Przeskocz do treści

2

Tym razem postanowiłam napisać na nieco inny temat. Chciałabym podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami związanymi z bardzo rzadką chorobą – xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy), którą zdiagnozowano u naszego 5-letniego synka. Ten post piszę, mając nadzieję, że komuś pomogę. My przeszliśmy długą drogę zanim usłyszeliśmy diagnozę, a następnie sami szukaliśmy pomocy, bo lekarz prowadzący we Wrocławiu nie przekazał nam żadnych informacji dotyczących choroby. Ale zaczynając od początku…

W lutym 2020 u synka nad czołem w owłosionej części głowy zobaczyliśmy małego strupka. Po dwóch tygodniach, widząc, że strupek nie odpada zaniepokoiło to nas. Poszliśmy więc do dermatologa. Pani dermatolog nie wiedziała do końca co to jest, ale profilaktycznie zaleciła smarowanie miejsca Tribioticem. Po posmarowaniu kilka razy zmienionego chorobowo miejsca, zmiana zaczęła rosnąć. Udaliśmy się więc na kontrolę do innej Pani dermatolog (polecanej na portalu znany lekarz.pl). Pani po obejrzeniu poinformowała nas, że nie spotkała się z taką zmianą i zaleca nam konsultacje z dermatologiem w stopniu profesorskim z Akademii Medycznej. Podała nam nazwisko jednego z profesorów. Niestety zbiegło się to w czasie z wybuchem pandemii i lockdownem. Zadzwoniliśmy do wskazanego Pana Profesora, ale poinformował nas, że nie przyjmuje pacjentów i nie udziela teleporad. Kilku innych profesorów też odmówiło nam zbadania Hubercika. Jeszcze inni udzielili nam teleporad, za które zapłaciliśmy 200-250 zł, a z których nic nie wynikało. W końcu koleżanka poleciła nam pewnego chirurga z Siechnic, który zgodził się przyjąć nas osobiście. Po obejrzeniu zmiany nie był pewny co to jest, ale stwierdził, że raczej nic groźnego i zalecił smarowanie miejsca kolejną maścią z antybiotykiem. Zasugerował jednak jeszcze konsultację z lekarzem dermatologiem, aby obejrzał zmianę. Po zastosowaniu przepisanej maści zmiana zaczęła ponownie rosnąć. Zaczęłam więc obdzwaniać po kolei dostępnych na stronach internetowych  lekarzy dermatologów dziecięcych i po kilkunastu wykonanych telefonach w końcu znalazł się jeden, który zdecydował się nas przyjąć. Zaznaczę, że to był już kwiecień, zmiana cały czas rosła, a my dalej nie wiedzieliśmy co to jest. Na własną rękę robiliśmy badania krwi czy wymaz w kierunku grzybicy. Wszystkie badania wychodziły prawidłowo, a zmiana stawała się coraz bardziej czerwona, przekrwiona.

Pomimo sugestii kilku lekarzy, że zmianę należy wyciąć, nie mogliśmy tego zrobić, ponieważ prywatne kliniki były zamknięte, a w szpitalach terminy były dość odległe. Na kolejnej konsultacji lekarskiej usłyszeliśmy, że jest to na 99% jest to rogowiak kolczystokomórkowy (nowotwór niezłośliwy). Ale lekarz badający zasugerował konsultacje jeszcze z innym dermatologiem, który potwierdziłby tą diagnozę.  Gdzie jednak mieliśmy udać się na konsultację, w sytuacji, gdy większość lekarzy nie przyjmowała? Wtedy koleżanka poleciła nam znanego profesora chirurga onkologa z Wrocławia, który ma własną klinikę. Zadzwoniłam do tej kliniki natychmiast, ale Pani sekretarka poinformowała mnie, że klinika jest zamknięta z powodu lockdownu. Wtedy straciłam kontrolę nad swoimi emocjami, rozpłakałam się, opowiedziałam jej naszą historię i zapytałam co mamy zrobić? Pani zlitowała się i zaproponowała napisanie maila z opisem sytuacji oraz zdjęciami zmiany na adres kliniki, a ona przekaże informację Profesorowi oraz poprosi go o kontakt ze mną. Jakie było moje zdziwienie,  jak 2 godziny później Profesor do mnie oddzwonił i poinformował, że zajmie się leczeniem Hubercika.

Umówiliśmy się, że codziennie będziemy przesyłać mu zdjęcia narośli na skórze, a on z żoną, która jest dermatologiem będą nam mówić, co mamy robić. W pierwszej kolejności zaproponował przeleczenie Hubercika antybiotykiem, żeby wykluczyć nadkażenie bakteryjna. Po podaniu antybiotyku doustnie zmiana znowu zaczęła rosnąć. Ewidentnie „to coś” nie lubiło antybiotyków. Po każdym leku zmiana rosła i ożywała, stawała się bardziej czerwona,zaogniona. Po tym jak antybiotykoterapia nie pomogła, Pan Profesor postawił kolejną diagnozę- grzybica Kerion Celsis i przepisał 2-miesięczną kurację lekiem przeciwgrzybicznym Lamisil. Po kilku tygodniach przyjmowania leku zmiana zaczęła nieznacznie się zmniejszać i obsuszać od góry. Mieliśmy nadzieję, że w końcu diagnoza jest trafiona. Ale po dwóch miesiącach przyjmowania leku zmiana nadal nie odpadła, a Hubercik skarżył się na bóle brzucha, ponieważ lek nie był obojętny dla organizmu. Co więcej, pewnego dnia synek uderzył głową w parapet, w wyniku czego zmiana się naderwała. Po uderzeniu okazało się, że zmiana jest mocno ukrwiona. Powiem szczerze, po zobaczeniu synka zalanego całego krwią nie miałam wątpliwości, że grzybica to nie jest. Krwotok był niewspółmiernie za duży do wielkości zmiany. Moja intuicja podpowiadała mi, że jednak nie idziemy w dobrym kierunku. Zadzwoniłam więc do Pana Profesora, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami. W związku z tym, że obostrzenia zostały w owym czasie złagodzenie Profesor zaproponował wycięcie zmiany. Zdecydowaliśmy się więc na jej wycięcie prywatnie. Nie chcieliśmy Hubercika narażać na kilkudniowy pobyt w szpitalu. Ponadto, w czasach pandemii nie chcieliśmy zarazić się koronawirusem. A po trzecie, w razie, gdyby okazało się, że jest to, coś poważnego, chcieliśmy być nadal prowadzeni przez tego Profesora.

3 czerwca 2020 Hubercik miał zabieg wycięcia zmiany pod narkozą. Pobrany został wycinek do badania histopatologicznego. Wynik mieliśmy otrzymać po 2 tygodniach.  W rezultacie czekaliśmy na wynik prawie 4 tygodnie, po czym usłyszeliśmy, że jest to „xanthogranuloma juvenile- zmana łagodna”.

Muszę przyznać jednak, że jak każdy dociekliwy rodzic wrzuciłam tą nic nie mówiącą mi nazwę w wyszukiwarkę internetową i natrafiłam na artykuł Profesor Anny Raciborskiej z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie na ten temat: https://imid.med.pl/pl/dzialalnosc-kliniczna/dzialkliniczna/kliniki/klinika-onkologii-i-chirurgii-onkologicznej/juvenile-xantogranuloma, z którego dowiedziałam się więcej o zdiagnozowanej chorobie. Co więcej, zmroziło mnie, kiedy przeczytałam, że choroba może mieć także charakter złośliwy, atakując organy wewnętrzne.

Czym jest xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy)?

Xanthogranuloma juvenile należy do chorób z grupy histiocytotyz. Histiocytoza to choroba układu krwiotwórczego. Xanthogranuloma juvenile objawia się najczęściej zmianami skórnymi. Zmiany mogą występować jako pojedyncze ogniska lub mnogie. Występuje najczęściej u niemowląt i małych dzieci, częściej u chłopców. Jednakże zdarzają się również przypadki zachorowań wśród osób dorosłych. Początkowo zmiany są gładkie i różowe, ale później mogą stawać się żółtawe i mogą się obłuszczać. Większość z nich ma średnicę 0,5 cm, ale mogą dochodzić nawet do 2 cm. Mogą pojawić się w dowolnym miejscu na ciele, ale najczęściej występują na twarzy i szyi. Większość z tych zmian nie wymaga usunięcia, a zanika po 2-3 latach. Jednak jak poinformowano nas w Instytucie Matki i Dziecka, często rodzice decydują się na usunięcie chirurgiczne zmiany ze względów estetycznych. Xanthogranuloma juvenile często ma przebieg łagodny, ale zdarzają się odmiany groźniejsze tej choroby, które atakują oczy, prowadząc do ślepoty czy inne organy takie, jak płuca, wątroba czy śledziona. Postać pozaskórna tej choroby może wymagać leczenia takiego, jak np. chemioterapia. Prawdziwa etiologia choroby nie jest do końca znana.

