Przeskocz do treści

Na 3 maja mieliśmy wykupione bilety do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Właśnie ze smutkiem przebukowaliśmy nasz lot. Pewnie wielu z Was również musiało zmienić plany z powodu koronawirusa. Polecam ciekawą stronę, na której możecie znaleźć informacje na temat opcji, które oferują różni przewoźnicy w przypadku wstrzymania lotu/przejazdu:

https://www.wakacyjnipiraci.pl/turystyka/know-how/koronawirus

Tak, jak wspominałam w przedostatnim wpisie do Ostrawy pojechaliśmy z moją 93-letnią babcią na zabieg zaćmy. Dlaczego akurat tam:

  • Po pierwsze, bardzo krótko czekaliśmy na termin zabiegu. W zasadzie babcia mogła zostać zoperowana już tydzień od daty zgłoszenia się.
  • Po drugie, w Polsce w kilku miejscach odradzano nam operację ze względu na wiek. A my wiedzieliśmy od naszej zaufanej Pani okulistki, że wiek nie jest żadnym przeciwwskazaniem do zabiegu
  • Po trzecie, nasza okulistka sama nam doradzała wyjazd do Czech, ponieważ tam usługi okulistyczne są na dużo wyższym poziomie
  • Po czwarte, czeska służba zdrowia uchodzi za jedną z najlepszych w Europie, a ze względu na wiek babci, zależało mi, aby zabieg był przeprowadzony przez naprawdę sprawnych i doświadczonych lekarzy
  • Po piąte, w Czechach można sobie za dopłatą wybrać lepsze soczewki (które w Polsce nie zawsze są dostępne), a zależało mi, aby babcia miała lepszy komfort widzenia

Jak wygląda procedura?

  • Wystarczył jeden telefon do jednej z klinik okulistycznych we Wrocławiu, która współpracuje z czeską placówką. Przez telefon wyjaśniłam na czym mi zależy, Pani przedstawiła mi jak wygląda cała procedura i umówiłyśmy termin zabiegu
  • Po naszej rozmowie dostałam maila z adresem kliniki w Ostrawie, zaleceniami przed zabiegiem i zaproszeniem na zabieg
  • 2 dni przed zabiegiem Pani potwierdziła nam telefonicznie jeszcze raz wszystkie szczegóły
  • Zabieg został zaplanowany na koniec lutego, w pewien piątkowy poranek (na godzinę 7.30)
  • W dniu operacji przyjechałyśmy kilkanaście minut przed czasem do kliniki. Byłyśmy drugie w kolejce. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że cały personel mówi po polsku (część pracowników pochodzi z Polski i dojeżdża do Ostrawy, a czescy lekarze również doskonale znają nasz język)
  • Od razu z babcią przeprowadzono wywiad, kilkanaście minut później babcia przeszła badania kwalifikujące do zabiegu, a godzinę po przybyciu babcia była już na sali operacyjnej. Zabieg trwał zaledwie 15 minut. Chwilę po zabiegu babcia musiała poleżeć w sali pooperacyjnej, a o 9.30 byłyśmy już w naszym apartamencie.
  • Na drugi dzień odbyła się wizyta kontrolna. Miałyśmy ją umówioną na godzinę 8 a o godzinie 8.15 wychodziłyśmy już z kliniki
  • Wraz z wypisem po zabiegu, pacjent otrzymuje krople do oczu (nie recepctę!), okulary przeciwsłoneczne (które musi nosić przez kilka tygodni po operacji), kasetkę na lekarstwa oraz zniżkę na okulary.

Koszty

Sam zabieg jest bezpłatny. Klinika rozlicza się z polskim NFZ. Tak naprawdę pacjenta nie obchodzi żadna biurokracja, nie musi sam nic załatwiać. Placówka medyczna w swoim zakresie porozumiewa się z naszym Funduszem Zdrowia. W pakiecie bezpłatnie dostępna jest również standardowa soczewka. Jeśli ktoś się zdecyduje na lepszą soczewkę wówczas wiąże się to z dodatkową opłatą (w zależności od soczewki od kilkuset złotych do kilku tysięcy). W naszym przypadku doszedł koszt podróży i noclegu, ale uważam, że warto było, ponieważ poziom świadczonych usług znacznie przewyższył nasze oczekiwania.

My zdecydowaliśmy się pojechać własnym środkiem transportu, ale rezerwując termin zabiegu, można również wybrać opcję z transportem i noclegiem oferowanym przez klinikę. Taka usługa dostępna jest nie tylko dla pacjenta, ale także osoby towarzyszącej i wiąże się z dopłatą.

Powiem szczerze, jestem zaskoczona tym, jak sprawnie przebiegła cała procedura. A jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie kultura osobista lekarzy i podejście do pacjenta. Każdy pacjent traktowany był naprawdę z dużym szacunkiem. Wszystko dokładnie tłumaczono. Babcię badało kilku lekarzy przed zabiegiem i każdy z nich miał czas, aby porozmawiać z pacjentem, wyjaśnić mu wszystko i odpowiedzieć na pytania.

