. Po tym jak antybiotykoterapia nie pomogła, Pan Profesor postawił kolejną diagnozę- grzybica Kerion Celsis i przepisał 2-miesięczną kurację lekiem przeciwgrzybicznym Lamisil. Po kilku tygodniach przyjmowania leku zmiana zaczęła nieznacznie się zmniejszać i obsuszać od góry. Mieliśmy nadzieję, że w końcu diagnoza jest trafiona. Ale po dwóch miesiącach przyjmowania leku zmiana nadal nie odpadła, a Hubercik skarżył się na bóle brzucha, ponieważ lek nie był obojętny dla organizmu. Co więcej, pewnego dnia synek uderzył głową w parapet, w wyniku czego zmiana się naderwała. Po uderzeniu okazało się, że zmiana jest mocno ukrwiona. Powiem szczerze, po zobaczeniu synka zalanego całego krwią nie miałam wątpliwości, że grzybica to nie jest. Krwotok był niewspółmiernie za duży do wielkości zmiany. Moja intuicja podpowiadała mi, że jednak nie idziemy w dobrym kierunku. Zadzwoniłam więc do Pana Profesora, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami. W związku z tym, że obostrzenia zostały w owym czasie złagodzenie Profesor zaproponował wycięcie zmiany. Zdecydowaliśmy się więc na jej wycięcie prywatnie. Nie chcieliśmy Hubercika narażać na kilkudniowy pobyt w szpitalu. Ponadto, w czasach pandemii nie chcieliśmy zarazić się koronawirusem. A po trzecie, w razie, gdyby okazało się, że jest to, coś poważnego, chcieliśmy być nadal prowadzeni przez tego Profesora.

3 czerwca 2020 Hubercik miał zabieg wycięcia zmiany pod narkozą. Pobrany został wycinek do badania histopatologicznego. Wynik mieliśmy otrzymać po 2 tygodniach.  W rezultacie czekaliśmy na wynik prawie 4 tygodnie, po czym usłyszeliśmy, że jest to „xanthogranuloma juvenile- zmana łagodna”.

Muszę przyznać jednak, że jak każdy dociekliwy rodzic wrzuciłam tą nic nie mówiącą mi nazwę w wyszukiwarkę internetową i natrafiłam na artykuł Profesor Anny Raciborskiej z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie na ten temat: https://imid.med.pl/pl/dzialalnosc-kliniczna/dzialkliniczna/kliniki/klinika-onkologii-i-chirurgii-onkologicznej/juvenile-xantogranuloma, z którego dowiedziałam się więcej o zdiagnozowanej chorobie. Co więcej, zmroziło mnie, kiedy przeczytałam, że choroba może mieć także charakter złośliwy, atakując organy wewnętrzne.

Czym jest xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy)?

Xanthogranuloma juvenile należy do chorób z grupy histiocytotyz. Histiocytoza to choroba układu krwiotwórczego. Xanthogranuloma juvenile objawia się najczęściej zmianami skórnymi. Zmiany mogą występować jako pojedyncze ogniska lub mnogie. Występuje najczęściej u niemowląt i małych dzieci, częściej u chłopców. Jednakże zdarzają się również przypadki zachorowań wśród osób dorosłych. Początkowo zmiany są gładkie i różowe, ale później mogą stawać się żółtawe i mogą się obłuszczać. Większość z nich ma średnicę 0,5 cm, ale mogą dochodzić nawet do 2 cm. Mogą pojawić się w dowolnym miejscu na ciele, ale najczęściej występują na twarzy i szyi. Większość z tych zmian nie wymaga usunięcia, a zanika po 2-3 latach. Jednak jak poinformowano nas w Instytucie Matki i Dziecka, często rodzice decydują się na usunięcie chirurgiczne zmiany ze względów estetycznych. Xanthogranuloma juvenile często ma przebieg łagodny, ale zdarzają się odmiany groźniejsze tej choroby, które atakują oczy, prowadząc do ślepoty czy inne organy takie, jak płuca, wątroba czy śledziona. Postać pozaskórna tej choroby może wymagać leczenia takiego, jak np. chemioterapia. Prawdziwa etiologia choroby nie jest do końca znana.

Xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy)- gdzie leczyć?

Po przeczytaniu artykułu Profesor Anny Raciborskiej napisałam maila do Instytutu Matki i Dziecka (IMID) z opisem naszej historii oraz pytaniem, co mamy dalej robić. Po kilku godzinach otrzymałam odpowiedź z zaproszeniem na konsultację do IMID-u za 2 tygodnie. Oczywiście zdecydowaliśmy się na tą konsultację, podczas której Hubercik został zbadany dokładnie. Wykonano mu poszerzone badania krwi, USG głowy w miejscu wyciętej zmiany, USG węzłów chłonnych i brzucha. USG głowy wykazało, że zmiana nie została dobrze wycięta i pozostał „pewien element”. Lekarze z Instytutu Matki i Dziecka długo zastanawiali się czy po raz kolejny narażać Hubercika na zabieg i dociąć „to coś”. Ale po naradzie zdecydowali się na docięcie. Sama Pani Profesor Raciborska poinformowała nas, że zdjęcia zmiany, które jej pokazaliśmy odbiegały od klasycznej postaci tej choroby i proponuje nam docięcie, aby mieć „czyste” pole do obserwacji.
24 sierpnia 2020 Hubercik miał kolejny zabieg w Warszawie. Tym razem zmiana została docięta całkowicie i kiedy pojechaliśmy po dwóch tygodniach od operacji do kontroli, kolejne USG potwierdziło, że w główce naszego synka nie ma nic, co budziłoby jakiekolwiek wątpliwości.

Niestety pojawiła się inna niepewność, bo USG brzucha wykazało, że Hubercik ma nieznacznie powiększoną śledzionę. I nie wiadomo czy jest wynik przebytej wcześniej infekcji czy konsekwencją xanthogranuloma juvenile. Kolejną konsultację mamy 3 grudnia 2020 (z powodu kwarantanny termin konsultacji przesunął nam się o miesiąc). Chcielibyśmy bardzo usłyszeć dobre wiadomości. Nie muszę Wam mówić, że każda konsultacja to dla nas ogromny stres.

Co pół roku musimy również konsultować Hubercika u okulisty, ponieważ choroba w swojej agresywnej odmianie atakuje również oczy.

Tą historię piszę z nadzieją, że być może komuś w jakiś sposób pomogę. Choroba jest rzadka, ma różny przebieg, zmiany skórne również mogą wyglądać odmiennie, dlatego wielu lekarzy ma trudności z właściwą diagnozą. Powiem szczerze ta choroba to jak "tykająca bomba", która nie wiadomo czy i kiedy eksploduje. Jedno jest pewne. Już zawsze będziemy żyli w niepewności. Każde gorsze samopoczucie Hubercika rodzi w nas strach czy coś poważnego się nie dzieje. Im więcej czytam na jej temat tym więcej pytań się rodzi, na które nie mam odpowiedzi. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak modlić się i mieć nadzieję, że choroba naprawdę ma łagodny charakter

Właśnie jesteśmy na kwarantannie. Świat ponownie zamarł z powodu pandemii COVID 19. Tym bardziej wspominam z sentymentem czas, kiedy można było swobodnie się przemieszczać. W ramach tych sentymentalnych podróży chciałabym przybliżyć Wam Troki.

Litwa od dłuższego czasu chodziła mi po głowie. Dlatego będąc na Suwalszczyźnie nie mogłam odmówić sobie przyjemności wybrania się do tego kraju. Najpierw pojechaliśmy do Druskiennik, a następnie postanowiłam wybrać się do Trok. W latach formowania się państwa litewskiego Troki były jednym z ważniejszych miast politycznych i militarnych.