Xanthogranuloma juvenile (żółtakoziarniniak młodzieńczy)- gdzie leczyć?

Po przeczytaniu artykułu Profesor Anny Raciborskiej napisałam maila do Instytutu Matki i Dziecka (IMID) z opisem naszej historii oraz pytaniem, co mamy dalej robić. Po kilku godzinach otrzymałam odpowiedź z zaproszeniem na konsultację do IMID-u za 2 tygodnie. Oczywiście zdecydowaliśmy się na tą konsultację, podczas której Hubercik został zbadany dokładnie. Wykonano mu poszerzone badania krwi, USG głowy w miejscu wyciętej zmiany, USG węzłów chłonnych i brzucha. USG głowy wykazało, że zmiana nie została dobrze wycięta i pozostał „pewien element”. Lekarze z Instytutu Matki i Dziecka długo zastanawiali się czy po raz kolejny narażać Hubercika na zabieg i dociąć „to coś”. Ale po naradzie zdecydowali się na docięcie. Sama Pani Profesor Raciborska poinformowała nas, że zdjęcia zmiany, które jej pokazaliśmy odbiegały od klasycznej postaci tej choroby i proponuje nam docięcie, aby mieć „czyste” pole do obserwacji.
24 sierpnia 2020 Hubercik miał kolejny zabieg w Warszawie. Tym razem zmiana została docięta całkowicie i kiedy pojechaliśmy po dwóch tygodniach od operacji do kontroli, kolejne USG potwierdziło, że w główce naszego synka nie ma nic, co budziłoby jakiekolwiek wątpliwości.

Niestety pojawiła się inna niepewność, bo USG brzucha wykazało, że Hubercik ma nieznacznie powiększoną śledzionę. I nie wiadomo czy jest wynik przebytej wcześniej infekcji czy konsekwencją xanthogranuloma juvenile. Kolejną konsultację mamy 3 grudnia 2020 (z powodu kwarantanny termin konsultacji przesunął nam się o miesiąc). Chcielibyśmy bardzo usłyszeć dobre wiadomości. Nie muszę Wam mówić, że każda konsultacja to dla nas ogromny stres.

Co pół roku musimy również konsultować Hubercika u okulisty, ponieważ choroba w swojej agresywnej odmianie atakuje również oczy.

Tą historię piszę z nadzieją, że być może komuś w jakiś sposób pomogę. Choroba jest rzadka, ma różny przebieg, zmiany skórne również mogą wyglądać odmiennie, dlatego wielu lekarzy ma trudności z właściwą diagnozą. Powiem szczerze ta choroba to jak "tykająca bomba", która nie wiadomo czy i kiedy eksploduje. Jedno jest pewne. Już zawsze będziemy żyli w niepewności. Każde gorsze samopoczucie Hubercika rodzi w nas strach czy coś poważnego się nie dzieje. Im więcej czytam na jej temat tym więcej pytań się rodzi, na które nie mam odpowiedzi. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak modlić się i mieć nadzieję, że choroba naprawdę ma łagodny charakter

W pandemię każdy zapewne szuka miejsca niezbyt tłocznego. Dlatego tym razem wybór padł na Radunię (573 m n.p.m.), która jest drugim co do wielkości szczytem w Masywie Ślęży.

Geneza nazwy Radunia sięga XIII wieku. Po II wojnie światowej nazywana była Sępią Górą.  Niedaleko szczytu zachował się wał kultowy, który szacuje się, że powstał 400-300 lat p.n.e. Wał otaczał miejsce, w którym czczono bóstwo księżyca.

Na szczycie góry znajduje się Rezerwat Przyrody Góra Radunia. Celem jego utworzenia była ochrona rzadkich gatunków roślin.

Od 2014 roku formalnie wejście na sam szczyt Raduni jest zabroniony. W Rezerwacie Przyrody Góra Radunia ustawiona jest drewniana barierka oraz tablica informująca o zakazie wstępu. Szczerze mówiąc, postawienie drewnianego szlabanu i tablicy ma charakter symboliczny, ponieważ większość turystów nie respektuje zakazu i wędruje na szczyt Raduni, skąd podziwiać można piękne widoki.

Informacje praktyczne:

  • Na Radunię wchodziliśmy ze Słupic. W Słupicach przy Kościele należy skręcić w prawo. Kilkaset metrów za Kościołem znajduje się pole tuż, przy którym można zaparkować samochód
  • Na górę szliśmy cały czas niebieskim szlakiem
  • Droga nie jest przystosowana do przemierzania jej wózkiem niemowlęcym. Momentami ścieżka jest wąska i stroma
  • My na Radunię wybraliśmy się około godziny 9. O tej porze na szlaku było zaledwie kilka osób. Podczas schodzenia mijaliśmy nieco więcej osób, ale w porównaniu ze Ślężą Radunia nie jest tak bardzo zatłoczona. Nie mówiąc, że wystarczy nieco zboczyć ze szlaku i wówczas można spacerować w zupełnej samotności.

Lubię, gdy podczas podróży „coś” zainspiruje mnie do dalszych poszukiwań. Bloga traktuję nie tylko jako sposób na opisanie swoich wyjazdów, ale też bodziec do zgłębiania wiedzy, poszukiwań, refleksji, które pozostaną we mnie na całe życie. Niewątpliwie spotkanie z Władysławem Orkanem, a raczej pamięcią o nim w Gorcach było jednym z bardziej inspirujących spotkań.

Kim był Władysław Orkan?

Władysław Orkan

Władysław Orkan był poetą i publicystą. Urodził się pod koniec XIX wieku w Porębie Wielkiej. Jego prawdziwe imię i nazwisko to Franciszek Salezy Smaciarz. Pisał jednak pod pseudonimem literackim jako właśnie Władysław Orkan. Podczas I wojny światowej służył jako żołnierz IV Pułku Legionów. Wrócił szczęśliwe z wojny, a matka poety z radości, że zobaczyła syna żywego ufundowała kapliczkę tuż obok rodzinnego domu, którą można podziwiać do dnia dzisiejszego.

Kapliczka ufundowana przez matkę Orkana po jego powrocie z wojny

Poeta zmarł w 1930 roku w Krakowie na zawał serca, a pochowany został na cmentarzu w Zakopanem. To właśnie w Zakopanem spędził znaczną część życia. Wyjeżdżał tam przede wszystkim zimą, ponieważ jego dom w Porębie Wielkiej nigdy nie został ocieplony.

Orkan miał jedną córkę – Zosię, która zmarła bardzo młodo na białaczkę (zmarła w tym samym roku co ojciec).

Córka Władysława Orkana- Zosia

Dom Władysława Orkana współcześnie

Dom Władysława Orkana, Orkanówka
Tablica upamiętniająca poetę umieszczona przy wejściu do muzeum
Oryginalne meble, używane przez poetę

Będąc w Gorcach warto udać się do „Orkanówki” – muzeum Władysława Orkana, które mieści się w dawnym domu poety. Muzeum jest magiczne. Można zobaczyć tutaj meble, użytkowane przez poetę. Można podziwiać zdjęcia ukazujące sceny z życia Władysława Orkana.  Na ścianach wiszą oryginalne obrazy, namalowane przez Orkana. W muzeum znajdują się także plakaty, propagujące wydarzenia z udziałem poety. Ale to co, urzekło mnie szczególnie, to usytuowanie „Orkanówki” wśród pięknego górskiego krajobrazu. Muzeum znajduje się na wysokości 750 m n.p.m. Widoki z tarasu poety zapierają dech w piersiach.