Kiedy przyjechałyśmy na kontrolę w sobotę byłyśmy kilkanaście minut przed otwarciem kliniki, która była jeszcze zamknięta. Lekarz zobaczył, że babcia już czeka przed kliniką to od razu wpuścił ją do środka, aby mogła usiąść. W Polsce nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś mnie wpuścił przed oficjalną godziną otwarcia. Z tego względu, że kontrola odbywała się w sobotę panie z recepcji nie pracowały, a całą kolejką (a naprawdę sporo było pacjentów) zarządzali lekarze. Przeprowadzali badania kontrolne, przekazywali zalecenia oraz wydawali wypisy. Szczerze mówiąc nie spotkałam się w Polsce nawet w prywatnej klinice, aby lekarze zajmowali się kwestiami biurokratycznymi. Nawet po pieczątkę często trzeba się udać do recepcji, bo lekarz stworzony jest do celów wyższych niż jej przybijanie. Co więcej, wyjazd potraktowaliśmy jako wycieczkę rodzinną. Mieliśmy okazję spędzić kilka dni z naszą ukochaną babcią.  Dzieci były zachwycone wyjazdem, babcia też – w końcu nie dość, że spędziła z nami czas, to jeszcze odzyskała wzrok. Na razie na jedno oko…bo drugie miało być operowane jutro, ale ze względu na pandemię koronawirusa zabieg został odwołany.

Poza tym zawsze z podziwem patrzę jak moja babcia doświadcza nowych rzeczy, pomimo swoich 93 lat. Zatrzymaliśmy się na kawę w McDonaldsie, a babcia stwierdza „jeszcze nigdy tutaj nie byłam”. Z radością patrzę jak moje dzieci uczą się wierszyków i piosenek od swojej prababci.  Dlatego takie wyjazdy napawają mnie szczęściem. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji, która nie wiadomo jak się zakończy i jakie skutki przyniesie, doceniam każde takie chwile spędzone z najbliższymi.

Jeszcze 3 tygodnie temu byliśmy w Ostrawie u naszych sąsiadów i kto by pomyślał, że to będzie nasz ostatni wyjazd na razie. Wprawdzie byliśmy tam bardziej ze względów medycznych niż turystycznych, ale bez względu na cel zawsze staramy się znaleźć czas na zobaczenie czegokolwiek w danym miejscu. Do Ostrawy pojechaliśmy z moją 93-letnią babcią na zabieg zaćmy. Wcześniej to miasto nigdy nie było na mojej liście do zwiedzania. Tym bardziej, że czytałam, że to miasto przemysłowe i, że nie ma tutaj zbyt dużo atrakcji do zobaczenia. Dlatego nie oczekiwałam zbyt wiele od tego miejsca. Muszę przyznać jednak, że miasto zaskoczyło mnie i wcale nie uważam spędzonego w nim czasu za stracony.

Co warto zobaczyć?

  • Plac Tomasza Masaryka stanowi centrum miasta. Plac zmieniał swoją nazwę wielokrotnie. Obecna nazwa przyjęta została w 1919 roku na cześć pierwszego prezydenta Czechosłowacji. Muszę przyznać, że plac ten bardzo przypomina inne czeskie miasta. Znajdują się tutaj bowiem: Stary Ratusz (pochodzący z XIV wieku, aktualnie muzeum ostrawskie), barokowa kolumna maryjna (powstała na początku XVIII wieku na pamiątkę ówcześnie panującej epidemii) czy XVII-wieczna figura św. Floriana (wzniesiona w podziękowaniu dla strażaków, który ratowali miasto podczas pożaru).

  • Kościół Ewangelicki z 1907 roku, wzorowany na renesansie holenderskim. Świątynia określana jest „Kościołem Czerwonym” lub „Chrystusowym” i została wpisana na listę zabytków Republiki Czeskiej w 1958 roku

  • Kościół św. Wacława- pierwsze wzmianki o świątyni pochodzą z XIII wieku, chociaż przypuszcza się, że jej rodowód jest jeszcze starszy. Kościół wielokrotnie był przebudowywany, a swój dzisiejszy wygląd pochodzi z XIX wieku.

  • Park Husa (Husův sad)- bardzo fajny park położony w centrum miasta, w którym znajduje się plac zabaw, pomnik legionistów, ciekawa fontanna i neogotycka kaplica św. Elżbiety.

W Ostrawie jest jeszcze dużo więcej ciekawych miejsc do zobaczenia. Ze względu na zabieg babci nie mogliśmy ich tym razem zwiedzić. Ale mieliśmy tutaj przyjechać za 3 tygodnie na kontrolę i zabieg na drugie oko, wówczas planowaliśmy zostać dwa dni dłużej i zobaczyć inne atrakcje tego miasta. Te trzy tygodnie jednak drastycznie zmieniły nasze życie, plany…Nikt nie wie kiedy uda nam się ponownie tam wrócić.

Gdzie nocowaliśmy?

Polecamy Minato Apartments Ostrava Center. Apartament składa się z dwóch pokoi, kuchni i łazienki. Jest idealny dla rodzin z dziećmi. Duża przestrzeń sprawiła, że nasze dzieci się nie nudziły. Apartament położony jest w samym centrum miasta. Za dwie noce za 3 osoby dorosłe i dwójkę dzieci zapłaciliśmy około 330 zł. Jedynym mankamentem jest brak windy (apartament usytuowany jest na trzecim piętrze w starej kamienicy). Tą skromną niedogodność rekompensuje lokalizacja, cena i uprzejmość Pani właścicielki.

Gdzie zjeść?

