Przeskocz do treści

3 lipca zrobiłyśmy sobie damski wypad do Berlina. Tym razem bez mężów i dzieci. Chciałyśmy oderwać się na chwilę od codziennych obowiązków. Wybór padł na Berlin.

Berlin- jak dojechać?

Z Wrocławia do Berlina jest około 340 km. Można więc udać więc do stolicy Niemiec samochodem (około 3,5 godziny jazdy). My wybrałyśmy opcję pociągiem. Bilety można kupić już za 65 zł w obie strony (Intercity). Jeśli jedziemy grupą i chcemy siedzieć obok siebie to każdy kolejny bilet jest droższy. W związku z tym, że jechałyśmy w cztery osoby, a cena każdego biletu była inna, to zsumowałyśmy kwotę i podzieliłyśmy na liczbę osób. Pociąg wyjeżdża z Wrocławia o godzinie 5.07 i na miejscu jest 9.16. Akurat w naszym przypadku pociąg miał 40-minutowe opóźnienie i do Berlina dojechałyśmy o godzinie 10.00. Powrotny pociąg miałyśmy o godzinie 18.40. We Wrocławiu byłyśmy więc o 22.50. W powrotną stronę nie było żadnych opóźnień.

Berlin- informacje praktyczne

  • Generalnie w Niemczech możliwość płatności kartą wciąż jest rarytasem. Trzeba więc zaopatrzyć się w gotówkę. Sieć bankomatów jest dość dobrze rozwinięta, więc w razie braku pieniędzy można wypłacić gotówkę z bankomatu.
  • Wiele osób pytało mnie po przyjeździe czy w Berlinie jest bezpiecznie? Czy widać tam uchodźców? Berlin jest dość bezpiecznym miastem. Tak, jak w każdym dużym mieście istnieją obszary, gdzie poziom przestępczości jest znaczny, ale są to szlaki poza głównymi trasami turystycznymi. Oczywiście, jak w każdym dużym mieście trzeba zachować ostrożność. Tym bardziej, że głównym zagrożeniem są kieszonkowcy, których można spotkać w transporcie publicznym czy pubach.
  • Berlin jest bardzo dobrze skomunikowany. Można poruszać się po nim autobusami, metrem (U-bahn) lub koleją naziemną (S-bahn). Miasto podzielone jest na trzy strefy: A, B, C, z czego A obejmuje ścisłe centrum. Większość atrakcji turystycznych znajduje się właśnie w strefie A. Najbardziej opłaca się kupić bilet całodniowy za 7 euro (obejmuje wszystkie 3 strefy). W przypadku grupy można kupić bilet grupowy (19,90 euro za maks. 5 osób).
  • Wysiadając z pociągu na Dworcu Głównym w Berlinie (Berlin Hauptbahnhof) w większość miejsc turystycznych można udać się na piechotę.

Co można zobaczyć w Berlinie w jeden dzień?

  • Brama Brandenburska (Brandenburger Tor)- to symbol Berlina, a także symbol zjednoczenia państwa. Muszę przyznać, że do tego miejsca mam sentyment. Pierwszy raz byłam w Berlinie w 1999 roku. Koleżanki tato mieszkał w Berlinie i zabrał nas tam na Sylwestra, który miał miejsce właśnie pod Bramą Brandenburską, a na żywo wówczas grał Mike Oldfield. Brama została zbudowana dzięki królowie Fryderykowi Wilhelmowi II, który uznał, że wjazd do miasta musi być reprezentacyjny. Powierzył więc naczelnemu architektowi Dworskiego Urzędu Budowlanego- Carlowi Gotthardowi Langhansowi zaprojektować nową bramę. Inspiracją dla architekta były ateńskie Propyleje.