Widoki wokół Orkanówki
Widoki wokół Orkanówki

Orkan był naturalistą. W swoich dziełach opisywał górską przyrodę oraz dokonywał analizy życia wiejskiego. Nie bał się poruszać trudnych tematów, jak nędza i ubóstwo. Wskazywał na czynniki, które uniemożliwiają postęp społeczny. Do jego najbardziej znanych utworów należą:

  • „Nowele”
  • Opowiadania „Nad urwiskiem”
  • Powieść „Komornicy” i „W roztokach”
  • Dramat „Ofiara” i „Wojna i Kara”
Dzieła poety

Informacje praktyczne

  • Adres muzeum: Muzeum Biograficzne Władysława Orkana "Orkanówka" w Porębie Wielkiej, Poręba Wielka 109, 34-735 Niedźwiedź
  • Przed muzeum nie należy spodziewać się oficjalnego parkingu. My zaparkowaliśmy w polu tuż przy kapliczce ufundowanej przez matkę poety
  • Muzeum jest czynne codziennie od 9.00 do 16.00 oprócz niedziel i poniedziałków. Gdy tylko zbliżaliśmy się do „Orkanówki” zobaczyła nas Pani Jadwiga Zapała, która mieszka w pobliżu Domu Poety, a która jest kustoszem muzeum. Po wpuszczeniu nas do środka z fascynacją opowiedziała nam historię Władysława Orkana.
  • W muzeum można kupić pamiątki związane z tym wyjątkowym miejscem- albumy, biografie poety czy magnesiki z widokami górskimi

Władysław Orkan to prawdziwa legenda Gorców. Szczególnie wśród starszej części społeczności gorczańskiej pamięć o poecie jest wciąż żywa. Często w opowieściach o poecie wskazuje się także na doniosłą rolę matki, która robiła wszystko, aby jej syn został wykształcony. To ona potrafiła iść pieszo 70 km (nie stać ją było na korzystanie z transportu publicznego), aby zanieść synowi jedzenie.

Popiersie matki Orkana

To, co było dla mnie zaskoczeniem to fakt, że Władysław Orkan przyjaźnił się z Leopoldem Staffem oraz uczestniczył w wieczorkach literackich wraz z Władysławem Reymontem czy Janem Kasprowiczem. O ile jednak w szkole wiele uwagi poświęcało się (przynajmniej za moich czasów) Reymontowi, Staffowi czy Kasprowiczowi, to nie pamiętam ani jednej lekcji języka polskiego poświęconej Orkanowi. A szkoda… Bo był niesamowicie uzdolnionym poetą, publicystą i malarzem.

Jawor- drzewo zasadzone przez samego Władysława Orkana

 

 

 

Łazienki Królewskie

Łazienki Królewskie to przepiękny kompleks pałacowo- parkowy. XVIII- wieczny park zachwyca o każdej porze roku. Kilka lat temu miałam okazję zwiedzić park zimą, a teraz całą rodzinką wybraliśmy się do niego latem i możecie wierzyć, albo nie, ale o każdej porze roku ma on swój urok. Na zwiedzanie warto zarezerwować sobie kilka godzin, bowiem na dość dużym terenie można zobaczyć Pałac  i Teatr na Wodzie, Biały Domek czy Pomnik Fryderyka Chopina. Można również wziąć koc i odpocząć sobie na trawie. Dla dzieci bieganie po trawie sprawiło dużo radości. Niemal godzinę ganialiśmy się po murawie i dla 2-latki i 5-latka była to jedna z większych atrakcji tego dnia.

Łazienki Królewskie- trochę historii

Powstanie Łazienek Królewskich wiąże się z XVII wiekiem, a za ich ojca założyciela uznaje się Stanisława Lubomirskiego. Jednak to król Stanisław August Poniatowski w XVIII wieku nadał kompleksowi obecny kształt, czyniąc z niego swoją letnią rezydencję. To za jego panowania wzniesiono Pałac na Wodzie, który możemy podziwiać aktualnie. W budynku mieści się muzeum, w którym można podziwiać przedmioty właśnie z tamtego okresu.

Część parkowa powstała w XVIII wieku i łączy elementy francuskie z angielskimi. Dorodne drzewa, piękne krzewy i kwitnące kwiaty przyciągają uwagę nawet najbardziej wybrednych turystów. Szacuje się, że wiosną zakwita tutaj około 100 tys. kwiatów. Jest to jedno z najczęściej wybieranych miejsc przez Warszawiaków na spacery i odpoczynek i przyznam szczerze, że wcale się nie dziwię. Miejsce jest magiczne.

Łazienki Królewskie- atrakcje dla dzieci

  • Rejs gondolą- rejs kosztuje 10 zł dla dorosłych i 7 zł dla dzieci. Trasa nie jest długa- cały rejs trwa około 20-25 minut, ale dla dzieci niewątpliwie jest to ciekawa atrakcja. My nie rezerwowaliśmy wcześniej miejsc na rejs, pomimo dość dużej liczby odwiedzających w dniu wizyty nie mieliśmy trudności z zakupieniem biletów
  • Spacer pomiędzy alejkami, można zabrać ze sobą rower lub hulajnogę, dzięki czemu wyprawa z dziećmi przybierze na atrakcyjności
  • Z każdego spaceru staramy się zrobić lekcję historii, muzyki, przyrody, a więc będąc w Łazienkach Królewskich opowiedzieliśmy Hubercikowi kim był Fryderyk Chopin, co to są koncerty chopinowskie itd.
  • Biwak na trawie- gra w piłkę, berek, gra w planszówkę na świeżym powietrzu w naszym przypadku sprawdziły się znakomicie

Informacje praktyczne:

  • Tuż przy wejściu do Łazienek Królewskich, od strony stadionu Legii i Polskiego Radia znajduje się bezpłatny parking. Byliśmy tutaj w lipcowe popołudnie i nie było problemów z zaparkowaniem samochodu.
  • Wejście na teren kompleksu jest bezpłatny (wyjątek stanowią obiekty muzealne)
  • Do Łazienek Królewskich można wejść trzema bramami: od ulicy Alei Ujazdowskich, Myśliwieckiej i Gagarina
  • Na terenie kompleksu znajduje się kawiarnia oraz punkt z lodami dla dzieci. Chociaż muszę przyznać, że w upalne niedzielne popołudnie kolejka za lodami była tak duża, że zrezygnowaliśmy z tej atrakcji

Centrum Nauki Kopernik

Jest to kolejne miejsce, w którym trzeba zarezerwować sobie sporo czasu. My byliśmy w nim ponad 4 godziny i Hubercik ze smutkiem opuszczał to miejsce. W pierwszej kolejności udaliśmy się na Wystawę Bzzz…Pomimo, że jest ona dedykowana dzieciom do lat 5, a Hubercik skończył już 5 lat, to na tej wystawie podobało mu się bardzo dużo rzeczy i była to część zdecydowanie najbardziej dopasowana do jego predyspozycji wiekowych. W ramach wystawy Bzzz…jest strefa wodnych zabaw, można doświadczyć różnych dźwięków, można zbudować drzewo czy sprawdzić jak działa zapora wodna. Największej radości dostarczyło Hubercikowi budowanie tamy i zabawa działkiem wodnym. Ciekawym doświadczeniem był także domek iluzji, w którym mały człowiek wydaje się dużym, a dorosła postać jaki się jako mała. W ramach dostępnych doświadczeń można się przekonać np. ile krwi przetacza serce dorosłego człowieka w czasie 1 minuty. Podczas zwiedzania można się natknąć i poleżeć na łożu Fakira (mina Hubercika była bezcenna, kiedy uniósł się na setkach gwoździ). Ciekawość naszego synka wzbudziły także wirujące i opadające płachty materiału (zdumiewający widok nawet dla dorosłego człowieka).

Po zwiedzeniu części wystawowej udaliśmy się na film o gwiazdach. Seans trwał około pół godziny i odbył się w specjalnej kopule imitującej niebo. Pierwsza część filmu była interaktywna – lektor zachęcał dzieci do „kolorowania” i poprawiania widocznego na obrazie rysunku. W drugiej części filmu bohaterowie znani z Ulicy Sezamkowej opowiadali o gwiazdach i gwiazdozbiorach.

CNK to nie muzeum. Tutaj najmłodsi mogą wszystkiego dotknąć, powąchać – jednym słowem w CNK zdobywa się wiedzę przez doświadczenie.