W Ostrawie jest mnóstwo restauracji i barów, gdzie można dobrze zjeść.  Nam szczególnie do gustu przypadł Salad bar: https://www.facebook.com/saladubar/photos/freshfood-salad-ostrava-zijemezdrave-blueberry-chicken-p%C3%A1tekjakm%C3%A1b%C3%BDt/1083161138525226/, gdzie jedliśmy pyszne sałatki i fantastyczny krem z zielonego groszku.

Jeszcze dwa tygodnie temu byliśmy w Ostrawie w Czechach. Nawet nie zdążyłam napisać relacji na ten temat. A tu w przeciągu kilku dni sytuacja zmieniła się diametralnie. Granice zamknięte, szkoły, przedszkola i żłobki zamknięte, kto ma taką możliwość pracuje z domu...Powiem szczerze takiego scenariusza nikt nie mógł przewidzieć. Każdy próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji. Muszę jednak przyznać, że ta cała sytuacja z koronawirusem powoduje, że jest we mnie wiele trosk i obaw:

  • mam u siebie 93-letnią babcię i to o jej zdrowie martwię się najbardziej, bo jest w najwyższej grupie ryzyka
  • oczywiście towarzyszy mi lęk o mojego męża i dzieci
  • próbuję godzić pracę z domu z opieką nad dwójką dzieci i to nie jest łatwe zadanie
  • przeraża mnie to, co się dzieje w sklepach - nigdy nie doświadczyłam pustych półek, walk o kawałek mięsa czy bochenek chleba
  • jestem osobą dobrze zorganizowaną i niezbyt dobrze znoszę sytuacje, w których nie wiele mogę zaplanować. A tak jest własnie teraz. Na koniec marca mieliśmy zaplanowany wyjazd do Czech, na 3 maja mieliśmy wykupione bilety lotnicze do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Z naszych planów raczej nic nie wyjdzie...
  • frustruje mnie niemożność załatwienia czegokolwiek- z dzieckiem nie mogę dostać się na konsultację do lekarza, sama nie mogę zrobić badań, które miałam zaplanowane itd.
  • jestem istotą społeczną i zdecydowanie brakuje mi kontaktu z drugim człowiekiem i po raz pierwszy w życiu odczuwam niedosyt relacji międzyludzkich

Jak sobie z tym radzę:

  • na weekend uciekliśmy na wieś, gdzie można pojeździć na rowerze czy pochodzić po lesie,
  • przyznam szczerze, że prace w ogrodzie mnie odstresowują i naładowują pozytywną energią
  • dobra komedia wieczorem pozwala zapomnieć o pewnych niedogodnościach
  • a poza tym pozytywne nastawienie i wiara w to, że pandemia w końcu dobiegnie końca

W Lądku Zdroju jesteśmy co najmniej dwa razy w roku, ale pierwszy raz wybraliśmy się do Zamku na Skale w Trzebieszowicach położonego niecałe 10 km właśnie od Lądka Zdroju. W związku z tym, że chcieliśmy poznać trochę historii zdecydowaliśmy się na zwiedzanie obiektu z przewodnikiem. Pani przewodnik przybliżyła nam nie tylko historię, ale poopowiadała różne ciekawe anegdoty związane z tym miejscem.

Historia zamku sięga XV wieku. Do dnia dzisiejszego zachowały się pewne elementy z tego okresu- kamienne ściany w piwnicach. Początkowo była to siedziba rycerska o charakterze obronnym. W XVI wieku na miejscu tej siedziby zaczęto wznosić renesansowy pałac. Zamek zmieniał kilkakrotnie swoich właścicieli. Był m.in. w rękach rodziny Reinchenbachów. W wyniku wojny 30-letniej stracili oni swój majątek, który przeszedł w ręce rodu Wallisów, wywodzący się z Irlandii, ale mający także francuskie korzenie. To za ich panowania dwór został przebudowany ze stylu renesansowego w barokowy. Po Wallisach zamek trafił w ręce von Schlabrendorfów, następnie von Frankenbergów oraz Fürstnebergów.

W 1813 roku w Trzebieszowicach wyprawił swoje 43 urodziny król pruski Fryderyk Wilhelm III. A na balu pojawił się nawet car Rosji Aleksander I.

Popularność zamek zyskał w XIX wieku, kiedy przybywali do niego licznie turyści stacjonujący w Lądku-Zdroju. Na uwagę zasługuje fakt, że w tym okresie Lądek Zdrój był jednym z najmodniejszych uzdrowisk na świecie.

W 1945 roku zamek został zniszczony wraz z nadejściem armii radzieckiej. Po II wojnie światowej pałac trafił w ręce państwa. W 2004 roku ponownie przeszedł w prywatne ręce i dzięki znacznym środkom finansowym został wyremontowany i oddany do użytku.

Zamek jest pięknie usytuowany. Otacza go duży park. Tuż przy zamku płynie rzeka Biała Lądecka.  Obecnie mieści się tutaj hotel, Spa i restauracja. Organizowane są liczne konferencje i szkolenia. A codziennie o 20:00 odbywają się koncerty z muzyką na żywo.

Na zamek warto przyjechać z kilku względów:

- zamek posiada bogatą historię, obfitującą w liczne wydarzenia. Na początku XX wieku o zamku w Trzebieszowicach pisały gazety na całym świecie…a wszystko za sprawą Piusa, syna Teresy Harbuval-Chammar i jego romansu z wiedeńską śpiewaczką Wandą Blaustein. W wyniku wypadku pod Wiedniem trafił do szpitala, w którym przeżył jeszcze trzy dni. Będąc w szpitalu swojej ukochanej przepisał cały majątek. Rodzina nie uszanowała woli Piusa i skierowała sprawę przeciwko śpiewaczce do sądu. W rezultacie ta musiała wszystko zwrócić rodzinie.

