Przeskocz do treści

Kobyla Góra kojarzy się przede wszystkim z Zalewem Blewązka, odwiedzanym często latem, bowiem można się w nim kąpać, a wokół Zalewu jest kilka plaż z miejscami do biwakowania. Zalew jednak przepięknie prezentuje się jesienią, a liczne ścieżki piesze i rowerowe, biegnące pośród lasów są znakomitym miejscem na aktywne spędzenie czasu.

Kobyla Góra- trochę historii

Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z XIV wieku. W 1387 roku zapisano, że właścicielem tej miejscowości jest Filip Mężyk z rodu Wieniawitów. Z roku 1422 pochodzą informacje o posiadanych przez Kobylą Górę 11 łanów ziemi, z których płacono czynsz. Wzmianki pochodzące z tego okresu świadczą o tym, że Kobyla Góra była miastem. Jednakże w XVIII wieku miejscowość utraciła prawa miejskie. W 1793 roku w wyniku rozbioru Kobyla Góra znalazła się w rękach pruskich. W tym czasie podstawą aktywności jej mieszkańców był handel, zwłaszcza po otwarciu szosy z Ostrzeszowa, przez Kobylą Górę do Sycowa i Wrocławia.

W 1879 roku niemal cała miejscowość spłonęła. W wyniku pożaru spłonęły niemal wszystkie budynki mieszkalne i gospodarcze. Jednakże udało się stosunkowo szybko odbudować Kobylą Górę. Do II połowy XIX wieku w miejscowości ogromne znaczenie pełniła społeczność żydowska. Jeszcze w latach 70. XIX wieku Żydzi stanowili 45% mieszkańców miasta.

Cmentarz żydowski

W 1920 roku na mocy traktatu wersalskiego miejscowość została włączona w skład Rzeczypospolitej Polskiej.

Zalew Blewązka

Zalew Blewązka

W 1976 roku rozpoczęto badania hydrologiczne pod budowę zbiornika wodnego na strumyku Meresznica. Prace zakończono w 1983 roku. Budowa zbiornika miała ogromne znaczenie dla rozwoju miejscowości. Budowa w pobliżu zalewu domków wypoczynkowych przyczynił się do spopularyzowania turystyki w tym regionie.

Zalew jest usytuowany pośród Wzgórz Ostrzeszowskich. Ma długość 900 m i maksymalną szerokość 520 m. Po prawej stronie zalewu zbudowana została ścieżka edukacyjna z tablicami, informującymi o historii miejsca, atrakcjach regionu oraz roślinności.

Zalew Kobyla Góra- atrakcje

Zalew Kobyla Góra odwiedzany jest przede wszystkim latem. Przyciąga okolicznych mieszkańców i turystów czystą wodą, plażami i świeżym powietrzem. My jednak lubimy zalew jesienią, kiedy jest tutaj znacznie spokojniej. Przede wszystkim wokół zalewu prowadzi ścieżka edukacyjna. Przebiega on pośród terenów leśnych i można ją przemierzyć pieszo lub na rowerach.

Po drodze można zjeść pyszny obiad w Drewnianej Chałupie. Jest to restauracja całoroczna. W sezonie letnim najlepiej jest zrobić rezerwację, bo o miejsce trudno.

Niedaleko restauracji jest plac zabaw i miejsca biwakowe, a także bar.

Jeśli chcesz spędzić dzień w pięknych okolicznościach przyrody, na świeżym powietrzu polecamy wybrać się w okolice Zalewu Blewązka. Wysiadając z samochodu czuję się różnicę w jakości powietrza. Dlatego zamiast siedzieć w domu polecam wyprawę do Kobylej Góry- niecałe 70 km od Wrocławia możemy delektować się pięknymi widokami i naprawdę czystym powietrzem.

 

 

Myślałam, że w Polsce nie jest w stanie mnie nic zaskoczyć. I bardzo się myliłam. Odwiedziny w Kłominie sprawiły, że nie ma dnia, abym nie myślała o tym miejscu. Zastanawiam się jak można było dopuścić do takiej sytuacji...

Zaczynając jednak od początku. Kłomino jest to miejscowość położona 22 km od Borne Sulinowo. Dojazd samochodem do miejscowości jest dość trudny ze względu na kiepską nawierzchnię. W przypadku aut z niskim nadwoziem odradzam dojazd na samo miejsce. Mimo, że Kłomin jest określany jako "miasto widmo", to miastem nigdy tak naprawdę nie był, ponieważ nie uzyskał praw miejskich.

Docierając na miejsce miałam wrażenie, że przeniosłam się w inną epokę. Do tej pory taki krajobraz znany był mi tylko z filmów wojennych lub science fiction. Miejscowość składa się z kilku pustostanów i wielkich zwałów gruzów. W niektórych pustostanach mieszkają rodziny, ale w ogromnym bloku tylko 2-3 mieszkania są zamieszkałe, a reszta czeka....czeka nie wiadomo na co...Miasto niegdyś zostało przeznaczone na 25 000 ludzi, a dzisiaj ich mieszkańców można zliczyć na palcach jednej ręki.

Kłomino- trochę historii

Miejscowość została założona przez Niemców w latach 30. XX wieku. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj obóz dla jeńców. Po wojnie miejscowość została przejęta przez wojska radzieckie i to właśnie za czasów armii radzieckiej miejsce to przeżywało swój rozkwit. Dobudowano tu kilka budynków, w których miała zamieszkać kadra oficerska. Zbudowano także sklepy, szpital oraz kino. Z drugiej strony wówczas rozebrano część budynków poniemieckich, a cegłę z tych obiektów wykorzystano m.in. do budowy Pałacu Kultury i Nauki.

Armia Rosyjska stacjonowała tutaj do końca 1992 roku.  W 1993 roku miejscowość przeszła pod polską administrację i zaczął się proces upadku tego miejsca. Obecnie pozostały już tylko 4 budynki.  Co się stało z resztą obiektów? Mienie zostało rozkradzione w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku. A od 2008 roku za zgodą władz lokalnych ma miejsce sukcesywne wyburzanie budynków.

Na przestrzeni lat pomysłów na zagospodarowanie tego terenu nie brakowało. Planowano tu zrobić więzienie, bazy wojskowe NATO czy ośrodek deportacyjny. Niestety żadna z tych koncepcji nie została zrealizowana. Kilka lat temu pojawiła się oferta sprzedaży całej miejscowości za 2 mln zł, ale chętnych nie było.

Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku można spotkać na mapie Europy takie miejsce. Zastanawia mnie jak można było pozwolić na totalne zniszczenie pięknie usytuowanej miejscowości? Dlaczego władze nic z tym faktem nie zrobiły i przymykały oko na rozgrabianie Kłomina? Według lokalnej ludności uważa się, że w latach 90. XX wieku "wpompowywano" pieniądze w górnictwo, hutnictwo, w inne miejscowości z "potencjałem", a na Kłomino brakło funduszy. Natomiast jaka jest prawda może się kiedyś dowiemy. W każdym razie obecna sytuacja nie pozostawia nadziei na to, że miejscowość kiedykolwiek się odrodzi. Raczej można sądzić, że za kilka lat zniknie z powierzchni ziemi.