Informacje praktyczne:

  • Bilety najlepiej jest kupić przez Internet. Cennik dostępny jest na stronie: https://www.kopernik.org.pl/wizyta/ceny-biletow. Na stronie: https://www.kopernik.org.pl/wizyta/godziny-otwarcia znajdziecie dni i godziny otwarcia
  • Można również nabyć bilety na miejscu w kasie, ale dotyczy to tylko biletów nie wyprzedanych przez Internet. Zawsze jest więc ryzyko, że możemy nie dostać już wejściówki do Centrum. My kupowaliśmy bilety przez Internet z 3-dniowym wyprzedzeniem w lipcu i nie było problemu z ich dostępnością. Co więcej, mieliśmy całkiem spory wybór jeśli chodzi o godzinę wejścia.
  • Samochód można zaparkować na płatnym parkingu podziemnym oraz na parkingu przy CNK (wzdłuż ulicy), również płatnym
  • Do CNK można dotrzeć również II linią metra- wysiąść należy na stacji Centrum Nauki Kopernik
  • Na terenie CNK funkcjonuje Bistro, w którym można zjeść dania obiadowe. Na pierwszym piętrze znajduje się Kawiarenka, z widokiem na Wisłę
  • Na wystawę Bzzz warto zabrać ze sobą ubranie na zmianę dla malucha, ponieważ dobra zabawa w tej strefie oznacza pobrudzone i mokre ubranie
  • W CNK można skorzystać z szatni lub zostawić rzeczy w szafkach (depozyt za 2 zl)

Cerkiew Prawosławna św. Jana Klimaka oraz cmentarz prawosławny

Cerkiew została zbudowana na początku XX wieku. Za jej fundatora uznaje się ówczesnego arcybiskupa warszawskiego Hieronima. W czasie II wojny światowej świątynia została zniszczona. Odbudowano ją dopiero w 1964 roku. Cmentarz prawosławny znajdujący się tuż obok Cerkwi jest największą prawosławną metropolią w Polsce. Spoczywa na nim wiele ważnych osobistości m.in. rosyjscy pisarze przełomu XIX i XX wieku.

Spacer od Warszawskiej Syrenki do Barbakanu

Kolejny dzień w Warszawie rozpoczęliśmy od spaceru. Podjechaliśmy II linią metra do stacji Centrum Nauki Kopernika i poszliśmy zobaczyć Syrenkę Warszawską. Oczywiście Hubercik zadał nam wiele pytań związanych z Syrenką: „a dlaczego syrenka wygląda tak dziwnie”, „a dlaczego ma miecz i tarczę?” itp. Muszę przyznać, że spodziewaliśmy się tego typu pytań i dzień wcześniej wieczorem przeczytałam sobie legendę właśnie o warszawskiej syrence, bo szczegółów nie pamiętałam. Jeśli chcecie również przypomnieć sobie historię Warszawskiej Syrenki zapraszam na stronę: https://warsawtour.pl/legenda-o-warszawskiej-syrence/

Następnie jeszcze raz przeszliśmy koło Centrum Nauki Kopernika i podążyliśmy w stronę Pałacu Prezydenckiego. Po drodze zatrzymaliśmy się przy skwerze Adama Mickiewicza, objaśniając naszemu synkowi kim był ów wieszcz. Stojąc przy Pałacu przypomnieliśmy Hubercikowi kim jest prezydent, dlaczego mieszka w Pałacu, kto jest obecnym Prezydentem itp. Temat był „na czasie”, ponieważ niedawno odbywały się wybory prezydenckie, więc dla Hubercika było to tylko przypomnienie.

Następnie spod Pałacu Prezydenckiego udaliśmy się na Krakowskie Przedmieście. Tam weszliśmy na taras widokowy dzwonnicy kościoła św. Anny, skąd roztacza się przepiękny widok na Stare Miasto. Na wieżę prowadzi około 150 schodów. Bilet wstępu na taras kosztuje 10 zł dla osoby dorosłej i 7 zł dla dziecka. Godziny otwarcia tarasu dostępne są na stronie: http://taraswidokowy.pl/#tickets. Następnie udaliśmy się na stare miasto, mijając po drodze Kolumnę Zygmunta III Wazy, Zamek Królewski w Warszawie, Bazylikę Archikatedralną, Rynek Starego Miasta, Pomnik Małego Powstańca, a następnie doszliśmy do Barbakanu. Po drodze zjedliśmy obiad, usiedliśmy w kawiarni na kawę i lody i w zasadzie spacer zajął nam większa część dnia. Po tak wyczerpującym spacerze wróciliśmy do domu na odpoczynek.

Pałac w Wilanowie

Pałac w Wilanowie został wzniesiony w XVII wieku z inicjatywy króla Jana III Sobieskiego i stał się jego letnią rezydencją. Rozbudowa pałacu trwała właściwie do śmierci króla i łączyła w sobie zarówno elementy francuskiej, jak i włoskiej architektury. Według koncepcji Jana III Sobieskiego Pałac miał składać się z budynku głównego i skrzydeł bocznych. Jednak za życia monarchy nie udało się zrealizować tej wizji władcy. Koncepcję Jana III realizowała jednak Elżbieta Sieniawska, która nabyła rezydencję po śmierci monarchy. Po śmierci Jana III pałac wielokrotnie zmieniał swoich właścicieli. Każdy z nich wniósł coś nowego do rezydencji. Wspomniana Elżbieta Sieniawska dokończyła dzieło twórcy pałacu, zlecając dobudowanie skrzydeł bocznych. August II Mocny, który przejął rezydencję w 1730 roku, skoncentrował się przede wszystkim na zmianie wystroju wnętrz. Izabela Lubomirska, która zarządzała dworkiem w połowie XVIII wieku, przyczyniła się do rozbudowy jego południowego skrzydła, jak również za jej rządów Wilanów tętnił życiem towarzyskim i kulturalnym.  Stanisław Kostka Potocki, kolejny właściciel pałacu, dobudował neogotycki obiekt, w którym założył pierwsze w Polsce ogólnodostępne muzeum.

Pałac pozostawał w rękach prywatnych do końca II wojny światowej, po czym został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Dla odwiedzających obiekt został jednak udostępniony dopiero w 1962 roku, po licznych pracach konserwatorskich. Od 1995 roku Pałac jest zarządzany przez Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

Pałac w Wilanowie nie uległ zniszczeniu podczas II wojny światowej i zachwyca swoim pięknem. Ma w całości charakter barokowy. Z przodu budynku wita nas napis Quod vetus urbs coluit, nunc nova villa tenet („Co starodawne miasto Rzym czciło, teraz nowa willa posiada”). Budynek zdobią liczne posągi i płaskorzeźby.

Tuż przy pałacu znajduje się kompleks parkowy, który jest prawdziwą perełką. W kompleksie tym można wyodrębnić kilka stref:

  • Gaj Akademosa- to tutaj można znaleźć pomnik Jana Kochanowskiego czy Franciszka Karpińskiego
  • Oranżerię
  • Barokowy ogród włoski, w którym znajdują się liczne rzeźby. Ta część ogrodu łączy się z pałacowym tarasem, gdzie podziwiać można powojenną fontannę
  • Park angielski, rozciągający się wzdłuż Jeziora Wilanowskiego. Można w nim znaleźć pompownię z XIX wieku (z niej pompowano wodę do fontann na terenie kompleksu), chińską altankę (miejsce spotkań) oraz mostek rzymski. Zobaczyć tutaj także można Pomnik Bitwy Raszyńskiej.

  • Park angielsko- chiński- tutaj można znaleźć obelisk z urną ku czci Ignacego Potockiego czy sarkofag Stanisława Kostki Potockiego.

Informacje praktyczne:

  • Na zwiedzanie pałacu i parku z dziećmi należy zarezerwować sobie kilka godzin
  • Przed pałacem znajduje się bezpłatny parking. My przyjechaliśmy tutaj około godziny 10 i nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca parkingowego.
  • Tuż przy parkingu znajduje się kilka restauracji i kawiarenek
  • Na terenie przypałacowego parku znajduje się kilka mobilnych kafejek, w których można napić się dobrej kawy
  • Zarówno zwiedzanie pałacu, jak i parku przypałacowego jest płatne. Cennik dostępny jest na stronie: https://www.wilanow-palac.pl/ceny_biletow.html. W czwartki zwiedzanie pałacu i parku jest bezpłatne. Należy tylko pobrać w kasie głównej wejściówki (ponieważ liczba zwiedzających o konkretnej godzinie jest limitowana)
  • Na stronie: https://www.wilanow-palac.pl/godziny_otwarcia_1.html dostępne są godziny otwarcia

Ogród Saski

Ogród Saski został otwarty dla zwiedzających w 1727 roku (wcześniej był ogrodem królewskim) przez króla Augusta II Mocnego. Był to pierwszy publiczny park w Polsce, a jeden z pierwszych w Europie. W XIX wieku powstał staw i wodozbiór według projektu Henryka Marconiego. Park pierwotnie był znacznie większych rozmiarów. Po II wojnie światowej jego powierzchnię znacznie zmniejszono.