  • Aleja Lip (Aleja Unter den Linden)- jest to jedna z głównych alei Berlina prowadząca w stronę Alexanderplatz. Ma ona 1,5 km długości, a wzdłuż niej znajdują ślady niemieckiej sztuki i historii (galeria Deutsche Guggenheim, Biblioteka Państwowa, Uniwersytet Humboldta).
  • Uniwersytet Humboldta- został założony w 1810 roku, dzięki zaangażowaniu pisarza i polityka Wilhelma von Humboldta oraz jego brata Alexandra. Przed wejściem na dziedziniec uczelni stoją rzeźby przedstawiające obu inicjatorów. Przed uniwersytetem znajduje się także pomnik Fryderyka Wielkiego na koniu w otoczeniu generałów, dworzan i artystów.

  • Tuż obok Uniwersytetu Humboldta znajduje się gmach Opery Państwowej, pochodzący z lat 1741-43. Budynek został zniszczony w czasie II wojny światowej, ale został odtworzony na podstawie oryginalnych planów.

  • Zza budynku Opery wystaje imponująca kopuła katedry św. Jadwigi, zaprojektowana przez Georga Wenzeslausa von Knobelsdorffa, który wzorował się na Panteonie rzymskim. Fundatorem katedry był Fryderyk Wielki, w zamyśle którego świątynia miała służyć wyznawcom wszystkich religii. Ostatecznie katedra została oddana w zarząd katolików.
  • Zeughaus- arsenał został wybudowany w latach 1695-1706. Obecnie w budynku mieści się Deutsches Historisches Museum. Sam budynek stanowi okazały obiekt, który został wybudowany według wzorców barokowych.
  • Tuż przy Zeughaus znajduje się pałac następcy tronu, który ma również wiele cech barokowych. Za pałacem można podziwiać jeden z najpiękniejszych berlińskich mostów- Schlossbrucke, zbudowany w latach 1821-24.

  • Museuminsel (Wyspa Muzeów)- jest to fragment lądu oblany wodami Szprewy. Król Fryderyk Wilhelm III był inicjatorem i sponsorem utworzenia w jednym miejscu kompleksu obiektów wystawowych. Obecnie znajdują się tutaj: Altes Museum, Neues Museum, Alte Nationalgalerie, Peramonmuseum oraz Bode Museum.
  • Nad Szprewą najbardziej okazałym budynkiem jest ewangelicka świątynia Berliner Dom. Jej projektantem był Julius Raschdorff, który wzorował się na Bazylice św. Piotra. Budowano ją w latach 1893-1905, jednakże w czasie II wojny światowej została całkowicie zniszczona. Świątynie odbudowano ostatecznie w 1993 roku (odbudowa trwała prawie 20 lat).

  • Alexanderplatz oraz wieża telewizyjna- jest to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc wschodniej części Berlina. Jest to też miejsce symboliczne. Tutaj bowiem 4 listopada 1989 roku zebrało się ponad 500 tys. Niemców, domagających się reform i wolności słowa. Wydarzenie to przyczyniło się do rychłych przemian w całym kraju.

Tyle udało nam się zwiedzić w jeden dzień. Oczywiście jest to tylko fragment Berlina. Na pewno musimy tutaj wrócić na dłużej. Jednakże ten wyjazd miał dla mnie wydźwięk przede wszystkim sentymentalny. Wcześniej w Berlinie byłam trzykrotnie (w 1999 roku, w 2000 roku i w 2006 roku). Przez te kilkanaście lat miasto zmieniło się diametralnie. Warto było na nie po latach spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Tym razem napiszę kilka słów o służbie zdrowia na Malcie, z którą mieliśmy wątpliwą przyjemność zetknąć się podczas pobytu. Wydaje się sprawą oczywistą, że podstawą każdego wyjazdu jest zakup ubezpieczenia. Z pełną świadomością piszę, że wydaje się…bo znam osobiście takie osoby, które potrafią jechać na narty np. do Włoch i nie wykupić żadnego ubezpieczenia (a narty skądinąd to sport kontuzyjny). My w każdym razie bez ubezpieczenia nigdzie się nie ruszamy, a na pewno nie zagranicę.