Krótka historia zamku

Historia zamku Drahim związana jest z zakonem Templariuszy, który na tereny dzisiejszego Starego Drawska został sprowadzony pod koniec XIII wieku. Ich zadaniem była obrona tych ziem przed agresją brandenburską. Templariusze na swoją osadę wybrali obszar tuż przy istniejącym Czaplinku, budując tutaj zamek. Po rozwiązaniu zakonu templariuszy cały majątek, na mocy decyzji papieża Klemensa V, przeszedł w zarząd zakonu joannitów. Zamek został w XIV wieku zniszczony przez Świętobora- księcia Szczecińskiego. W czasach panowania Brandenburczyków zamek był dewastowany. Mury rozebrano częściowo, z cegłę z rozbiórki wykorzystano do budowy pobliskich kościołów. Budowla popadała w ruinę do końca II wojny światowej. Dopiero wojnie objęty został ochroną konserwatorską i zaczęto prowadzić tutaj prace archeologiczne, które dostarczyły licznych informacji na temat tego miejsca.
Dziś można podziwiać tylko ruiny zamku, pięknie usytuowane nad jeziorem Drawskim. Na zamku odbywają się liczne imprezy historyczne, w tym także zloty templariuszy.

Informacje praktyczne:

  • Przy zamku znajduje się bezpłatny parking
  • Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 15 zł (mimo, że na stronie zamku jest informacja o koszcie 12 zł), dla dzieci i młodzieży uczącej się kosztuje 10 zł
  • Zamek w sezonie letnim czynny jest od 9 do 18 (mimo, że na stronie internetowej jest informacja, że zamek jest czynny od 10:00)
  • Na zamku można zobaczyć narzędzia tortur, komnatę czeskiego rycerza, studnię, stary piec, ul, żarna i...króliki (żywe króliki w klatkach)
  • Warto jednak wejść na taras widokowy, z którego rozpościerają się przepiękne widoki na jezioro Drawsko i Żerdno

  • Na przeciwko kościoła i zamku znajduje się plac zabaw z wiatami piknikowymi. Po zwiedzeniu obiektów historyczno- sakralnych udaliśmy się więc na piknik, a dzieci mogły pobawić się na placu zabaw

Góry Kamienne to pasmo w Sudetach Środkowych, usytuowane na pograniczu polsko- czeskim. Dzielą się one na: Góry Krucze, Czarny Las, Pasmo Lesistej i Góry Suche. Tym razem w niedzielny poranek postanowiłam wybrać się na wypad w kobiecym gronie, aby zdobyć Pasmo Lesistej, a przede wszystkim Dzikowiec Wielki (835 m n.p.m) i Sokółkę (800 m n.pm.m).

Dworzec w Boguszowie-Gorce

 

Wyprawę swoją rozpoczęłyśmy w Boguszów-Gorce. Do Boguszowa dojechałyśmy pociągiem z Wrocławia (to zaledwie 1 h 25' drogi z Wrocławia). Wsiadłyśmy o godzinie 9.30 w pociąg i około 11 dotarłyśmy na miejsce. Z dworca PKP kierujemy się w stronę ul. Kosynierów, następnie dochodzimy do ul. św. Barbary  i idziemy do końca tą ulicą, po czym wchodzimy w las. Znajdujemy zielony szlak, który prowadzi nas na Dzikowiec Wielki. Na szczycie na Dzikowcu Wielkim znajduje się drewniany podest, z którego rozpościerają się ładne widoki. Ale, żeby wejść na wieżę widokową trzeba iść do najbliższego rozwidlenia dróg i odbić w lewo około 500 metrów. Wieża widokowa nie znajduje się bowiem na samym szczycie. Zanim weszłyśmy na wieżę widokową odbiłyśmy w prawo i idąc szlakiem zielonym doszłyśmy do szczytu Sokółka, skąd można było podziwiać przepiękną panoramę.

Widoki z Sokółki
Widoki z Sokółki

Widoki z Sokółki

Tuż przy wieży widokowej znajduje się kolejka/wyciąg Ośrodka Sportowo- Rekreacyjnego. Kolejka niestety nie była czynna więc leśną drogą zeszłyśmy na dół. Na dole przy Ośrodku Sportowo-Rekreacyjnym znajduje się plac zabaw dla dzieci i punkt gastronomiczny, w którym serwują przepyszne placki ziemniaczane.

Z Ośrodka udałyśmy się na dworzec PKP Boguszów -Gorce Wschód. O 18.30 miałyśmy pociąg do Wrocławia. To był super dzień. Spędzony w miłym towarzystwie, ale bez tłumów i kolejek jak na Szczeliniec Wielki. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi takie miejsca zapomniane przez innych, a eksplorowane z ogromną radością. Gdzie można delektować się ciszą i spokojem. Gdzie napotkany człowiek to rzadkość i jednocześnie przyjemność.

Widoki z Sokółki
Widoki z Sokółki
Widoki z Sokółki
Wieża widokowa na Dzikowcu Wielkim (a w zasadzie obok Dzikowca)

Informacje praktyczne:

  1. Jeśli chcesz spędzić dzień bez tłumów turystów to ta trasa jest zdecydowanie dla Ciebie.
  2. Trasa nie nadaje się dla wózków dziecięcych
  3. Wieża widokowa jest bezpłatna
  4. Sokółka to jest "must be" każdego, kto znajdzie się w okolicy. Z Sokółki rozpościerają się przepiękne widoki.

Kraina Wygasłych Wulkanów znajduje się między Jelenia Górą a Złotoryją, 1.5 godziny drogi od Wrocławia, w regionie Gór i Pogórza Kaczawskiego. Wprawdzie działalność sejsmiczna na tych terenach miała miejsce 250 milionów, aczkolwiek miejsce wciąż jest inspirujące z kilku względów. Po pierwsze, ciekawe jest ukształtowanie terenu. Łagodne wzniesienia, pokryte skałami bazaltowymi, są wspaniałymi miejscami do zdobycia z maluchami. Najwyższy wygasły wulkan- Ostrzyca liczy 499 m n.p.m (chociaż niektóre źródła podają 501 m n.p.m). Po drugie, Kraina Wygasłych Wulkanów to obszar interesujący pod względem historycznym. Pogórze Kaczawskie było niegdyś ważnym ośrodkiem ekonomicznym. Bogactwo zasobów naturalnych przyczyniło się do tego, że region prężnie się rozwijał. A bogate obszary wymagały ochrony, dlatego wznoszono tu liczne budowle warowne, które można podziwiać do dnia dzisiejszego. Po trzecie, miejsce pobudza wyobraźnię najmłodszych. Kiedy powiedzieliśmy Hubercikowi, że jedziemy do Krainy Wygasłych Wulkanów, zasypał nas mnóstwem pytań: a czy te wulkany jeszcze wybuchają? A czy na górze jest dziura? A czy są tam skały? Itd....