Park obecnie stanowi piękny zielony teren w centrum Warszawy. Można tutaj zobaczyć 21 barokowych rzeźb z piaskowca, pochodzących z XVIII wieku oraz okazałą Fontannę Wielką zaprojektowaną również przez Henryka Marconiego. Niedaleko fontanny znajduje się plac zabaw. W parku odnaleźć można także okazałe drzewa, z których najstarsze mają ponad 250 lat.

Ogród Saski stanowił dla nas punkt początkowy w drodze na Plac Józefa Piłsudskiego, a następnie na Stare Miasto. Nie jest on zbyt dużych rozmiarów, ale ma swój urok. Dla dzieci niewątpliwą atrakcją była fontanna i plac zabaw

Taras widokowy na 30 piętrze Pałacu Kultury i Nauki

Na taras wjeżdża się windą. Z Tarasu rozpościera się przepiękny widok na Warszawę. Godziny otwarcia i cennik dostępne są na stronie: http://pkin.pl/strefa-turysty-taras-widokowy. Bilety można kupić zarówno online, jak i w kasie wewnątrz Pałacu. Przy wejściu na taras znajduje się kawiarnia, w której można delektować się pyszną kawą z widokiem na miasto.

Pole Mokotowskie

Pole Mokotowskie to ogromny kompleks parkowy usytuowany na obszarze trzech dzielnic: Śródmieścia, Mokotowa i Ochoty. W XIX wieku na terenie parku znajdował się poligon wojskowy. Nieco później znajdowało się tutaj lotnisko i tor wyścigów konnych. To w tym parku w 1935 roku miały miejsce uroczystości pogrzebowe marszałka Józefa Piłsudskiego.

Obecnie ten park z bogatą historią oferuje wiele atrakcji. Dzieci mogą pobawić się na dwóch placach zabaw. My mieliśmy okazję być na tym, który znajduje się przy wejściu od ulicy Batorego. Jest to plac zabaw ze słynnym samolotem, który dzieci uwielbiają. Plac znajduje się w samym słońcu więc w upalne dni trudno tutaj znaleźć odrobinę cienia.

Tuż przy placu zabaw znajduje się wypożyczalnia rowerów miejskich. Hubercik miał ogromną frajdę zwiedzając park na rowerze.

Na Polu Mokotowskim można urządzić biwak, napić się dobrej kawy z mobilnej kafejki czy pospacerować. Spędziliśmy tutaj bardzo miłe popołudnie, zakończone kolacją w amerykańskiej restauracji Jeffs: http://jeffs.com/. Jedzenie było wyśmienite, a dodatkowo restauracja posiada mały plac zabaw na zewnątrz  dla najmłodszych, więc mogliśmy spokojnie delektować się posiłkiem, podczas gdy nasze dzieci bawiły się na placu zabaw.

Park Edwarda Szymańskiego

Edward Szymański był poetą robotniczym, mieszkającym na Woli. Ku jego pamięci w tej części Warszawy powstał przepiękny park o powierzchni 27 ha. Można tutaj znaleźć siłownię, fontannę, oczka wodne oraz plac zabaw. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym miejscu popiersia samego patrona - Edwarda Szymańskiego.

Park Sowińskiego

Po przeciwnej strony Parku Edwarda Szymańskiego znajduje się Park Sowińskiego, który powstał w latach 1936-1937. W czasie II wojny został niemal całkowicie zniszczony. Odrestaurowany został dopiero w latach 60. XX wieku.

Na głównej alei parku znaleźć można pomnik generała Józefa Sowińskiego. Drzewostan parku liczy od 30 do 100 lat. W parku znajduje się także amfiteatr, w którym organizowane są imprezy rozrywkowo- kulturalne.

W parku znajduje się plac zabaw oraz miejsce do gry w koszykówkę.

Gdzie nocujemy w Warszawie?

My każdorazowo wybierając się do Warszawy rezerwujemy miejsce w apartamentach. Są one niedrogie (około 170 zł- 200 zł za całą rodzinę za dobę), komfortowe, położone w dogodnych lokalizacjach. Ofert apartamentów na stronach internetowych jest wiele. Nam jak dotąd najbardziej do gustu przypadły apartamenty Newburg https://www.newburg.eu/ przy ul. Wolskiej.

W pobliżu apartamentów znajduje się stacja metra, przystanek tramwajowy i autobusowy, restauracje z pysznym jedzeniem oraz Instytut Matki i Dziecka, do którego jeździmy.

Do Bielawy wybraliśmy się przede wszystkim, aby wejść na Górę Parkową. W związku z tym, że Góra jest niewielkich rozmiarów i spacer nie zajął nam zbyt długo pojechaliśmy nad Jezioro Bielawskie. Miejsce to jest fenomenalne z kilku względów.

  • Z jednej strony mamy tutaj kąpielisko, a z drugiej piękne widoki górskie.
  • Można skorzystać z piaszczystej plaży

  • Po drugiej strony plaży jest wysepka, na którą prowadzi molo, z wiatami piknikowymi

  • Można tutaj wypożyczyć sprzęt wodny (kajaki, rowerki wodne)- wypożyczalnia znajduje się od strony plaży
  • Po drodze na wysepkę znajduje się plac zabaw oraz food tracki z jedzeniem
  • Obok jeziora znajduje się basen z wodnym placem zabaw
  • Tuż przy placu zabaw znajduje się siłownia na świeżym powietrzu

Z tego względu, że na plaży było dość tłoczno (a w dobie pandemii unikamy jednak większych skupisk ludzi), udaliśmy się na wysepkę. Bez problemu znaleźliśmy tutaj wolną wiatę grillową. Od strony wyspy znaleźć można łagodne zejścia do wody w sam raz dla rodzin z dziećmi. Co więcej, na wyspie znaleźć można zacienione miejsce, których brak jest na plaży.

Informacje praktyczne:

  • Przy kąpielisku znajduje się bezpłatny parking
  • Wstęp na plażę i wyspę jest bezpłatny
  • Trudno znaleźć tutaj zacienione miejsca. Jedynie na wysepce można schronić się w cieniu drzew lub pod wiatą. Na plaży czy na placu zabaw nie ma takich miejsc.

Jezioro Bielawskie stanowi bardzo fajne miejsce na letni wypad nad wodę. Znajduje się zaledwie 55 km od Wrocławia, a w jednym miejscu znaleźć można bardzo dużo atrakcji dla osób w każdym wieku.

Podczas naszego ostatniego wyjazdu zarezerwowaliśmy nocleg przez booking.com. Właściciel zarezerwowanego obiektu oszukał nas. Ale najsmutniejsze w tej historii  jest to, że booking.com (firma działająca niemal na całym świecie) nie była w stanie nam pomóc. I to właśnie na niej zawiodłam się najbardziej. Ale zaczynając od początku.

Zarezerwowałam przez booking.com apartament w centrum Ostrawy w dniach 19-21.06.2020. Po dokonaniu rezerwacji właściciel skontaktował się ze mną, aby dokonać płatności przez Western Union w opcji gotówka (wówczas tego samego dnia może odebrać pieniądze w placówce Western Union). To był czwartek 18.06, więc zapytałam go, czy nie lepiej jak jutro mu zapłacimy osobiście, tym bardziej, że na stronie booking.com jest informacja, że mogę dokonać zapłaty za obiekt po przyjeździe do apartamentu. Pan jednak nie wyraził na to zgody i tutaj po raz pierwszy zapaliła mi się czerwona lampka. Zadzwoniłam na booking.com z pytaniem czy rzeczywiście muszę dokonywać płatności przez Western Union, skoro w ofercie jest informacja, że można zapłacić w obiekcie. Pani na infolinii odpowiedziała mi, że w związku z tym, że jest to oferta bezzwrotna muszę dokonać płatności przed przyjazdem i jak właściciel życzy sobie przez Western Union, to tak powinnam zrobić. Dokonałam więc przelewu zgodnie z życzeniem właściciela. Podczas jednej z rozmów telefonicznych ustaliłam również z właścicielem, że przyjedziemy 19.06 najpóźniej do godziny 21:00, tym bardziej, że jedziemy z małymi dziećmi o starszą osobą, a warunki pogodowe nie są zbyt dobre (mimo, że zgodnie z ofertą na booking.com najpóźniej należało się zameldować do 20:00). Pan wyraził na to zgodę i dzień później wyruszyliśmy do Ostrawy.