- można przenocować tutaj w komnatach pałacowych

- po zamku oprowadza sama właścicielka, która jest zafascynowana historią tego miejsca i z pasją i zaangażowaniem przekazuje wiedzę zwiedzającym

- ciekawe jest, że rozwiązania architektoniczno-budowlane sprzed kilku wieków funkcjonują do dzisiaj: usytuowanie zamku na skale sprawiło, że nawet podczas powodzi w 1997 roku pałac nie został zalany, pomimo, że okoliczne tereny pokryte były wodą; ogrzewanie podłogowe z XIX wieku działające bez zarzutów do dnia dzisiejszego; oryginalnie zachowane kryształowe szyby i lustra itp.

- liczne wydarzenia kulturalne sprawiają, że to miejsce wciąż żyje i pisze nową historię…

Na wielu stronach internetowych można przeczytać o zaletach chodzenia na basen z niemowlakiem. Nie od dziś wiadomo, że zajęcia w basenie sprzyjają rozwojowi psychofizycznemu dziecka, poprawiają motorykę czy wzmacniają układ odpornościowy. Ponadto, po zajęciach w wodzie dziecko ma lepszy sen i apetyt. Same korzyści…Dlatego z Hubercikiem zdecydowaliśmy się chodzić na basen kiedy miał cztery miesiące. Od pierwszych zajęć synek złapał przysłowiowego bakcyla. Bardzo lubił zajęcia z Panem Kubą. Pół godzinne zabawy w wodzie wystarczyły, aby Hubercik po nich spał trzy godziny. Sobota, dzień, w którym chodziliśmy na basen, był jedynym, kiedy w ciągu dnia mogłam posprzątać oraz ugotować obiad.  Obecnie nasz synek ma prawie 5 lat i nadal chodzi na basen. Bardzo lubi pływać i nurkować, a na zajęcia czeka z niecierpliwością.

Kiedy więc urodziła się Kajcia postanowiliśmy również zapisać ją na basen, tyle, że nieco później. Kajcia miała 7 miesięcy kiedy poszła na pierwszy „trening”. Zapisaliśmy naszą córcię do tej samej szkoły, ba nawet do tego samego instruktora (Pana Kuby), który ma podejście do maluchów. Po pierwszych zajęciach byliśmy zachwyceni. Kaja jako jedyna z 6-osobowej grupy nie płakała podczas zajęć. Uśmiechała się, pluskała, a nawet bez problemu szła do Pana Kuby, kiedy chciał pokazać kolejne ćwiczenie. Po tak udanym debiucie na kolejne zajęcia szliśmy wyluzowani i zadowoleni, w końcu kroki w basenie poszły gładko. Nie spodziewaliśmy się nadchodzącej burzy…Na początku kursu Pan Kuba poprosił, aby rodzice usiedli na murku z pociechami na kolanach. Grzesiu usiadł z Kajcią w środku pomiędzy dwoma innymi tatusiami ze swoimi dziećmi. I być może to był właśnie nasz błąd. Kajcia spojrzała na prawo, na lewo i zaczęła tak mocno krzyczeć, że musieliśmy wyjść z pomieszczenia. Zaznaczę tylko, że Kajcia w pierwszych miesiącach życia miała sceptyczny stosunek do mężczyzn i na większość panów reagowała właśnie wrzaskiem. Nie inaczej było właśnie podczas tych zajęć. Po wyjściu z sali basenowej nasza córcia się uspokoiła, ale przy każdej próbie wejścia z powrotem znowu zaczynała krzyczeć. Po trzech próbach daliśmy spokój i pojechaliśmy do domu. Spróbujemy za tydzień…

Te kilka fotek pochodzi z pierwszych zajęć,kiedy to na Kajcię zadziałał efekt nowości i zaskoczenia i chętnie bawiła się w wodzie. Na kolejnych zajęciach nie było już szans, żeby wyjąć aparat....

 

Przyjeżdżamy na kolejne zajęcia. Kajcia wyspana i najedzona ma dobry humor. Przebrałyśmy się w szatni, wchodzimy do pomieszczenia z basenem a Kajcia zaczyna znowu krzyczeć. Z wejściem do basenu wrzask się nasila. Wejście kolejnych rodziców z maluchami do wody tylko pogarsza sprawę. Widząc to Pan Kuba zaproponował, żebyśmy spróbowali przyjeżdżać na basen wcześniej tak, abyśmy byli sami i próbowali oswoić naszego małego krzykacza. W kolejnych tygodniach tak robiliśmy, aczkolwiek kiedy byliśmy sami było w porządku, ale kiedy tylko wchodził kolejny rodzic Kajcia głośno manifestowała swoje niezadowolenie. O tyle sytuacja była nietypowa, że w domu Kajcia bardzo lubiła się kąpać. Kiedy pojechaliśmy jednak do Aquaparku nasza córcia również nie chciała wejść do wody. Być może nie polubiła większych zbiorników wodnych (tylko w swojej wannie czuła się komfortowo), być może większe skupisko ludzi było dla niej nie do zniesienia, a być może czegoś się przestraszyła i na tyle sobie zakodowała to w głowie, że postanowiła już więcej nie kąpać się na basenie. Po kilku zajęciach więc zrezygnowaliśmy, bo widzieliśmy, że żadnego postępu nie ma. Sam Pan Kuba był zaskoczony, że Kajcia nie chce współpracować. Jak sam podkreślał, dzieci prędzej czy później przyzwyczają się do wody. Ale niestety nie w przypadku Kajci…