 

Ostrzyca Proboszczowicka
Tym razem postanowiliśmy zdobyć Ostrzycę. Zdobyć to może zbyt wielkie słowo, bo wzniesienie jest niewielkie, ale zmęczyć się odrobinę można, a dzieci nie będą zbyt mocno marudzić. Ostrzyca przyciąga uwagę swoim wulkanicznym kształtem.  A ze szczytu można podziwiać przepiękne widoki. Ze wzniesieniem związane są liczne opowieści i legendy. Przypuszcza się, że Ostrzyca w czasach kultury łużyckiej mogła być ośrodkiem pogańskiego kultu. Jedna z legend głosi, że Ostrzyca w okresie wojny 30-letniej była zamieszkiwana przez pustelnika, który uratował ówczesnego Pana Proboszczowa von Redern wraz z całą jego rodziną, kiedy wpadli w ręce złowrogich wojsk.

W 1998 roku utworzono tutaj Obszar Chroniony Krajobrazu "Ostrzyca Proboszczowicka". Zajmuje on teren o powierzchni 1190 ha. Przez obszar przepływają rzeki Czermnica i Skora oraz kilka potoków i cieków. Teren poza unikalnymi walorami przyrodniczymi posiada liczne walory rekreacyjne i turystyczne, w tym szlaki "Wygasłych Wulkanów" i "Zamków Piastowskich".

Informacje praktyczne:

1. Polecam nawigację nastawić na wieś Proboszczów, a nie Ostrzycę Proboszczowicką, bo wyjedziemy w miejsce odległe o 30 km. We wsi Proboszczów (jadąc od strony wsi Sokołowiec) za Kościołem należy skręcić w lewo i jedziemy kierując się żółtymi znakami z napisem "Ostrzyca Proboszczowicka". Najpierw docieramy do pierwszego parkingu, gdzie możemy zostawić samochód. Można jednak również podjechać trochę dalej i zaparkować auto przy wiecie piknikowej.
2. Droga nie nadaje się dla wózków dziecięcych, ponieważ fragmentami podejścia są strome. Zdecydowanie polecamy nosidełko.
3. Na szczyt prowadzi szlak żółty, idealny dla najmłodszych. Czas wejścia z dziećmi- około 45 minut


4. Miejsce nie jest tłoczne. Byliśmy w kwietniową sobotę i naprawdę na szlaku spotkaliśmy kilka osób
5. Po zejściu rozpaliliśmy ognisko i zrobiliśmy sobie piknik na dole. Wszyscy ze smakiem zjedliśmy pieczoną na ognisku kiełbaskę, a dzieci miały niesamowitą radość.

41

Tym razem postanowiłam napisać na nieco inny temat. Chciałabym podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami związanymi z bardzo rzadką chorobą – xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy), którą zdiagnozowano u naszego 5-letniego synka. Ten post piszę, mając nadzieję, że komuś pomogę. My przeszliśmy długą drogę zanim usłyszeliśmy diagnozę, a następnie sami szukaliśmy pomocy, bo lekarz prowadzący we Wrocławiu nie przekazał nam żadnych informacji dotyczących choroby. Ale zaczynając od początku…

W lutym 2020 u synka nad czołem w owłosionej części głowy zobaczyliśmy małego strupka. Po dwóch tygodniach, widząc, że strupek nie odpada zaniepokoiło to nas. Poszliśmy więc do dermatologa. Pani dermatolog nie wiedziała do końca co to jest, ale profilaktycznie zaleciła smarowanie miejsca Tribioticem. Po posmarowaniu kilka razy zmienionego chorobowo miejsca, zmiana zaczęła rosnąć. Udaliśmy się więc na kontrolę do innej Pani dermatolog (polecanej na portalu znany lekarz.pl). Pani po obejrzeniu poinformowała nas, że nie spotkała się z taką zmianą i zaleca nam konsultacje z dermatologiem w stopniu profesorskim z Akademii Medycznej. Podała nam nazwisko jednego z profesorów. Niestety zbiegło się to w czasie z wybuchem pandemii i lockdownem. Zadzwoniliśmy do wskazanego Pana Profesora, ale poinformował nas, że nie przyjmuje pacjentów i nie udziela teleporad. Kilku innych profesorów też odmówiło nam zbadania Hubercika. Jeszcze inni udzielili nam teleporad, za które zapłaciliśmy 200-250 zł, a z których nic nie wynikało. W końcu koleżanka poleciła nam pewnego chirurga z Siechnic, który zgodził się przyjąć nas osobiście. Po obejrzeniu zmiany nie był pewny co to jest, ale stwierdził, że raczej nic groźnego i zalecił smarowanie miejsca kolejną maścią z antybiotykiem. Zasugerował jednak jeszcze konsultację z lekarzem dermatologiem, aby obejrzał zmianę. Po zastosowaniu przepisanej maści zmiana zaczęła ponownie rosnąć. Zaczęłam więc obdzwaniać po kolei dostępnych na stronach internetowych  lekarzy dermatologów dziecięcych i po kilkunastu wykonanych telefonach w końcu znalazł się jeden, który zdecydował się nas przyjąć. Zaznaczę, że to był już kwiecień, zmiana cały czas rosła, a my dalej nie wiedzieliśmy co to jest. Na własną rękę robiliśmy badania krwi czy wymaz w kierunku grzybicy. Wszystkie badania wychodziły prawidłowo, a zmiana stawała się coraz bardziej czerwona, przekrwiona.

Pomimo sugestii kilku lekarzy, że zmianę należy wyciąć, nie mogliśmy tego zrobić, ponieważ prywatne kliniki były zamknięte, a w szpitalach terminy były dość odległe. Na kolejnej konsultacji lekarskiej usłyszeliśmy, że jest to na 99% jest to rogowiak kolczystokomórkowy (nowotwór niezłośliwy). Ale lekarz badający zasugerował konsultacje jeszcze z innym dermatologiem, który potwierdziłby tą diagnozę.  Gdzie jednak mieliśmy udać się na konsultację, w sytuacji, gdy większość lekarzy nie przyjmowała? Wtedy koleżanka poleciła nam znanego profesora chirurga onkologa z Wrocławia, który ma własną klinikę. Zadzwoniłam do tej kliniki natychmiast, ale Pani sekretarka poinformowała mnie, że klinika jest zamknięta z powodu lockdownu. Wtedy straciłam kontrolę nad swoimi emocjami, rozpłakałam się, opowiedziałam jej naszą historię i zapytałam co mamy zrobić? Pani zlitowała się i zaproponowała napisanie maila z opisem sytuacji oraz zdjęciami zmiany na adres kliniki, a ona przekaże informację Profesorowi oraz poprosi go o kontakt ze mną. Jakie było moje zdziwienie,  jak 2 godziny później Profesor do mnie oddzwonił i poinformował, że zajmie się leczeniem Hubercika.