Droga przebiegała bez zakłóceń, więc wiedzieliśmy, że będziemy w Ostrawie wcześniej – około godziny 19.10-19.20. Około godziny 18.40 napisałam do właściciela smsa, że będziemy za jakieś pół godziny na miejscu- właściciel nic nie odpisał. Po wjeździe do Ostrawy zadzwoniłam do Pana właściciela, niestety nie odbierał telefonu. Po przyjeździe na miejsce, zadzwoniłam po raz drugi – znowu cisza. Jednak założyłam, że może jest zajęty i przyjedzie bliżej godziny 21:00. Jednakże dziwne było to, że cały obiekt jest zamknięty, a domofony nie działały. Obiekt sprawiał wrażenie zapuszczonego i dawno nie używanego. Zdjęcia na booking.com odbiegały od rzeczywistości. Pojechaliśmy więc do sklepu zrobić zakupy i ponownie wróciliśmy pod apartament około 20:30. Próbowałam ponownie skontaktować się z właścicielem, ale bezskutecznie. I tutaj już zaczęłam się niepokoić, że jednak zostaliśmy oszukani. Około 20.45 zadzwoniłam więc na booking.com z zapytaniem co mamy zrobić w sytuacji kiedy właściciel jest nieobecny w apartamencie i nie odbiera telefonu/nie odpowiada na smsy. Pani na infolinii odpowiedziała mi, że jedyne co może zrobić to zadzwonić do właściciela, co też uczyniła. Pan właściciel jednak od niej również nie odebrał telefonu, więc Pani poinformowała mnie, że wyśle do niego maila.

Poprosiłam ją o znalezienie nam noclegu, jednak odmówiła, ponieważ jak stwierdziła dzwonię do niej o 20.45, a najpóźniej zameldować się powinnam o 20:00, a fakt, że umawiałam się z Panem telefonicznie, że przyjedziemy maksymalnie do 21:00 jeszcze bardziej zadziałało na moją niekorzyść, ponieważ w systemie booking.com  nie ma odnotowanej takiej informacji. Moje tłumaczenia, że pomimo, że tak się umówiliśmy to przyjechaliśmy przed czasem (o 19.20) nie przekonywały Pani. Na wysłaniu maila do właściciela pomoc booking.com się zakończyła.

 Po skończonej rozmowie z infolinią booking.com, zobaczyliśmy Pana chodzącego po podwórku wokół apartamentu. Weszłam więc na podwórko i zapytałam o właściciela-pana Lukasa. Pan najpierw twierdził, że mnie nie rozumie ani po angielsku, ani po polsku (nie był to rodowity Czech, narodowości nie chcę tu sugerować, żeby nikt mnie nie posądził mnie o dyskryminację), ale jak powiedziałam mu, że jadę na policję, to nagle zrozumiał i kazał mi chwilę zaczekać. Wszedł do budynku i przez przeszklony budynek widziałam jak z kimś dość żywo dyskutuje, co chwila wskazując ręką w naszą stronę. Po kilku minutach ów Pan zszedł do nas i przekazał nam swój telefon. W telefonie jakiś mężczyzna przedstawił się jako szef Pana Lukasa  i zaoferował nocleg. Zapytał tylko na ile osób potrzebujemy apartament i czy ja już zapłaciłam Panu Lukasowi pieniądze. Poprosił grzecznie, abyśmy poczekali kilka minut i on zaraz przyjedzie. Powiem szczerze, coraz mniej mi się to wszystko podobało. Trącało to jakimiś mafijnymi klimatami.

Naradzając się z Grzesiem co robimy, nagle z budynku wybiegł Pan Lukas, który okazało się, że cały czas był w obiekcie i z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczam, że nie wyszedłby do nas, gdyby nie ten mężczyzna spotkany w podwórku, który prawdopodobnie zlitował się widząc nas z dwójką małych dzieci i poszedł wymusić na Panu Lukasie jakąś reakcję, a w sytuacji jej braku zadzwonił do kogoś trzeciego (rzekomego szefa Pana Lukasa). Właściciel, kiedy już do nas zszedł zaczął mówić trochę po czesku, trochę po polsku, trochę po angielsku, żebyśmy nie nocowali u tego tajemniczego Pana, z którym rozmawiałam przez telefon(niestety nie zrozumiałam dlaczego). Jednocześnie poinformował nas, że nie ma dla nas noclegu.  Przyznam szczerze, że tutaj już mnie poniosło i rzuciłam kilka ostrzejszych zdań oraz poinformowałam, że jadę na policję. Wtedy wyciągnął portfel i oddał nam pieniądze (dał nam nawet 20 euro więcej), po czym kilka razy uslyszałam „I am sorry”. Cóż mi było jednak po jego „I am sorry” kiedy zostaliśmy o 21:00 bez noclegu z dwójką małych dzieci i 93-letnią babcią, która rano miała mieć operację na zaćmę. Kajcia zaczęła krzyczeć ze zmęczenia, bo zazwyczaj zasypia o 19:00. Babcia się zdenerwowała tak, że jeszcze na drugi dzień miała podwyższone ciśnienie i przed zabiegiem lekarz musiał jej podać lekarstwo na zbicie ciśnienia. Zadzwoniłam więc na booking.com po raz drugi z prośbą o zarezerwowanie jakiegokolwiek noclegu już na nasz koszt (tym bardziej, że na stronie booking.com pojawiała mi się możliwość rezerwacji od dnia następnego). Po raz kolejny usłyszałam odmowę. Pani podała mi tylko nazwy kilku hoteli, gdzie mogę zadzwonić i sprawdzić czy mają jakieś wolne miejsca. Znalezienie miejsca wolnego w Ostrawie o takiej porze nie było łatwe, więc zdecydowaliśmy się przejechać na stronę polską i znaleźliśmy nocleg w Rybniku.

Na drugi dzień zadzwoniłam po raz kolejny na booking.com z zapytaniem co zamierzają zrobić z moją reklamacją i w jaki sposób zapobiec dalszemu oszukiwaniu ludzi przez tego Pana? Usłyszałam, że Pani przyjmie moją opinię i jak uzbiera się kilka negatywnych opinii booking.com rozważy zakończenie współpracy z Panem. Czyli wniosek jest taki, że Pan Lukas może dalej oszukać jeszcze kilka osób, zanim ktoś wyciągnie z tego konsekwencje. Poza tym Pani na infolinii poinformowała mnie, że Pan Lukas napisał do nich maila, że nie mógł nas przenocować, bo
„miał problemy”. Jak zapytałam o jakie problemy chodzi?, dlaczego wcześniej o tym nie poinformował?, dlaczego zareagował dopiero na informację, że idziemy na policję i jak chciał nas przejąć jego rzekomy „szef”? Pani nic nie odpowiedziała. Tak więc międzynarodowa  firma, jaką jest booking.com przyzwala na tego typu praktyki, tłumacząc, się, że nie jest w stanie zweryfikować każdego obiektu, z którym współpracują. Dlaczego tylko nie reagują na negatywne opinie ze strony klientów? Tym bardziej, że sprawdziłam przed chwilą i pojawiła się druga negatywna opinia ze strony klienta. Ale dwie negatywne opinie jak widać to jeszcze za mało, aby podjąć jakiekolwiek kroki.

Oczywiście nie zostawiłam tego tematu w spokoju. Złożyłam skargę za pośrednictwem europejskiej platformy rozstrzygania sporów: https://ec.europa.eu/consumers/odr/main/index.cfm?event=main.home2.show&lng=PL. Jaki będzie efekt moich działań nie wiem, ale mam nadzieję, że przyczynię się do tego, aby ów Pan nie oszukał już więcej innych.

Skąd się wzięły wieże Bismarcka?

Kanclerz Otto von Bismarcka był kanclerzem Prus w latach 1862-1890. To za jego panowania została zakończona wojna z Francją, w wyniku czego powstało zjednoczone państwo niemieckie. To właśnie zwycięstwo nad Francuzami przyczyniłosie do nadania mu przydomka „żelazny kanclerz”. Wieże Bismarcka powstawały ku czci wielkiego kanclerza. Pomimo, że dla Polaków niekojarzy się zbyt dobrze (odpowiedzialny był za germanizację ziem polskich), o tyle dla swoich rodaków zrobił wiele dobrego, a wieże miały świadczyć o jego kulcie wśród narodu pruskiego. Początkowo wieże budowano z dostępnych w danym miejscu materiałów, dlatego różniły się one między sobą. Po śmierci przywódcy rozpisano konkurs na projekt takiej wieży, aby spełniały one jednakowe standardy. Zwycięzcą został Wilhelm Kreis (projekt nazwany został „Zmierzch Bogów”), który zaproponował, aby budowle składały się z kilku schodów prowadzących do czary, w których rozpalano ogień ku czci „żelaznego kanclerza”.

Na świecie takich wież powstało około 250, z czego 40 na terenie Polski. Do dziś w naszym kraju zachowało się tylko 17.