Troki – historia

Do Trok turyści przybywają przede wszystkim z myślą zobaczenia zamku usytuowanego nad jeziorem Galwe. Powstanie twierdzy związane jest z osobą wielkiego księcia litewskiego Kiejstuta i jego syna Witolda. To właśnie Kiejstut nakazał jej budowę w XIV wieku i miała ona stanowić obiekt warowny, będący uzupełnieniem istniejącego już w Trokach zamku. Położenie obiektu miało znaczenie strategiczne- zamek z każdej strony otoczony jest wodą. Jako ciekawostka wspomnę, że w chwili budowy obiektu poziom wody w jeziorze był o 2 metry wyższy niż obecnie. A obecna wyspa była dawniej grupą trzech małych wysp.

Znaczenie budowli wzrosło bardzo szybko, zwłaszcza po przeniesieniu przez Kiejstuta tutaj skarbu księżego. Kiejstut nie tylko przeniósł do nowo wzniesionej twierdzy skarb, ale również sam w niej zamieszkał. Zamek w Trokach uważany był za arcydzieło średniowiecznej architektury obronnej i był jedynym zamkiem zbudowanym na wodzie w Europie Wschodniej. Po śmierci Kiejstuta jego syn Witold kontynuował dzieło ojca. Wzmocnił i unowocześnił obiekt, łącząc w znakomity sposób cele mieszkalne i obronne.

Twierdza była też kilkakrotnie najeżdżana przez Krzyżaków. Po bitwie pod Grunwaldem zamek zaczął tracić na znaczeniu jako obiekt wojskowy, a budowlę przekształcono w rezydencję książęcą, do której licznie zjeżdżali posłowie zagraniczni. To tutaj organizowano huczne bankiety i przyjęcia dla śmietanki politycznej ówczesnej Europy. Jednak kolejne lata nie były zbyt przychylne dla świetności zamku. Najpierw przeniesienie stolicy do Krakowa, a następnie utworzenie bezpośredniego szlaku handlowego pomiędzy Wilnem a Kownem przyczyniły się do utraty pozycji Trok na arenie europejskiej. W XVII wieku podczas wojny z Rosją zamek znacznie ucierpiał. Następne okresy historyczne również nie były zbyt łaskawe dla tej budowli. Zamek niszczał coraz bardziej, popadając w ruinę. Dopiero w XX wieku zainicjowano odbudowę zamku. Prace związane z odrestaurowaniem twierdzy podejmowano kilkakrotnie, ale dwie wojny światowe przerwały je. Dopiero pod koniec lat 40. XX wieku powrócono do idei odbudowy zamku, a przywrócenie dawnej świetności budowli trwało kilkadziesiąt lat. W 1951 roku rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę prace badawcze na terenie zamku, a do odrestaurowanego zamku w 1962 roku przeniesiono Muzeum Historyczne. Obecnie oprócz stałej ekspozycji muzealnej regularnie odbywają się tutaj różne wystawy, konferencje i festiwale.

Zwiedzający mogą zobaczyć tutaj surowe wnętrzne obiektu oraz wiele interesujących eksponatów. Podczas wizyty na zamku można poznać historię Trok, a w poszczególnych salach obejrzeć można różnorodne kolekcje sztuki użytkowej, kolekcje monet, medali, starożytnych map, trofeów myśliwskich, strojów czy biżuterii.

Troki- spotkanie z kulturą karaimską

Troki warto odwiedzić nie tylko ze względu na zamek, piękne krajobrazy, ale także ze względu na możliwość zasmakowania kultury karaimskiej.

Karaimowie osiedlili się na terenie Trok w XIV wieku. Sprowadził ich Wielki Książe Litewski Witold z Krymu. Ta tureckojęzyczna społeczność wyznaje własną religię, wywodzącą się z judaizmu, opartą wyłącznie na Starym Testamencie. Karaimowie stanowią hermetyczną społeczność. Karaimem staje się przez fakt urodzenia, nie można przyjąć ich religii. W związku z mieszaniem się rodzin karaimskich z lokalną społecznością, grupa ta zanika. Dlatego na terenie Litwy pozostało już stosunkowo nie wiele rodzin karaimskich.