Umówiliśmy się, że codziennie będziemy przesyłać mu zdjęcia narośli na skórze, a on z żoną, która jest dermatologiem będą nam mówić, co mamy robić. W pierwszej kolejności zaproponował przeleczenie Hubercika antybiotykiem, żeby wykluczyć nadkażenie bakteryjna. Po podaniu antybiotyku doustnie zmiana znowu zaczęła rosnąć. Ewidentnie „to coś” nie lubiło antybiotyków. Po każdym leku zmiana rosła i ożywała, stawała się bardziej czerwona,zaogniona. Po tym jak antybiotykoterapia nie pomogła, Pan Profesor postawił kolejną diagnozę- grzybica Kerion Celsis i przepisał 2-miesięczną kurację lekiem przeciwgrzybicznym Lamisil. Po kilku tygodniach przyjmowania leku zmiana zaczęła nieznacznie się zmniejszać i obsuszać od góry. Mieliśmy nadzieję, że w końcu diagnoza jest trafiona. Ale po dwóch miesiącach przyjmowania leku zmiana nadal nie odpadła, a Hubercik skarżył się na bóle brzucha, ponieważ lek nie był obojętny dla organizmu. Co więcej, pewnego dnia synek uderzył głową w parapet, w wyniku czego zmiana się naderwała. Po uderzeniu okazało się, że zmiana jest mocno ukrwiona. Powiem szczerze, po zobaczeniu synka zalanego całego krwią nie miałam wątpliwości, że grzybica to nie jest. Krwotok był niewspółmiernie za duży do wielkości zmiany. Moja intuicja podpowiadała mi, że jednak nie idziemy w dobrym kierunku. Zadzwoniłam więc do Pana Profesora, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami. W związku z tym, że obostrzenia zostały w owym czasie złagodzenie Profesor zaproponował wycięcie zmiany. Zdecydowaliśmy się więc na jej wycięcie prywatnie. Nie chcieliśmy Hubercika narażać na kilkudniowy pobyt w szpitalu. Ponadto, w czasach pandemii nie chcieliśmy zarazić się koronawirusem. A po trzecie, w razie, gdyby okazało się, że jest to, coś poważnego, chcieliśmy być nadal prowadzeni przez tego Profesora.

3 czerwca 2020 Hubercik miał zabieg wycięcia zmiany pod narkozą. Pobrany został wycinek do badania histopatologicznego. Wynik mieliśmy otrzymać po 2 tygodniach.  W rezultacie czekaliśmy na wynik prawie 4 tygodnie, po czym usłyszeliśmy, że jest to „xanthogranuloma juvenile- zmana łagodna”.

Muszę przyznać jednak, że jak każdy dociekliwy rodzic wrzuciłam tą nic nie mówiącą mi nazwę w wyszukiwarkę internetową i natrafiłam na artykuł Profesor Anny Raciborskiej z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie na ten temat: https://imid.med.pl/pl/dzialalnosc-kliniczna/dzialkliniczna/kliniki/klinika-onkologii-i-chirurgii-onkologicznej/juvenile-xantogranuloma, z którego dowiedziałam się więcej o zdiagnozowanej chorobie. Co więcej, zmroziło mnie, kiedy przeczytałam, że choroba może mieć także charakter złośliwy, atakując organy wewnętrzne.

Czym jest xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy)?

Xanthogranuloma juvenile należy do chorób z grupy histiocytotyz. Histiocytoza to choroba układu krwiotwórczego. Xanthogranuloma juvenile objawia się najczęściej zmianami skórnymi. Zmiany mogą występować jako pojedyncze ogniska lub mnogie. Występuje najczęściej u niemowląt i małych dzieci, częściej u chłopców. Jednakże zdarzają się również przypadki zachorowań wśród osób dorosłych. Początkowo zmiany są gładkie i różowe, ale później mogą stawać się żółtawe i mogą się obłuszczać. Większość z nich ma średnicę 0,5 cm, ale mogą dochodzić nawet do 2 cm. Mogą pojawić się w dowolnym miejscu na ciele, ale najczęściej występują na twarzy i szyi. Większość z tych zmian nie wymaga usunięcia, a zanika po 2-3 latach. Jednak jak poinformowano nas w Instytucie Matki i Dziecka, często rodzice decydują się na usunięcie chirurgiczne zmiany ze względów estetycznych. Xanthogranuloma juvenile często ma przebieg łagodny, ale zdarzają się odmiany groźniejsze tej choroby, które atakują oczy, prowadząc do ślepoty czy inne organy takie, jak płuca, wątroba czy śledziona. Postać pozaskórna tej choroby może wymagać leczenia takiego, jak np. chemioterapia. Prawdziwa etiologia choroby nie jest do końca znana.

Xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy)- gdzie leczyć?

Po przeczytaniu artykułu Profesor Anny Raciborskiej napisałam maila do Instytutu Matki i Dziecka (IMID) z opisem naszej historii oraz pytaniem, co mamy dalej robić. Po kilku godzinach otrzymałam odpowiedź z zaproszeniem na konsultację do IMID-u za 2 tygodnie. Oczywiście zdecydowaliśmy się na tą konsultację, podczas której Hubercik został zbadany dokładnie. Wykonano mu poszerzone badania krwi, USG głowy w miejscu wyciętej zmiany, USG węzłów chłonnych i brzucha. USG głowy wykazało, że zmiana nie została dobrze wycięta i pozostał „pewien element”. Lekarze z Instytutu Matki i Dziecka długo zastanawiali się czy po raz kolejny narażać Hubercika na zabieg i dociąć „to coś”. Ale po naradzie zdecydowali się na docięcie. Sama Pani Profesor Raciborska poinformowała nas, że zdjęcia zmiany, które jej pokazaliśmy odbiegały od klasycznej postaci tej choroby i proponuje nam docięcie, aby mieć „czyste” pole do obserwacji.
24 sierpnia 2020 Hubercik miał kolejny zabieg w Warszawie. Tym razem zmiana została docięta całkowicie i kiedy pojechaliśmy po dwóch tygodniach od operacji do kontroli, kolejne USG potwierdziło, że w główce naszego synka nie ma nic, co budziłoby jakiekolwiek wątpliwości.

Niestety pojawiła się inna niepewność, bo USG brzucha wykazało, że Hubercik ma nieznacznie powiększoną śledzionę. I nie wiadomo czy jest wynik przebytej wcześniej infekcji czy konsekwencją xanthogranuloma juvenile. Kolejną konsultację mamy 3 grudnia 2020 (z powodu kwarantanny termin konsultacji przesunął nam się o miesiąc). Chcielibyśmy bardzo usłyszeć dobre wiadomości. Nie muszę Wam mówić, że każda konsultacja to dla nas ogromny stres.

Co pół roku musimy również konsultować Hubercika u okulisty, ponieważ choroba w swojej agresywnej odmianie atakuje również oczy.

Tą historię piszę z nadzieją, że być może komuś w jakiś sposób pomogę. Choroba jest rzadka, ma różny przebieg, zmiany skórne również mogą wyglądać odmiennie, dlatego wielu lekarzy ma trudności z właściwą diagnozą. Powiem szczerze ta choroba to jak "tykająca bomba", która nie wiadomo czy i kiedy eksploduje. Jedno jest pewne. Już zawsze będziemy żyli w niepewności. Każde gorsze samopoczucie Hubercika rodzi w nas strach czy coś poważnego się nie dzieje. Im więcej czytam na jej temat tym więcej pytań się rodzi, na które nie mam odpowiedzi. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak modlić się i mieć nadzieję, że choroba naprawdę ma łagodny charakter

W pandemię każdy zapewne szuka miejsca niezbyt tłocznego. Dlatego tym razem wybór padł na Radunię (573 m n.p.m.), która jest drugim co do wielkości szczytem w Masywie Ślęży.