Wieża Bismarcka na Jańskiej Górze

Jedna z takich wież, a w zasadzie jej pozostałość, znajduje się na Jańskiej Górze niedaleko Sobótki. Co ciekawe, jest to najstarsza spośród wszystkich wież Bismarcka. Wieża jest zniszczona i z roku na rok popada w coraz większą ruinę, ale póki co, odzwierciedla ona charakter tego typu budowli.

My swój spacer, celem zobaczenia wieży, rozpoczęliśmy w miejscowości Piotrówek. Za pałacem w Piotrówku należy skręcić w pierwszą drogę w lewo i tam można zostawić samochód za ostatnim budynkiem. Można również podjechać drogą polną niemal pod sam szczyt, ale ze względu na przepiękne krajobrazy polecam trekking z miejscowości Piotrówek.

Spacer z Piotrówka do wieży zajmie nam około 30 minut (z małymi dziećmi nieco dłużej- około godziny). Góra liczy 252 m n.p.m i w zasadzie jest to niewielkie wzniesienie. Nazwa „góra” w tym przypadku wydaje się zbyt dużym słowem. Podejście jest naprawdę łagodne i można je przemierzyć bez żadnych trudności wózkiem niemowlęcym. Trasę tę warto pokonać nie tylko ze względu na wieżę, ale także na piękne widoki i brak ludzi. Można też tutaj pobiwakować na łonie natury. My wybraliśmy się tutaj w długi weekend czerwcowy i nie spotkaliśmy nikogo po drodze.

Pałac w Piotrówku

Przy okazji będąc w Piotrówku można zobaczyć ruiny pałacu, pochodzącego z XIX wieku. Do końca II wojny światowej jego właścicielami był ród von Richthofen.  Po wojnie został przejęty przez PGR. W 1991 roku pałac trafił z powrotem w ręce prywatne, jednak właściciel, jak widać na załączonym zdjęciu, nie ma planów inwestycyjnych względem tego obiektu, który z roku na rok niszczeje coraz bardziej. Próbując zrobić zdjęcie pałacu, z pobliskiego domu wybiegła Pani, krzycząc na mnie, że weszłam na teren prywatny. Nie była zbyt uprzejma, żeby nie powiedzieć arogancka, dlatego odniosłam wrażenie, że temat pałacu może budzić wiele emocji wśród osób mieszkających w sąsiedztwie nieruchomości. Są to jednak tylko moje domysły.

Nasze wrocławskie zoo odwiedzamy kilka razy w roku. Dzieci je uwielbiają. Każda przygoda ze zwierzętami dostarcza nowych wrażeń i wiedzy na temat zwierząt (zawsze skupiamy się na innym gatunku zwierząt i poszerzamy wiedzę w tym zakresie). W tym roku sezon zaczęliśmy trochę później ze względu na koronawirusa. W zasadzie to nasza pierwsza wizyty w tym roku. Była ona jednak o tyle ciekawa, że po raz pierwszy Kajcia okazała prawdziwą fascynację zwierzętami. W zeszłym roku była jeszcze na tyle mała, że nie wyrażała w znaczący sposób swojej radości. Podczas dzisiejszych odwiedzin zafascynowała się w szczególności "nioniem" (słoniem),"mapą" (małpą) oraz "hicio" czyli hipciem. Cały dzień opowiadała o swoich wrażeniach.

W zeszłorocznym wpisie: https://www.judytaszkudlarek.pl/wroclawski-ogrod-zoologiczny-widziany-oczami-dziecka.html opisałam więcej szczegółów dotyczących naszego wrocławskiego ogrodu zoologicznego widzianego oczami dziecka.

W tym roku wpis uaktualnię o ceny:

  • bilet normalny kosztuje 55 zł
  • bilet ulgowy 45 zł
  • dzieci do 3 roku życia wchodzą bezpłatnie.

Cena obejmuje zarówno zwiedzanie ogrodu zoologicznego, jak i afrykarium.

Bilety można kupić przed wejściem do zoo w kasie jak również drogą elektroniczną (polecam ten drugi sposób, wówczas nie trzeba stać w zbyt długiej kolejce, wystarczy tylko zeskanować bilet elektroniczny przy wejściowych bramkach)

Mimo, że ceny nie są niskie, to uważam, że warto się wybrać do naszego wrocławskiego zoo z dziećmi, ponieważ obcowanie ze zwierzętami dostarcza pociechom wiele radości. Ile razy byśmy tam nie byli zawsze nasze dzieci ten dzień wspominają jeszcze długi czas.

  1. Aby wjechać do Albanii wystarczy tylko dowód osobisty
  2. Możliwości dotarcia do Albanii zapewne jest wiele. My zdecydowaliśmy się polecieć tanimi liniami lotniczymi na Korfu, które przy okazji chcieliśmy zwiedzić, a z Korfu, a dokładniej z Kerkyry płynęliśmy statkiem do Albanii (do Sarandy). W pobliżu portu w Kerkyrze znajduje się kilka biur podróży, które oferują rejs do Albanii. Ceny są zbliżone. My płaciliśmy za rejs w jedną stronę za osobę dorosłą 19 euro, a za Hubercika 1 euro. Większości biur traktują dzieci do czterech lat jako „infant” i płaci się 1 euro. Za bilet dla dziecka od 4 do 9 lat zapłacimy 9 euro. My kupiliśmy bilety spontanicznie bez wcześniejszej rezerwacji. Mimo, że byliśmy tam na koniec sierpnia, nie było problemu z biletami. Jedynie co to do portu warto wybrać się z rana, bo wtedy w zasadzie co pół godziny, ewentualnie godzinę odpływa prom do Albanii.
  3. W biurze celnym w porcie przechodzi się kontrolę osobistą i bagażową. Pomimo sporej ilości ludzi kontrola przebiega bardzo sprawnie. Warto jednak był przynajmniej pół godziny przed godziną odpłynięcia promu, aby na spokojnie przejść odprawę. Nas przy odprawie spotkała niemiła niespodzianka. Na wyjeździe była z nami była partnerka mojego brata z ich wspólnym dzieckiem. Przy odprawie okazało się, że nie miała przetłumaczonej na język angielski poświadczonej notarialnie zgody mojego brata na wyjazd dziecka na urlop za granicę. Urzędnicy poinformowali więc, że w związku z tym, dziecko nie może wjechać do Albanii. W pierwszej chwili ogarnął nas stres i zdenerwowanie, ale po kilku minutach stwierdziłam, że tylko spokój może nas uratować. Zaczęłam więc przekonywać urzędnika, że po pierwsze jestem siostrą ojca dziecka i, że mam z Julcią to samo nazwisko. Obsługujący nasz urzędnik naradził się ze swoim starszym kolegą i zdecydowali się wpuścić nas do Sarandy pod warunkiem, że mój brat prześle taką zgodę mailowo na adres odpowiedniego urzędu. Pomimo stresu udało się więc załatwić sprawę pomyślnie i mogliśmy ruszyć ku nowej przygodzie
  4. Wymiana pieniędzy – w Albanii walutą jest lek albański. Warto zabrać do Albanii ze sobą euro, które na lokalną walutę można wymienić w bankach lub kantorach. Niektóre punkty pobierają prowizję z tytułu wymiany. Warto też sprawdzić czy w dniu przyjazdu nie ma w Albanii jakiegoś święta. My akurat przybyliśmy do Sarandy w dniu, kiedy obchodzone było święto państwowe i wszystkie banki i kantory były zamknięte. Jedyną możliwością była więc wypłata gotówki z bankomatu
  5. Bankomaty – nie ma problemu z ich dostępnością w miasteczkach i dużych miastach. W mniejszych miejscowościach można napotkać trudności z wypłatą gotówki z bankomatów. Warto jednak upewnić się jaką prowizję zapłacimy. W wielu restauracjach i hotelach można zapłacić kartą.
  6. Wypożyczenie samochodu- przy porcie w Sarandzie znajduje się kilka wypożyczalni samochodów. Szukaliśmy takiej, która nie chciałaby w zabezpieczenie karty kredytowej. Okazało się, że nie ma z tym problemu. Wypożyczyliśmy samochód na 10 dni, zapłaciliśmy około 850 zł z ubezpieczeniem i fotelikami dla dzieci, które były wyeksploatowane i dalekie od spełnienia standardów bezpieczeństwa. Za wynajem samochodu zapłaciliśmy też bez problemu kartą kredytową.
  7. Kultura jazdy w Albanii- mieliśmy obawy przed wypożyczeniem samochodu w Albanii, ponieważ naczytaliśmy się, że Albańczycy jeżdżą poza wszelkimi standardami i zasadami ruchu drogowego. Niemniej jednak pojęliśmy się tego wyzwania, tym bardziej, że Grzesiu był instruktorem nauki jazdy przez wiele lat. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Poza dużymi miastami jeździ się całkiem przyjemnie. Na albańskich drogach „szybkiego ruchu” Albańczycy jeżdżą średnio 90 km/h, wyprzedzają w miarę bezpiecznie (szaleńcy się zdarzają, ale nie odbiega to od standardów polskich), prawdziwa przygoda zaczyna się jednak w dużych miastach. Tutaj zasady ruchu drogowego i sygnalizacja świetlna nie mają zbyt dużego znaczenia. Wymuszanie pierwszeństwa, parkowanie w niedozwolonych miejscach, skręcanie bez kierunkowskazu wydają się być tutaj normą. Dlatego trzeba zachować wzmożoną czujność i mieć oczy dookoła głowy.
  8. Noclegi- z wyprzedzeniem (kilkudniowym) zarezerwowaliśmy noclegi tylko w Sarandzie. Przypłynęliśmy do Sarandy po południu więc nie chcieliśmy tracić czasu na szukanie z dwójką dzieci hotelu. Poza tym w pozostałych punktach pobytu w Albanii szukaliśmy noclegu spontanicznie, bez wcześniejszej rezerwacji. Z wolnymi miejscami w hotelach nie było żadnego problemu, a jeszcze można było wynegocjować cenę.
  9. Bezpieczeństwo – wiele osób pytało nas czy nie boimy się jechać do Albanii z dziećmi. Szczerze mówiąc przez dziesięć dni zjechaliśmy całkiem sporą część tego kraju i nigdzie nie doświadczyliśmy sytuacji, którą można byłoby rozpatrywać w kategoriach niebezpiecznych. W ciągu dnia czuliśmy się bezpiecznie, a po zmroku ze względu na małe dzieci nigdzie nie wychodziliśmy
  10. Uprzejmość Albańczyków- Albańczycy są bardzo uprzejmi, co ma swoje dobre i złe strony. Z jednej strony, zawsze kiedy coś potrzebowaliśmy Albańczycy byli chętni do pomocy. Z drugiej strony, szczególnie panowie chcieli nam pomóc za wszelką cenę. Mężczyźni Albańscy mają trudność do przyznania się, że czegoś nie wiedzą, dlatego wskazywali nam drogę, nawet jak nie wiedzieli gdzie jest punkt, do którego podążamy. W rezultacie potrafiliśmy jeździć tam i z powrotem, bo za każdym razem wskazywano nam inny kierunek jazdy.