Jadąc na wakacje w Europie opcje są dwie:

  1. Wyrobienie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ)

Wniosek o kartę można złożyć osobiście w oddziale NFZ, zeskanować i wysłać mailem do oddziału wojewódzkiego NFZ, wysłać pocztą lub faksem do oddziału NFZ lub przesłać za pomocą systemu ePUAP.

Po rozpatrzeniu wniosku i wydaniu karty, można ją odebrać osobiście w oddziale NFZ lub karta może być wysłana pocztą (jeśli taka opcja została wybrana jako sposób odbioru).

Karta w przypadku osób zatrudnionych ważna jest 18 miesięcy lub 5 lat w przypadku dzieci.

  1. Wykupienie prywatnego ubezpieczenia oferowanego przez określone Towarzystwo Ubezpieczeniowe lub bank

Wykupując takie ubezpieczenie należy kierować się nie tyle jego ceną, ale przede wszystkim kwotami i zakresem świadczeń. Czasem różnica pomiędzy poszczególnymi pakietami jest nieznaczna, a kwoty i zakres świadczeń różnią się diametralnie.

My korzystamy od lat z jednego Towarzystwa Ubezpieczeniowego, ponieważ kilka razy zdarzyło się, że musieliśmy skorzystać ze służby zdrowia za granicą (np. na Sri Lance) i to Towarzystwo spisało się bardzo dobrze.  Wychodzimy z założenia więc, że skoro na drugim końcu świata ono nas nie zawiodło, to będziemy lojalnymi klientami.

Lecąc na Maltę wykupiliśmy tylko ubezpieczenie prywatne, bo przyznam szczerze minimalizuję w swoim życiu kontakt z NFZ. Nie jest to instytucja, z którą styczność napawa mnie optymizmem. Dlatego wolę opcję drugą, tym bardziej, że takie ubezpieczenie można wykupić online w kilka minut. Poza tym, EKUZ sprawdza się tylko w przypadku publicznej służby zdrowia. Jeśli chcemy skorzystać z prywatnej opieki medycznej zagranicą druga opcja jest korzystniejsza.

Za ubezpieczenie naszej 4-osobowej rodziny na Malcie w pakiecie Large zapłaciliśmy niecałe 120 zł. Kwota więc jest przyzwoita, a ochrona ubezpieczeniowa całkiem niezła.

Tym razem również nie obyło się bez uniknięcia służby zdrowia. Lecąc na Maltę Kajcia była lekko przeziębiona. Wydawało się nic groźnego: katarek i lekki kaszelek. Silny wiatr na płycie lotniska we Wrocławiu, klimatyzacja w samolocie, taksówce i hotelu nie pomogły w zwalczeniu infekcji, a wprost przeciwnie przyczyniły się do jej zaostrzenia. Na drugi dzień po przylocie Kaja zaczęła jeszcze bardziej kaszleć i mieć problemy z przełykaniem. Skorzystaliśmy więc z wykupionego ubezpieczenia. Zadzwoniliśmy na całodobową pomoc medyczną i w ciągu godziny firma ubezpieczeniowa przysłała nam lekarza rodzinnego do hotelu. Pani doktor zbadała Kajcię i w zasadzie zaleciła tylko podawanie paracetamolu i syropu na kaszel dla dzieci od 3 miesięcy (Infant’s cough syrup firmy Benylin).

Co ciekawe, jak zapytałam o możliwość zastosowania jakichkolwiek inhalacji dla Kajci, to pani doktor się uśmiechnęła i powiedziała, że są one skuteczne tylko w przypadku astmatyków i palaczy z problemami płucnymi. Ale słyszała, że w Polsce są często stosowane w przypadku dzieci. Ona jednak nie wierzy w ich skuteczność. No cóż...co kraj to obyczaj.