Geneza nazwy Radunia sięga XIII wieku. Po II wojnie światowej nazywana była Sępią Górą.  Niedaleko szczytu zachował się wał kultowy, który szacuje się, że powstał 400-300 lat p.n.e. Wał otaczał miejsce, w którym czczono bóstwo księżyca.

Na szczycie góry znajduje się Rezerwat Przyrody Góra Radunia. Celem jego utworzenia była ochrona rzadkich gatunków roślin.

Od 2014 roku formalnie wejście na sam szczyt Raduni jest zabroniony. W Rezerwacie Przyrody Góra Radunia ustawiona jest drewniana barierka oraz tablica informująca o zakazie wstępu. Szczerze mówiąc, postawienie drewnianego szlabanu i tablicy ma charakter symboliczny, ponieważ większość turystów nie respektuje zakazu i wędruje na szczyt Raduni, skąd podziwiać można piękne widoki.

Informacje praktyczne:

  • Na Radunię wchodziliśmy ze Słupic. W Słupicach przy Kościele należy skręcić w prawo. Kilkaset metrów za Kościołem znajduje się pole tuż, przy którym można zaparkować samochód
  • Na górę szliśmy cały czas niebieskim szlakiem
  • Droga nie jest przystosowana do przemierzania jej wózkiem niemowlęcym. Momentami ścieżka jest wąska i stroma
  • My na Radunię wybraliśmy się około godziny 9. O tej porze na szlaku było zaledwie kilka osób. Podczas schodzenia mijaliśmy nieco więcej osób, ale w porównaniu ze Ślężą Radunia nie jest tak bardzo zatłoczona. Nie mówiąc, że wystarczy nieco zboczyć ze szlaku i wówczas można spacerować w zupełnej samotności.

Lubię, gdy podczas podróży „coś” zainspiruje mnie do dalszych poszukiwań. Bloga traktuję nie tylko jako sposób na opisanie swoich wyjazdów, ale też bodziec do zgłębiania wiedzy, poszukiwań, refleksji, które pozostaną we mnie na całe życie. Niewątpliwie spotkanie z Władysławem Orkanem, a raczej pamięcią o nim w Gorcach było jednym z bardziej inspirujących spotkań.

Kim był Władysław Orkan?

Władysław Orkan

Władysław Orkan był poetą i publicystą. Urodził się pod koniec XIX wieku w Porębie Wielkiej. Jego prawdziwe imię i nazwisko to Franciszek Salezy Smaciarz. Pisał jednak pod pseudonimem literackim jako właśnie Władysław Orkan. Podczas I wojny światowej służył jako żołnierz IV Pułku Legionów. Wrócił szczęśliwe z wojny, a matka poety z radości, że zobaczyła syna żywego ufundowała kapliczkę tuż obok rodzinnego domu, którą można podziwiać do dnia dzisiejszego.

Kapliczka ufundowana przez matkę Orkana po jego powrocie z wojny

Poeta zmarł w 1930 roku w Krakowie na zawał serca, a pochowany został na cmentarzu w Zakopanem. To właśnie w Zakopanem spędził znaczną część życia. Wyjeżdżał tam przede wszystkim zimą, ponieważ jego dom w Porębie Wielkiej nigdy nie został ocieplony.

Orkan miał jedną córkę – Zosię, która zmarła bardzo młodo na białaczkę (zmarła w tym samym roku co ojciec).

Córka Władysława Orkana- Zosia

Dom Władysława Orkana współcześnie

Dom Władysława Orkana, Orkanówka
Tablica upamiętniająca poetę umieszczona przy wejściu do muzeum
Oryginalne meble, używane przez poetę

Będąc w Gorcach warto udać się do „Orkanówki” – muzeum Władysława Orkana, które mieści się w dawnym domu poety. Muzeum jest magiczne. Można zobaczyć tutaj meble, użytkowane przez poetę. Można podziwiać zdjęcia ukazujące sceny z życia Władysława Orkana.  Na ścianach wiszą oryginalne obrazy, namalowane przez Orkana. W muzeum znajdują się także plakaty, propagujące wydarzenia z udziałem poety. Ale to co, urzekło mnie szczególnie, to usytuowanie „Orkanówki” wśród pięknego górskiego krajobrazu. Muzeum znajduje się na wysokości 750 m n.p.m. Widoki z tarasu poety zapierają dech w piersiach.

Widoki wokół Orkanówki
Widoki wokół Orkanówki

Orkan był naturalistą. W swoich dziełach opisywał górską przyrodę oraz dokonywał analizy życia wiejskiego. Nie bał się poruszać trudnych tematów, jak nędza i ubóstwo. Wskazywał na czynniki, które uniemożliwiają postęp społeczny. Do jego najbardziej znanych utworów należą:

  • „Nowele”
  • Opowiadania „Nad urwiskiem”
  • Powieść „Komornicy” i „W roztokach”
  • Dramat „Ofiara” i „Wojna i Kara”
Dzieła poety

Informacje praktyczne

  • Adres muzeum: Muzeum Biograficzne Władysława Orkana "Orkanówka" w Porębie Wielkiej, Poręba Wielka 109, 34-735 Niedźwiedź
  • Przed muzeum nie należy spodziewać się oficjalnego parkingu. My zaparkowaliśmy w polu tuż przy kapliczce ufundowanej przez matkę poety
  • Muzeum jest czynne codziennie od 9.00 do 16.00 oprócz niedziel i poniedziałków. Gdy tylko zbliżaliśmy się do „Orkanówki” zobaczyła nas Pani Jadwiga Zapała, która mieszka w pobliżu Domu Poety, a która jest kustoszem muzeum. Po wpuszczeniu nas do środka z fascynacją opowiedziała nam historię Władysława Orkana.
  • W muzeum można kupić pamiątki związane z tym wyjątkowym miejscem- albumy, biografie poety czy magnesiki z widokami górskimi

Władysław Orkan to prawdziwa legenda Gorców. Szczególnie wśród starszej części społeczności gorczańskiej pamięć o poecie jest wciąż żywa. Często w opowieściach o poecie wskazuje się także na doniosłą rolę matki, która robiła wszystko, aby jej syn został wykształcony. To ona potrafiła iść pieszo 70 km (nie stać ją było na korzystanie z transportu publicznego), aby zanieść synowi jedzenie.

Popiersie matki Orkana

To, co było dla mnie zaskoczeniem to fakt, że Władysław Orkan przyjaźnił się z Leopoldem Staffem oraz uczestniczył w wieczorkach literackich wraz z Władysławem Reymontem czy Janem Kasprowiczem. O ile jednak w szkole wiele uwagi poświęcało się (przynajmniej za moich czasów) Reymontowi, Staffowi czy Kasprowiczowi, to nie pamiętam ani jednej lekcji języka polskiego poświęconej Orkanowi. A szkoda… Bo był niesamowicie uzdolnionym poetą, publicystą i malarzem.