 

Postanowiłam napisać ten post, abyście wiedzieli, że nie każdy niemowlak jest psychicznie gotowy na zajęcia w basenie. Muszę przyznać, że jak szukałam jakiejś informacji na ten temat w Internecie nie znalazłam ani jednego artykułu mówiącego o tym, że są dzieci, które mają problem z zaadaptowaniem się w basenie. Gdybym o tym wiedziała, nie wykupowałabym całego kursu, ale poszłabym na 1-2 zajęcia do Aquaparku, aby sprawdzić gotowość swojego dziecka.

W każdym razie kolejna lekcja za nami…Od tego czasu minął prawie rok i zapisaliśmy Kajcię po raz drugi na kurs pływania. Co się zmieniło przez ten czas? Kajcia uwielbia wodę, ba nawet w Aquaparku wykąpie się bez problemu. Mamy nadzieję, że odnajdzie się również na kursie. Jeśli nie to przerwiemy i zrobimy trzecie podejście za rok. Nie sugerujcie się artykułami mówiącymi o tym, że na basen można chodzić z niemowlakiem od 3,4 miesiąca życia. Każde dziecko należy traktować indywidualnie, bowiem o ile fizycznie nie ma żadnych przeciwskazań, aby kilkumiesięczny maluch bawił się w wodzie, o tyle psychicznie nasza pociecha może nie być jeszcze gotowa.

Pamiętam, jak wychowywałam się na wsi zwierzęta domowe były naturalną częścią naszej egzystencji. Psy, koty, kury, gęsi i kaczki biegały po naszym podwórku, a obok u sąsiadów doglądaliśmy krowy i konie. Mojej dzieci takiej możliwości nie mają. Hubercik pamięta jeszcze kota Szekspira, który zdechł ze starości dwa lata temu. Kajcia natomiast nie miała możliwości współegzystencji ze zwierzątkiem, niemniej jednak miłość do czworonogów wyssała niemal z mlekiem matki. Od pierwszych miesięcy życia widok psa czy kota wzbudzał w niej wiele emocji. Potrafiła przyglądać się na zwierzęta kilkanaście minut i wydawać dźwięki na ich widok. Jednym z pierwszych słów było „ła-ła”, co oznaczało „chau-chau”. Ale tak naprawdę prawdziwą miłość nasza Kajcia poczuła do psa o imieniu „Czaruś” w jednej z agroturystyk, do której pojechaliśmy na początku tego roku. Co dziennie budziła się rano wołając „ła-ła” i po ubraniu się leciała do drzwi naszego pokoju, chcąc zejść na dół do salonu, bo tam przybiegał „Czaruś”. Jak piesek biegał na dworze to Kajcia siadała na schodach przy oknie patrząc na swojego przyjaciela i wołając go do środka. Po powrocie na słowo „Czaruś” reagowała płaczem, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać się po 2 tygodniach jeszcze raz do tej samej agroturystyki. Przyjaźń pomiędzy Kajcią i Czarusiem kwitła nadal do tego stopnia, że zaczęłam zastanawiać się na zaadoptowaniem jakiegoś zwierzątka…

Jednak przed podjęciem decyzji lubię zgłębić wiedzę na dany temat. Zaczęłam szukać różne informacje na temat wspólnego bytowania zwierząt i dzieci oraz ich wzajemnego oddziaływania. Muszę przyznać, że szczególną uwagę przykuł pewien artykuł: https://www.psychologytoday.com/us/blog/animals-and-us/201707/why-kids-pets-are-better

Autor dokonał przeglądu wyników 22 badań, z których wynika, że dorastanie ze zwierzętami domowymi wiąże się z wyższą samooceną, rozwojem poznawczym i umiejętnościami społecznymi (czyli tzw. inteligencją emocjonalną). Co takiego mają w sobie zwierzęta domowe, że czynią życie dzieci lepszym? Zwierzęta domowe redukują u dzieci stres, zapewniają wsparcie społeczne i towarzystwo oraz poprawiają umiejętności komunikacyjne najmłodszych.

Jednakże autor przywołuje także  badania opublikowane w 2017 roku w czasopiśmie Anthrozoös, które naświetliły wprawdzie, że dzieci, które wychowywały się razem ze zwierzęciem:

  • Cieszą się lepszym stanem zdrowia
  • Są bardziej posłuszne
  • Są bardziej aktywne fizycznie
  • Są mniej humorzaste
  • Mają mnie problemów z nauką

Jednakże podczas badań zwrócono uwagę, że dzieci, które miały psa lub kota, pochodzą z bogatszych rodzin. Dlatego zaczęto zastanawiać się czy fakt posiadania zwierzęcia jest czynnikiem kluczowym wpływającym na rozwój dziecka. Po rozszerzeniu więc analizy badań o  czynniki socjo-ekonomiczne okazało się, że najmłodsi wychowujący się ze zwierzętami domowymi cieszą się lepszą kondycją zdrowotną, ale nie dlatego, że posiadają czworonoga, ale dlatego, że pochodzą z zamożniejszych domów i nie są członkami grup mniejszościowych.