Opactwo Cystersów w Henrykowie dawniej….

Zaledwie 50 km od Wrocławia mieści się opactwo Cystersów. Henryków nasączony jest historią zakony cysterskiego. A wszystko zaczęło się od Francji, gdzie w 1098 roku zostaje powołany pierwszy zakon cysterski. Założycielami była grupa mnichów pod przewodnictwem św. Roberta z Molesme, którzy zdecydowali się prowadzić samotne życie z dala od miast, w oparciu o regułę św. Benedykta. Zakon opierał się na kilku fundamentach: surowej ascezie, rezygnacji z dóbr feudalnych oraz pracy fizycznej. To, co charakteryzowało zakon cysterski to jednolitość (wszystkie klasztory przestrzegały tych samych zasad i zwyczajów), coroczne zebrania opatów wszystkich klasztorów w Citeaux i regularnych corocznych wizytacja ojca-założyciela we wszystkich swoich oddziałach zakonnych.

Powstanie zakonu Cystersów w Henrykowie datuje się na 1222 rok, kiedy to Henryk Brodaty udzielił Mikołajowi, wrocławskiemu kanonikowi zezwolenia na osiedlenie się Cystersów w Henrykowie. Pierwsi mnisi przybyli do Henrykowa w 1227 roku- było to dziewięciu mnichów z opactwa Lubiąż, kierowanych przez opata Piotra. Opactwo rozwijało się dynamicznie aż do inwazji Mongołów w 1241 roku, kiedy to klasztor został spalony i splądrowany.  Po inwazji Cystersi przystąpili do odbudowy swojego klasztoru i walki o odzyskanie majątku.

Opat Piotr w 1269 roku zaczął prowadzić kronikę zwaną Księgą Henrykowską, opisując historię założenia opactwa oraz spisując majątek klasztoru. Księga stała się jednym z najcenniejszych zabytków literatury polskiej, ponieważ zawiera m.in. pierwsze zdanie w języku polskim „day, ut ia pobrusa a ti poziwai”.

Z biegiem lat Cystersi umacniali swoją pozycję. O ich rosnącej sile świadczy powstanie opactwa siostrzanego w Krzeszowie. Według źródeł pod koniec XIII wieku w Henrykowie mieszkało 80 mnichów i braci świeckich. Cystersi w Henrykowie zajmowali się tkactwem oraz szewstwem.

Kres rozwoju klasztoru nastąpił podczas wojny husyckiej w latach 1428-1430, kiedy to kościół został ponownie spalony i splądrowany, a mnisi uciekli do Nysy i Wrocławia. Najazdy nękały opactwo jeszcze przez kolejne lata. Klasztor odzyskał względny spokój dopiero w XVI wieku, kiedy to opat Andrzej przystąpił do rozbudowy klasztoru oraz jego reform. Jego dzieło zostało jednak zniweczone przez wojnę 30-letnią i dopiero po wojnie przywrócono opactwo do dawnej świetności. Następnie wojny śląskie, a później napoleońskie przyniosły kres funkcjonowania klasztoru. W 1810 roku król pruski Fryderyk Wilhelm III ogłosił sekularyzację zakonu, w wyniku której mnisi opuścili mury klasztorne, a opactwo henrykowskie zostało zlikwidowane.

Następnie majątek klasztorny został zakupiony przez królową holenderską Fryderykę Wilhelminę. Pod koniec XIX wieku klasztor został przejęty przez książąt  sasko-weimarskich, którzy przekształcili klasztor w rezydencję magnacką oraz utworzyli przepiękny park tuż za kościołem.

W czasie II wojny światowej majątek został po raz kolejny splądrowany zarówno przez Niemców, jak i Armię Czerwoną. Z tego względu, że w budynkach klasztornych mieścił się szpital wojskowy budynki nie zostały zniszczone. Cystersi powrócili do Henrykowa dopiero w 1946 roku.

Opactwo Cystersów w Henrykowie dziś…

Obecnie działa tutaj Wyższe Seminarium Duchowne, Dom Opieki Społecznej oraz Katolickie Liceum Ogólnokształcące. Punktem Centralnym kompleksu jest kościół Wniebowzięcia NMP, przed którym stoi pomnik Trójcy Świętej z XVII wieku. Tuż za klasztorem rozciąga się przepiękny park z licznymi pomnikami przyrody, ścieżkami pieszymi i trasami rowerowymi oraz miejscami do odpoczynku. Zarówno na terenie ogrodu klasztornego, jak i parku napotkać można liczne pomniki przyrody. To tutaj właśnie można znaleźć jeden z najstarszych cisów w Polsce (szacuje się, że ma 754 lata) oraz przepiękne dęby szypułkowe.

W parku znajduje się także grób dawnego właściciela kompleksu- księcia Wilhelma Ernesta von Sachsen–Weimar–Eisenach.

Informacje praktyczne:

  • Samochód można zaparkować na parkingu przy drodze głównej z Henrykowa do Ziębic. Parking jest bezpłatny. Tuż za parkingiem znajduje się brama wejściowa na teren kompleksu klasztornego. Można też przejść od parkingu w stronę miasteczka i tam wejść bramą od ul. H. Brodatego.
  • W parku są wytyczone szlaki piesze i rowerowe, a nawierzchnia jest dogodna dla wózków niemowlęcych
  • Na zwiedzanie kompleksu klasztornego i parku z dziećmi należy przeznaczyć cały dzień. My przyjechaliśmy do Henrykowa rano około 9:30, a wyjeżdżaliśmy około 17:30. Zwiedziliśmy cały obiekt, pochodziliśmy po parku oraz zrobiliśmy sobie piknik. Nasze pociechy były przeszczęśliwe.
  • To znakomite miejsce do odpoczynku i zadumy. W Henrykowie byliśmy w niedzielę i spotkaliśmy tam zaledwie kilka osób. Nie było tłumów, można było nacieszyć się ciszą i spokojem