Jawor- drzewo zasadzone przez samego Władysława Orkana

 

 

 

Łazienki Królewskie

Łazienki Królewskie to przepiękny kompleks pałacowo- parkowy. XVIII- wieczny park zachwyca o każdej porze roku. Kilka lat temu miałam okazję zwiedzić park zimą, a teraz całą rodzinką wybraliśmy się do niego latem i możecie wierzyć, albo nie, ale o każdej porze roku ma on swój urok. Na zwiedzanie warto zarezerwować sobie kilka godzin, bowiem na dość dużym terenie można zobaczyć Pałac  i Teatr na Wodzie, Biały Domek czy Pomnik Fryderyka Chopina. Można również wziąć koc i odpocząć sobie na trawie. Dla dzieci bieganie po trawie sprawiło dużo radości. Niemal godzinę ganialiśmy się po murawie i dla 2-latki i 5-latka była to jedna z większych atrakcji tego dnia.

Łazienki Królewskie- trochę historii

Powstanie Łazienek Królewskich wiąże się z XVII wiekiem, a za ich ojca założyciela uznaje się Stanisława Lubomirskiego. Jednak to król Stanisław August Poniatowski w XVIII wieku nadał kompleksowi obecny kształt, czyniąc z niego swoją letnią rezydencję. To za jego panowania wzniesiono Pałac na Wodzie, który możemy podziwiać aktualnie. W budynku mieści się muzeum, w którym można podziwiać przedmioty właśnie z tamtego okresu.

Część parkowa powstała w XVIII wieku i łączy elementy francuskie z angielskimi. Dorodne drzewa, piękne krzewy i kwitnące kwiaty przyciągają uwagę nawet najbardziej wybrednych turystów. Szacuje się, że wiosną zakwita tutaj około 100 tys. kwiatów. Jest to jedno z najczęściej wybieranych miejsc przez Warszawiaków na spacery i odpoczynek i przyznam szczerze, że wcale się nie dziwię. Miejsce jest magiczne.

Łazienki Królewskie- atrakcje dla dzieci

  • Rejs gondolą- rejs kosztuje 10 zł dla dorosłych i 7 zł dla dzieci. Trasa nie jest długa- cały rejs trwa około 20-25 minut, ale dla dzieci niewątpliwie jest to ciekawa atrakcja. My nie rezerwowaliśmy wcześniej miejsc na rejs, pomimo dość dużej liczby odwiedzających w dniu wizyty nie mieliśmy trudności z zakupieniem biletów
  • Spacer pomiędzy alejkami, można zabrać ze sobą rower lub hulajnogę, dzięki czemu wyprawa z dziećmi przybierze na atrakcyjności
  • Z każdego spaceru staramy się zrobić lekcję historii, muzyki, przyrody, a więc będąc w Łazienkach Królewskich opowiedzieliśmy Hubercikowi kim był Fryderyk Chopin, co to są koncerty chopinowskie itd.
  • Biwak na trawie- gra w piłkę, berek, gra w planszówkę na świeżym powietrzu w naszym przypadku sprawdziły się znakomicie

Informacje praktyczne:

  • Tuż przy wejściu do Łazienek Królewskich, od strony stadionu Legii i Polskiego Radia znajduje się bezpłatny parking. Byliśmy tutaj w lipcowe popołudnie i nie było problemów z zaparkowaniem samochodu.
  • Wejście na teren kompleksu jest bezpłatny (wyjątek stanowią obiekty muzealne)
  • Do Łazienek Królewskich można wejść trzema bramami: od ulicy Alei Ujazdowskich, Myśliwieckiej i Gagarina
  • Na terenie kompleksu znajduje się kawiarnia oraz punkt z lodami dla dzieci. Chociaż muszę przyznać, że w upalne niedzielne popołudnie kolejka za lodami była tak duża, że zrezygnowaliśmy z tej atrakcji

Centrum Nauki Kopernik

Jest to kolejne miejsce, w którym trzeba zarezerwować sobie sporo czasu. My byliśmy w nim ponad 4 godziny i Hubercik ze smutkiem opuszczał to miejsce. W pierwszej kolejności udaliśmy się na Wystawę Bzzz…Pomimo, że jest ona dedykowana dzieciom do lat 5, a Hubercik skończył już 5 lat, to na tej wystawie podobało mu się bardzo dużo rzeczy i była to część zdecydowanie najbardziej dopasowana do jego predyspozycji wiekowych. W ramach wystawy Bzzz…jest strefa wodnych zabaw, można doświadczyć różnych dźwięków, można zbudować drzewo czy sprawdzić jak działa zapora wodna. Największej radości dostarczyło Hubercikowi budowanie tamy i zabawa działkiem wodnym. Ciekawym doświadczeniem był także domek iluzji, w którym mały człowiek wydaje się dużym, a dorosła postać jaki się jako mała. W ramach dostępnych doświadczeń można się przekonać np. ile krwi przetacza serce dorosłego człowieka w czasie 1 minuty. Podczas zwiedzania można się natknąć i poleżeć na łożu Fakira (mina Hubercika była bezcenna, kiedy uniósł się na setkach gwoździ). Ciekawość naszego synka wzbudziły także wirujące i opadające płachty materiału (zdumiewający widok nawet dla dorosłego człowieka).

Po zwiedzeniu części wystawowej udaliśmy się na film o gwiazdach. Seans trwał około pół godziny i odbył się w specjalnej kopule imitującej niebo. Pierwsza część filmu była interaktywna – lektor zachęcał dzieci do „kolorowania” i poprawiania widocznego na obrazie rysunku. W drugiej części filmu bohaterowie znani z Ulicy Sezamkowej opowiadali o gwiazdach i gwiazdozbiorach.

CNK to nie muzeum. Tutaj najmłodsi mogą wszystkiego dotknąć, powąchać – jednym słowem w CNK zdobywa się wiedzę przez doświadczenie.

Informacje praktyczne:

  • Bilety najlepiej jest kupić przez Internet. Cennik dostępny jest na stronie: https://www.kopernik.org.pl/wizyta/ceny-biletow. Na stronie: https://www.kopernik.org.pl/wizyta/godziny-otwarcia znajdziecie dni i godziny otwarcia
  • Można również nabyć bilety na miejscu w kasie, ale dotyczy to tylko biletów nie wyprzedanych przez Internet. Zawsze jest więc ryzyko, że możemy nie dostać już wejściówki do Centrum. My kupowaliśmy bilety przez Internet z 3-dniowym wyprzedzeniem w lipcu i nie było problemu z ich dostępnością. Co więcej, mieliśmy całkiem spory wybór jeśli chodzi o godzinę wejścia.
  • Samochód można zaparkować na płatnym parkingu podziemnym oraz na parkingu przy CNK (wzdłuż ulicy), również płatnym
  • Do CNK można dotrzeć również II linią metra- wysiąść należy na stacji Centrum Nauki Kopernik
  • Na terenie CNK funkcjonuje Bistro, w którym można zjeść dania obiadowe. Na pierwszym piętrze znajduje się Kawiarenka, z widokiem na Wisłę
  • Na wystawę Bzzz warto zabrać ze sobą ubranie na zmianę dla malucha, ponieważ dobra zabawa w tej strefie oznacza pobrudzone i mokre ubranie
  • W CNK można skorzystać z szatni lub zostawić rzeczy w szafkach (depozyt za 2 zl)

Cerkiew Prawosławna św. Jana Klimaka oraz cmentarz prawosławny

Cerkiew została zbudowana na początku XX wieku. Za jej fundatora uznaje się ówczesnego arcybiskupa warszawskiego Hieronima. W czasie II wojny światowej świątynia została zniszczona. Odbudowano ją dopiero w 1964 roku. Cmentarz prawosławny znajdujący się tuż obok Cerkwi jest największą prawosławną metropolią w Polsce. Spoczywa na nim wiele ważnych osobistości m.in. rosyjscy pisarze przełomu XIX i XX wieku.