Jak zwykle więc każdy kij ma dwa końce. Co badanie, to inna konkluzja. Niemniej jednak radość z jaką moje dzieci podchodzą do zwierząt domowych skłania mnie ku decyzji nabycia czworonożnego przyjaciela. Tym bardziej, że tak, jak wspomniałam sama wychowywałam się z czworonogami u boku. Co mi to dało? Przede wszystkim ogromną radość i przyjaźń. Po drugie, nauczyło mnie to systematyczności i pewnych obowiązków. Po trzecie, zawsze lubiłam się przytulać do swojego ulubionego pieska czy kotka. Nie mam pojęcia, czy dzięki przyjaźni ze zwierzętami stałam się mądrzejsza czy wykazuję wyższy poziom inteligencji emocjonalnej. Jedno jest pewne zwierzęta dają dzieciom dużo frajdy. A przy okazji jeśli będą zdrowsze lub się czegoś nauczą to tym bardziej uznam, że warto było…Musimy jednak rozważyć wszystkie za i przeciw. W zasadzie jedynym ograniczeniem są nasze częste wyjazdy. Jeśli uda nam się znaleźć rozwiązanie umożliwiające pogodzenie opieki nad zwierzęciem z naszą pasją podróżniczą to niedługo będzie nas więcej

Jakiś czas temu pisałam o rozszerzaniu diety mojej Kajci, której preferencje nie wpisywały się w żadne schematy żywieniowe: https://www.judytaszkudlarek.pl/rozszerzanie-diety-niemowlaka-nikt-nie-mowil-ze-bedzie-latwo.html. Wprowadzanie pokarmów było prawdziwą drogą przez mękę. Nie pomagały ciapki, BLW ani żadne inne sposoby. Za kilka dni Kajcia kończy 1,5 roku dlatego postanowiłam się z Wami podzielić dalszymi doświadczeniami żywieniowymi mojego małego uparciucha. Do dzisiaj moja córcia ma bardzo wysublimowane gusta i nie zadowoli się zbyt dużą ilością dań. Ale zaczynając od początku…

  • Moja Kajcia jest dzieckiem, które nie lubi próbować. Popatrzy na danie i albo jej przypadnie do gustu, albo nie. Wrażenia estetyczne są ważniejsze niż smak i aromat.
  • Kajcia lubi wyraziste smaki. Od początku rozszerzania diety musiałam jej przyrządzone posiłki lekko doprawiać pieprzem, solą i innymi przyprawami, ponieważ nie było mowy, aby zjadła coś mdłego. Zdaję sobie sprawę, że sól w przypadku dzieci nie jest zbyt zdrowa, ale wyszłam z założenia, że odrobina soli nikomu nie zaszkodzi, a ważniejsze dla mnie było, aby moja córcia miała pełny brzuszek. Obecnie Kajcia lubi lekko pikantne potrawy. Hitem naszej córki są wafle ryżowe o smaku papryki. W zasadzie nigdzie się bez nich nie ruszamy. Od maleńkości lubi ogórki kiszone. A podczas ostatniego wyjazdu na narty bardzo posmakowała jej zupa rybna, ale już sama ryba nie koniecznie.
  • Kajcia lubi ściśle określony sposób podania posiłku. Np. nie lubi obranego i pokrojonego jabłka. Za to chętnie je jabłko w całości ze skórką. Kanapki w całości nie ma mowy aby zjadła. Za to jak pokroję ją w kawałki i włożę do miseczki to Kajcia uwielbia nakładać je sobie na łyżeczkę i wsadzać do buzi.
  • Jeszcze do niedawna moja córcia nie zjadła jajka kurzego. Za to odkryłam, że uwielbia jajka przepiórcze.
  • Obecnie Kajcia jest miłośniczką wszelkich zup, ale nie przepada za drugimi daniami. Musi mieć naprawdę dobry dzień, aby zjeść coś na ciepło w postaci stałej.
  • Moja córcia niechętnie pije napoje z kubeczków czy bidonów, uwielbia za to picie z butelek. Mogą to być małe buteleczki dla dzieci z tzw. „dziubkiem” lub duże 1,5 litrowe. Te drugie nawet preferuje bardziej.
  • Dalej ważnym elementem w diecie mojej córci jest mleko, które musi mieć odpowiednią temperaturę. Nie może być letnie, tylko ciepłe. W przeciwnym razie zaczyna się plucie i krzyczenie „nie, nie, nie”
  • Preferencje mojego dziecka ulegają częstym zmianom. Tak, jak wspomniałam do niedawna Kajcia nie jadła jaj kurzych, a od dwóch tygodni jest ich miłośniczką. Jeszcze miesiąc temu moja córcia miała ściśle określony kanon zup, które spożywała. Obecnie zjada wszystkie.
  • Istotne dla mojej córci jest również miejsce i pora posiłku. To, co je w żłobku niekoniecznie smakuje jej w domu i na odwrót. Zupkę musi zjeść przed drzemką (tak, jak w żłobku). Kiedy próbowałam jej podać zupkę po drzemce, nie było szans, aby ją spożyła