Będąc w Trokach można zobaczyć typowe dla mniejszości karaimskiej budowle mieszkalne (zobacz zdjęcie poniżej).

Można również zasmakować w restauracji karaimskiej dań takich, jak kibiny czy pierogi z mięsem. Ja osobiście polecam restaurację Kiubete: https://www.facebook.com/Kiubete

Co jeszcze warto zobaczyć w Trokach?

Większość turystów koncentruje się na zamku, będąc w Trokach. Moim zdaniem na uwagę zasługuje także historyczny park przyrodniczy Troki. Składa się z historycznego miasta Troki oraz okolicznych wiosek, jezior i lasów. Będąc w tym mieście warto wybrać się na spacer wzdłuż brzegu jeziora, podczas którego podziwiać można bogactwo tutejszej fauny i flory

Informacje praktyczne:

  • Adres zamku: Trakų Salos Pilis, Kęstučio gatvė 4, Trakai 21104, Lithuania
  • Od maja do września muzeum jest otwarte od pon do niedzieli w godzinach od 10:00 do 19:00, od marca do kwietnia oraz w październiku od wtorku do niedzieli w godzinach od 10:00 do 18:00, od listopada do lutego od wtorku do niedzielo od 10:00 do 17:00
  • Cennik dostępny jest na stronie: https://trakaimuziejus.lt/tickets/?lang=en
  • W restauracji Kiubete warto wcześniej zadzwonić i zamówić sobie posiłek na konkretną godzinę. W sezonie jest tutaj bardzo wielu gości i na jedzenie czeka się dość długo
  • Przy zamku nad jeziorem można wypożyczyć rowerek wodny lub przepłynąć się katamaranem, co jest dodatkową atrakcją
  • Troki położone są 30 km od Wilna, a więc będąc w Wilnie można wybrać się na 1-dniową wycieczkę tutaj. Wilno z Trokami jest dość dobrze skomunikowane jeśli chodzi o komunikację miejską (autobus kursuje stosunkowo często pomiędzy miastami)

W pandemię każdy zapewne szuka miejsca niezbyt tłocznego. Dlatego tym razem wybór padł na Radunię (573 m n.p.m.), która jest drugim co do wielkości szczytem w Masywie Ślęży.

Geneza nazwy Radunia sięga XIII wieku. Po II wojnie światowej nazywana była Sępią Górą.  Niedaleko szczytu zachował się wał kultowy, który szacuje się, że powstał 400-300 lat p.n.e. Wał otaczał miejsce, w którym czczono bóstwo księżyca.

Na szczycie góry znajduje się Rezerwat Przyrody Góra Radunia. Celem jego utworzenia była ochrona rzadkich gatunków roślin.

Od 2014 roku formalnie wejście na sam szczyt Raduni jest zabroniony. W Rezerwacie Przyrody Góra Radunia ustawiona jest drewniana barierka oraz tablica informująca o zakazie wstępu. Szczerze mówiąc, postawienie drewnianego szlabanu i tablicy ma charakter symboliczny, ponieważ większość turystów nie respektuje zakazu i wędruje na szczyt Raduni, skąd podziwiać można piękne widoki.

Informacje praktyczne:

  • Na Radunię wchodziliśmy ze Słupic. W Słupicach przy Kościele należy skręcić w prawo. Kilkaset metrów za Kościołem znajduje się pole tuż, przy którym można zaparkować samochód
  • Na górę szliśmy cały czas niebieskim szlakiem
  • Droga nie jest przystosowana do przemierzania jej wózkiem niemowlęcym. Momentami ścieżka jest wąska i stroma
  • My na Radunię wybraliśmy się około godziny 9. O tej porze na szlaku było zaledwie kilka osób. Podczas schodzenia mijaliśmy nieco więcej osób, ale w porównaniu ze Ślężą Radunia nie jest tak bardzo zatłoczona. Nie mówiąc, że wystarczy nieco zboczyć ze szlaku i wówczas można spacerować w zupełnej samotności.