Spacer od Warszawskiej Syrenki do Barbakanu

Kolejny dzień w Warszawie rozpoczęliśmy od spaceru. Podjechaliśmy II linią metra do stacji Centrum Nauki Kopernika i poszliśmy zobaczyć Syrenkę Warszawską. Oczywiście Hubercik zadał nam wiele pytań związanych z Syrenką: „a dlaczego syrenka wygląda tak dziwnie”, „a dlaczego ma miecz i tarczę?” itp. Muszę przyznać, że spodziewaliśmy się tego typu pytań i dzień wcześniej wieczorem przeczytałam sobie legendę właśnie o warszawskiej syrence, bo szczegółów nie pamiętałam. Jeśli chcecie również przypomnieć sobie historię Warszawskiej Syrenki zapraszam na stronę: https://warsawtour.pl/legenda-o-warszawskiej-syrence/

Następnie jeszcze raz przeszliśmy koło Centrum Nauki Kopernika i podążyliśmy w stronę Pałacu Prezydenckiego. Po drodze zatrzymaliśmy się przy skwerze Adama Mickiewicza, objaśniając naszemu synkowi kim był ów wieszcz. Stojąc przy Pałacu przypomnieliśmy Hubercikowi kim jest prezydent, dlaczego mieszka w Pałacu, kto jest obecnym Prezydentem itp. Temat był „na czasie”, ponieważ niedawno odbywały się wybory prezydenckie, więc dla Hubercika było to tylko przypomnienie.

Następnie spod Pałacu Prezydenckiego udaliśmy się na Krakowskie Przedmieście. Tam weszliśmy na taras widokowy dzwonnicy kościoła św. Anny, skąd roztacza się przepiękny widok na Stare Miasto. Na wieżę prowadzi około 150 schodów. Bilet wstępu na taras kosztuje 10 zł dla osoby dorosłej i 7 zł dla dziecka. Godziny otwarcia tarasu dostępne są na stronie: http://taraswidokowy.pl/#tickets. Następnie udaliśmy się na stare miasto, mijając po drodze Kolumnę Zygmunta III Wazy, Zamek Królewski w Warszawie, Bazylikę Archikatedralną, Rynek Starego Miasta, Pomnik Małego Powstańca, a następnie doszliśmy do Barbakanu. Po drodze zjedliśmy obiad, usiedliśmy w kawiarni na kawę i lody i w zasadzie spacer zajął nam większa część dnia. Po tak wyczerpującym spacerze wróciliśmy do domu na odpoczynek.

Pałac w Wilanowie

Pałac w Wilanowie został wzniesiony w XVII wieku z inicjatywy króla Jana III Sobieskiego i stał się jego letnią rezydencją. Rozbudowa pałacu trwała właściwie do śmierci króla i łączyła w sobie zarówno elementy francuskiej, jak i włoskiej architektury. Według koncepcji Jana III Sobieskiego Pałac miał składać się z budynku głównego i skrzydeł bocznych. Jednak za życia monarchy nie udało się zrealizować tej wizji władcy. Koncepcję Jana III realizowała jednak Elżbieta Sieniawska, która nabyła rezydencję po śmierci monarchy. Po śmierci Jana III pałac wielokrotnie zmieniał swoich właścicieli. Każdy z nich wniósł coś nowego do rezydencji. Wspomniana Elżbieta Sieniawska dokończyła dzieło twórcy pałacu, zlecając dobudowanie skrzydeł bocznych. August II Mocny, który przejął rezydencję w 1730 roku, skoncentrował się przede wszystkim na zmianie wystroju wnętrz. Izabela Lubomirska, która zarządzała dworkiem w połowie XVIII wieku, przyczyniła się do rozbudowy jego południowego skrzydła, jak również za jej rządów Wilanów tętnił życiem towarzyskim i kulturalnym.  Stanisław Kostka Potocki, kolejny właściciel pałacu, dobudował neogotycki obiekt, w którym założył pierwsze w Polsce ogólnodostępne muzeum.

Pałac pozostawał w rękach prywatnych do końca II wojny światowej, po czym został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Dla odwiedzających obiekt został jednak udostępniony dopiero w 1962 roku, po licznych pracach konserwatorskich. Od 1995 roku Pałac jest zarządzany przez Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

Pałac w Wilanowie nie uległ zniszczeniu podczas II wojny światowej i zachwyca swoim pięknem. Ma w całości charakter barokowy. Z przodu budynku wita nas napis Quod vetus urbs coluit, nunc nova villa tenet („Co starodawne miasto Rzym czciło, teraz nowa willa posiada”). Budynek zdobią liczne posągi i płaskorzeźby.

Tuż przy pałacu znajduje się kompleks parkowy, który jest prawdziwą perełką. W kompleksie tym można wyodrębnić kilka stref:

  • Gaj Akademosa- to tutaj można znaleźć pomnik Jana Kochanowskiego czy Franciszka Karpińskiego
  • Oranżerię
  • Barokowy ogród włoski, w którym znajdują się liczne rzeźby. Ta część ogrodu łączy się z pałacowym tarasem, gdzie podziwiać można powojenną fontannę
  • Park angielski, rozciągający się wzdłuż Jeziora Wilanowskiego. Można w nim znaleźć pompownię z XIX wieku (z niej pompowano wodę do fontann na terenie kompleksu), chińską altankę (miejsce spotkań) oraz mostek rzymski. Zobaczyć tutaj także można Pomnik Bitwy Raszyńskiej.

  • Park angielsko- chiński- tutaj można znaleźć obelisk z urną ku czci Ignacego Potockiego czy sarkofag Stanisława Kostki Potockiego.

Informacje praktyczne:

  • Na zwiedzanie pałacu i parku z dziećmi należy zarezerwować sobie kilka godzin
  • Przed pałacem znajduje się bezpłatny parking. My przyjechaliśmy tutaj około godziny 10 i nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca parkingowego.
  • Tuż przy parkingu znajduje się kilka restauracji i kawiarenek
  • Na terenie przypałacowego parku znajduje się kilka mobilnych kafejek, w których można napić się dobrej kawy
  • Zarówno zwiedzanie pałacu, jak i parku przypałacowego jest płatne. Cennik dostępny jest na stronie: https://www.wilanow-palac.pl/ceny_biletow.html. W czwartki zwiedzanie pałacu i parku jest bezpłatne. Należy tylko pobrać w kasie głównej wejściówki (ponieważ liczba zwiedzających o konkretnej godzinie jest limitowana)
  • Na stronie: https://www.wilanow-palac.pl/godziny_otwarcia_1.html dostępne są godziny otwarcia

Ogród Saski

Ogród Saski został otwarty dla zwiedzających w 1727 roku (wcześniej był ogrodem królewskim) przez króla Augusta II Mocnego. Był to pierwszy publiczny park w Polsce, a jeden z pierwszych w Europie. W XIX wieku powstał staw i wodozbiór według projektu Henryka Marconiego. Park pierwotnie był znacznie większych rozmiarów. Po II wojnie światowej jego powierzchnię znacznie zmniejszono.