Rozszerzanie diety Kajci nie było i nie jest łatwe, ale nauczyło mnie jednego. Trzeba znaleźć na dziecko sposób i być baaaaaaardzooooooooo cierpliwym….Koniecznie trzeba zaprzyjaźnić się z nawykami swojej pociechy. Odkrycie zasad mojej córci trwało nieraz kilka tygodni. Okupione było czasem frustracją i bezsilnością. Z zazdrością patrzyłam na dzieci koleżanek, które wszystko zjadały z prędkością światła. Moja Kajcia zawsze jadła małe porcje, a w pogotowiu musiałam mieć odciągnięte mleko, aby w ostateczności, jak już nic nie przypadło jej do gustu, zapełnić jej żołądeczek. Niejednokrotnie martwiłam się czy moja córcia jest dobrze odżywiona. Zrobiłam jej podstawowe badania krwi i okazało się, że jest okazem zdrowia. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba wsłuchać się dobrze w potrzeby swojego dziecka i nie robić nic na siłę. Zresztą w przypadku Kajci nie da się zrobić nic wbrew jej przekonaniom…

Hubercik rozpoczął swoją przygodę na nartach rok temu, mając 3,5 roku. O pierwszych jego szusach pisałam tutaj: https://www.judytaszkudlarek.pl/pierwsze-koty-za-ploty-czyli-uczymy-hubercika-jezdzic-na-nartach.html. W poprzednim sezonie chcieliśmy sprawdzić gotowość synka do jazdy na nartach. Okazało się, że synek załapał bakcyla i dopytywał kiedy będzie mógł znowu pojeździć. W tym roku postanowiliśmy więc dalej dokształcać Hubercika w tym kierunku. W Nowy Rok wybraliśmy się do Starego Gierałtowa właśnie z myślą o nartach. Miejscowość ta stanowi znakomitą bazę wypadową dla narciarzy:

  • do okolicznych Bielic jest około 10km,
  • do Czarnej Góry niecałe 12 km
  • do Kamienicy również niecałe 12 km

 

W Czarnej Górze przeważnie jest bardzo tłoczno, a my jakimiś super narciarzami nie jesteśmy więc wolimy raczej mniej ludne miejsca. Co więcej, ze względu na dzieci wolimy bardziej spokojne stoki. Polecone nam zostały Bielice. Kamienice też nam rekomendowano, ale akurat w czasie naszego pobytu stok był zamknięty.

W Bielicach stok jest może niezbyt długi, ale przyjazny dla średniozaawansowanych narciarzy. Znajduje się tutaj szkółka narciarska oraz wypożyczalnia sprzętu. Instruktora trzeba zarezerwować minimum z jednodniowym wyprzedzeniem. Koszt nauki z instruktorem wynosi 80 zł (przy rezerwacji wymagana jest zaliczka w wysokości 40 zł). O ile w zeszłym roku Hubercik trafił dydaktyka z bardzo dobrym podejściem do dzieci, o tyle w tym roku nie miał tyle szczęścia. Muszę przyznać, że po godzinnym instruktażu nasz synek się trochę zraził, ponieważ stwierdził, że Pan instruktor na niego krzyczał. Byłam zniesmaczona tą sytuacją, ponieważ zakładałam, że skoro ktoś pracuje z dziećmi, to powinien mieć odpowiednie predyspozycje ku temu. Nasz błąd polegał na tym, że nie dopytaliśmy o kwalifikacje instruktora w zakresie pracy z najmłodszymi.

Na szczęście rozczarowanie naszego synka nie trwało zbyt długo. Na drugi dzień rano wstał uśmiechnięty i zapytał się czy jedziemy na narty z zaznaczeniem, że chciałby, że tatuś go uczył jeździć a nie instruktor. Dobrze, że Hubercik nie zniechęca się do podejmowanych aktywności.

Kolejnym razem będąc również w Bielicach poprosiłam o instruktora z podejściem do dzieci. Tym razem Hubercik miał więcej szczęścia i trafił na Panią instruktor, która okazała się trafem w dziesiątkę. Nasz synek był bardzo zadowolony, ponieważ Pani instruktor była bardzo cierpliwa i chwaliła go za dobrze wykonane zadania.

Jeśli chodzi o postępy..za każdym razem widzimy jak Hubercik rozwija się w tym sporcie. Jedyną trudnością jaką napotyka to fakt, że nasz synek boi się upadać i za wszelką cenę chce złapać równowagę. Każde spotkanie z nartami owocuje jednak postępami, a my jesteśmy dumni, patrząc jak 4latek świetnie radzi sobie z tym sportem, zważywszy, że my z mężem uczyliśmy się jeździć na nartach mają prawie 30 lat.

Koło stoku znajduje się niewielki bar z kominkiem. Można tutaj zjeść smaczną zupę oraz napić się ciepłej herbaty. Jedynym mankamentem jest niewielki metraż pomieszczenia, co powoduje, że przy kilkunastu osobach robi się tutaj naprawdę tłoczno i nie ma miejsc do siedzenia.

Bielice jednak polecam jeszcze z jednego względu. Można podziwiać tutaj przepiękne widoki. Dzieci mogą w tym miejscu pojeździć na sankach. A dla przeciwników sportów zimowych polecam piękne trasy spacerowe. Jest to bardzo fajne miejsce dla rodzin z dziećmi. Przypadło nam tak bardzo do gustu, że na koniec stycznia postanowiliśmy tutaj wrócić.

Będąc w Starym Gierałtowie wybraliśmy się do Czech, aby zdobyć Ścieżkę Obłokach zimą (początek stycznia 2020).