Park obecnie stanowi piękny zielony teren w centrum Warszawy. Można tutaj zobaczyć 21 barokowych rzeźb z piaskowca, pochodzących z XVIII wieku oraz okazałą Fontannę Wielką zaprojektowaną również przez Henryka Marconiego. Niedaleko fontanny znajduje się plac zabaw. W parku odnaleźć można także okazałe drzewa, z których najstarsze mają ponad 250 lat.

Ogród Saski stanowił dla nas punkt początkowy w drodze na Plac Józefa Piłsudskiego, a następnie na Stare Miasto. Nie jest on zbyt dużych rozmiarów, ale ma swój urok. Dla dzieci niewątpliwą atrakcją była fontanna i plac zabaw

Taras widokowy na 30 piętrze Pałacu Kultury i Nauki

Na taras wjeżdża się windą. Z Tarasu rozpościera się przepiękny widok na Warszawę. Godziny otwarcia i cennik dostępne są na stronie: http://pkin.pl/strefa-turysty-taras-widokowy. Bilety można kupić zarówno online, jak i w kasie wewnątrz Pałacu. Przy wejściu na taras znajduje się kawiarnia, w której można delektować się pyszną kawą z widokiem na miasto.

Pole Mokotowskie

Pole Mokotowskie to ogromny kompleks parkowy usytuowany na obszarze trzech dzielnic: Śródmieścia, Mokotowa i Ochoty. W XIX wieku na terenie parku znajdował się poligon wojskowy. Nieco później znajdowało się tutaj lotnisko i tor wyścigów konnych. To w tym parku w 1935 roku miały miejsce uroczystości pogrzebowe marszałka Józefa Piłsudskiego.

Obecnie ten park z bogatą historią oferuje wiele atrakcji. Dzieci mogą pobawić się na dwóch placach zabaw. My mieliśmy okazję być na tym, który znajduje się przy wejściu od ulicy Batorego. Jest to plac zabaw ze słynnym samolotem, który dzieci uwielbiają. Plac znajduje się w samym słońcu więc w upalne dni trudno tutaj znaleźć odrobinę cienia.

Tuż przy placu zabaw znajduje się wypożyczalnia rowerów miejskich. Hubercik miał ogromną frajdę zwiedzając park na rowerze.

Na Polu Mokotowskim można urządzić biwak, napić się dobrej kawy z mobilnej kafejki czy pospacerować. Spędziliśmy tutaj bardzo miłe popołudnie, zakończone kolacją w amerykańskiej restauracji Jeffs: http://jeffs.com/. Jedzenie było wyśmienite, a dodatkowo restauracja posiada mały plac zabaw na zewnątrz  dla najmłodszych, więc mogliśmy spokojnie delektować się posiłkiem, podczas gdy nasze dzieci bawiły się na placu zabaw.

Park Edwarda Szymańskiego

Edward Szymański był poetą robotniczym, mieszkającym na Woli. Ku jego pamięci w tej części Warszawy powstał przepiękny park o powierzchni 27 ha. Można tutaj znaleźć siłownię, fontannę, oczka wodne oraz plac zabaw. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym miejscu popiersia samego patrona - Edwarda Szymańskiego.

Park Sowińskiego

Po przeciwnej strony Parku Edwarda Szymańskiego znajduje się Park Sowińskiego, który powstał w latach 1936-1937. W czasie II wojny został niemal całkowicie zniszczony. Odrestaurowany został dopiero w latach 60. XX wieku.

Na głównej alei parku znaleźć można pomnik generała Józefa Sowińskiego. Drzewostan parku liczy od 30 do 100 lat. W parku znajduje się także amfiteatr, w którym organizowane są imprezy rozrywkowo- kulturalne.

W parku znajduje się plac zabaw oraz miejsce do gry w koszykówkę.

Gdzie nocujemy w Warszawie?

My każdorazowo wybierając się do Warszawy rezerwujemy miejsce w apartamentach. Są one niedrogie (około 170 zł- 200 zł za całą rodzinę za dobę), komfortowe, położone w dogodnych lokalizacjach. Ofert apartamentów na stronach internetowych jest wiele. Nam jak dotąd najbardziej do gustu przypadły apartamenty Newburg https://www.newburg.eu/ przy ul. Wolskiej.

W pobliżu apartamentów znajduje się stacja metra, przystanek tramwajowy i autobusowy, restauracje z pysznym jedzeniem oraz Instytut Matki i Dziecka, do którego jeździmy.

Do Bielawy wybraliśmy się przede wszystkim, aby wejść na Górę Parkową. W związku z tym, że Góra jest niewielkich rozmiarów i spacer nie zajął nam zbyt długo pojechaliśmy nad Jezioro Bielawskie. Miejsce to jest fenomenalne z kilku względów.

  • Z jednej strony mamy tutaj kąpielisko, a z drugiej piękne widoki górskie.
  • Można skorzystać z piaszczystej plaży

  • Po drugiej strony plaży jest wysepka, na którą prowadzi molo, z wiatami piknikowymi

  • Można tutaj wypożyczyć sprzęt wodny (kajaki, rowerki wodne)- wypożyczalnia znajduje się od strony plaży
  • Po drodze na wysepkę znajduje się plac zabaw oraz food tracki z jedzeniem
  • Obok jeziora znajduje się basen z wodnym placem zabaw
  • Tuż przy placu zabaw znajduje się siłownia na świeżym powietrzu

Z tego względu, że na plaży było dość tłoczno (a w dobie pandemii unikamy jednak większych skupisk ludzi), udaliśmy się na wysepkę. Bez problemu znaleźliśmy tutaj wolną wiatę grillową. Od strony wyspy znaleźć można łagodne zejścia do wody w sam raz dla rodzin z dziećmi. Co więcej, na wyspie znaleźć można zacienione miejsce, których brak jest na plaży.

Informacje praktyczne:

  • Przy kąpielisku znajduje się bezpłatny parking
  • Wstęp na plażę i wyspę jest bezpłatny
  • Trudno znaleźć tutaj zacienione miejsca. Jedynie na wysepce można schronić się w cieniu drzew lub pod wiatą. Na plaży czy na placu zabaw nie ma takich miejsc.

Jezioro Bielawskie stanowi bardzo fajne miejsce na letni wypad nad wodę. Znajduje się zaledwie 55 km od Wrocławia, a w jednym miejscu znaleźć można bardzo dużo atrakcji dla osób w każdym wieku.