Informacje jak dojechać do Ścieżki znajdziesz tutaj: https://www.dolnimorava.cz/pl/jak-dojechac-do-sciezki. Przyjechaliśmy na parking Relax & Sport Dolní Morava około 10 rano i bez problemu na parkingu można było znaleźć miejsce. Parking jest bezpłatny. Aby dostać się na Ścieżkę w obłokach są dwie możliwości:

  • Własnym samochodem wjazd nieco wyżej na płatny parking pod kolejką linową (tą opcję odradzamy z tego względu, że przy większym ruchu turystycznym może być problem ze znalezieniem miejsca pod kolejką. Co więcej, droga jest wąska i przy większej ilości samochodów robi się ciasno)
  • Pod kolejkę linową można dojechać bezpłatnym Skibusem, który kursuje co pół godziny.

My wybraliśmy tą drugą opcję. Skibus podwiózł nas pod samą kolejkę. Poza tym przejażdżka ski busem stanowiła również atrakcję dla naszych pociech. Przy kolejce zastała nas śnieżyca i silny wiatr, więc w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się, że na Ścieżkę uda się Grzesiu z Hubercikiem, a ja z Kajcią poczekamy w restauracji przy kolejce.

Bilety można zakupić w kasie znajdującej się po prawej stronie przy kolejce. Można płacić zarówno gotówką, jak i kartą. Cennik dostępny jest tutaj: https://www.dolnimorava.cz/pl/cennik

Pod Ścieżkę w obłokach wjeżdża się wyciągiem kanapowym dla narciarzy. Po opuszczeniu wyciągu kierować się należy w prawo na trasę widokową. 100 metrów dalej znajduje się punkt docelowy czyli drewniana Ścieżka w chmurach. Konstrukcja robi wrażenie. Ślimakiem podąża się w górę pod lekkim nachyleniem, oglądając dookoła widoki. W związku z zimową porą widoczność była ograniczona i rzeczywiście spacerowaliśmy w chmurach i mgle. Ekstremalne wrażenia potęgował silny mroźny wiatr. 4,5 letni Hubercik dzielnie szedł pod górę, aczkolwiek prosił, aby trzymać go za rękę, bo obawiał się porwania przez silne podmuchy.

Po drodze czekają na odwiedzających niespodzianki. W połowie drogi do wyboru jest podążanie dotychczasowym deptakiem lub wejście na poziom wyżej zmyślnie skonstruowanym tunelem uplecionym z liny. Wejście do tunelu robi wrażenie, ponieważ osoba wchodząca zbacza ze ścieżki i znajduje się zawieszona nad przepaścią. Ze względu na obawy Hubercika z tej opcji zrezygnowaliśmy i udaliśmy się na samą górę drewnianą ścieżką. Na samej górze można się cieszyć piękną panoramą, efektem bycia  w chmurze i satysfakcją z dotarcia na taką wysokość. A dla odważnych istnieje możliwość wejścia na przezroczystą podłogę utkaną z lin i spojrzenie w dół z wysokości kilkudziesięciu metrów.

Ostatnią atrakcją, niestety nieczynną zimą jest 100-metrowy zjazd tunelem z najwyższego punktu Ścieżki na dół. Po wejściu na szczyt tą samą drogą schodzi się na dół i wyciągiem kanapowym wraca do punktu wejścia.

Ścieżka w obłokach z małym dzieckiem

Na trasie spotkaliśmy kilka par z niemowlakami Część z nich maleństwo niosła w chuście ochraniającej przed zimnem. I rzeczywiście wybierając się na Ścieżkę w obłokach chusta jest lepszym rozwiązaniem, ponieważ bezpiecznie można wyciągiem kanapowym wjechać z maleństwem na górę i chusta chroni przed silnym wiatrem czy śnieżycą.

W przypadku wózka z gondolą wjazd wyciągiem na górę nie wchodzi w grę. W przypadku małej, składanej spacerówki można ją złożyć i wwieść na górę na ramieniu niczym narty. Po dotarciu na Ścieżkę w obłokach po samej ścieżce bez problemu można poruszać się wózkiem.

Ja z Kajcią, która miała w tym czasie niecałe 1,5 roku nie zdecydowałyśmy się na wjazd na górę z tego względu, że Kajcia jest bardzo wrażliwa na zimno i obawiałam się jej reakcji na tak silny wiatr i śnieżycę oraz fakt bycia na dużej wysokości. Ponadto, nasza Kajcia nie lubi mieć skrępowanych ruchów i sam fakt ubrania w strój zimowy potęgował jej niezbyt dobry humor. Dlatego zdecydowałyśmy się na dłuższą przerwę w restauracji, aby mogła pobiegać w samym dresiku w ciepłym pomieszczeniu.

Gdzie można zjeść?

Przy parkingu głównym znajduje się kilka restauracji i budek z jedzeniem. Ponadto, przy wjechaniu na parking przy wyciągu znajduje się restauracja, w której można zjeść dobry obiad, napić się kawy lub herbaty i skusić się na przepyszny deser.

Ścieżka w obłokach robi niesamowite wrażenie. Jak powiedział sam architekt tego dzieła Zdeňk Fránk „Wyjątkowość projektu polega na wykorzystaniu w dużej mierze drewna, co nie jest typowe dla konstrukcji tych rozmiarów. Konstrukcja wytwarza także nowy rodzaj przeżyć, gdzie człowiek uświadomi sobie jak mały jest w porównaniu z otaczającą przyrodą”.