Apteki na Malcie są dostępne na każdym kroku i otwarte od 9 rano do 18, więc z wykupem lekarstw nie było problemu. Trzeba jednak wiedzieć konkretnie co się chce w nich zakupić, bo na fachowe doradztwo farmaceuty nie ma co liczyć. Bolało mnie gardło i poprosiłam panią o jakieś tabletki na gardło do ssania dla kobiet karmiących. Pani mi chciała wcisnąć tabletki, gdzie na ulotce było wyraźnie napisane, że nie zaleca się stosowaniu ich w przypadku kobiet w ciąży i karmiących. Gdy pokazałam pani farmaceutce ten zapis, wzruszyła lekko ramionami i powiedziała, że nic więcej nie ma.

Co ciekawe, na Malcie w aptece można skorzystać również z konsultacji lekarza rodzinnego, który przyjmuje w określone dni i godziny. Zastanawiałam się dlaczego..Moja hipoteza zakłada, że jest to podyktowane zapewnieniem powszechnej opieki medycznej  jak najszerszej grupie mieszkańców. Przychodnie i kliniki są często oddalone o kilkadziesiąt km od siebie i nie każdy ma możliwość, aby pokonać taki dystans.

W związku z tym, że po dwóch dniach samopoczucie Kajci się nie poprawiało, a nawet pogorszyło, bo Kajcia nie chciała jeść (jadła po 30-40 ml co 6-7 godzin) ponownie musieliśmy wezwać lekarza. Znowu zadzwoniliśmy na całodobową pomoc medyczną i przyjechała ta sama Pani doktor. Tym razem zaniepokoił ją brak apetytu naszej córeczki i skierowała nas do szpitala Mater Dei Hospital w Msidzie (oddalonego około 30 km od Bugibba, w której mieszkaliśmy).

Zadzwoniliśmy do firmy ubezpieczeniowej, w której mieliśmy wykupione ubezpieczenie i okazało się, że firma ta nie ma podpisanej umowy ze wskazanym szpitalem. W związku z tym mieliśmy dwie możliwości. Pojechać do wskazanego szpitala i pokryć wszelkie koszty we własnym zakresie (a nasze towarzystwo ubezpieczeniowe zwróci nam koszty po powrocie do Polski) lub czekać aż firma ubezpieczeniowa znajdzie nam placówkę, z którą ma podpisaną umowę. Nie chcieliśmy czekać więc wybraliśmy opcję pierwszą. Poza tym pani Christina Ellul poinformowała nas, że jest to najlepszy szpital pediatryczny w okolicy. Firma ubezpieczeniowa poinformowało nas również, abyśmy brali na wszystko co dotyczy pomocy medycznej Kajci paragony (np. za transport, lekarstwa), wówczas wszystkie koszty zostaną pokryte przez nią po powrocie.

Do szpitala pojechałyśmy taksówką (ja, Kajcia i koleżanka, która z nami była na Malcie). Koszt z hotelu do szpitala w jedną stronę wyniósł 25 euro.

Po przyjeździe do Mater Dei Hospital panowie z ochrony skierowali nas do rejestracji. Na szczęście nie było kolejki i od  razu pan przyjął od nas zgłoszenie oraz opłatę w wysokości 100 euro (gdybyśmy mieli EKUZ nie musielibyśmy ponosić żadnych opłat), po czym skierował nas do sali nr 1, informując, że zostaniemy wyczytane po nazwisku jak tylko będzie nasza kolej. Pan w recepcji nie był zbyt sympatyczny. Rzec można typowy urzędnik, co to etykieta urzędnicza nie pozwala mu popatrzeć prosto w oczy pacjentowi i nie daj Boże się uśmiechnąć.

Tutaj również nie czekaliśmy długo (około 10 min), kiedy Kaję zawezwano do środka. Wewnątrz ratownik medyczny przeprowadzał krótki wywiad, mierzył tętno i kwalifikował na izbę przyjęć pediatryczną. Po przeprowadzeniu tych czynności, wystawił nam stosowny dokument i skierował nas do kolejnych drzwi, gdzie mieściła się izba przyjęć.  Przed wejściem na izbę mieścił się dzwonek. Po jego wciśnięciu, drzwi otworzyła sympatyczna pielęgniarka, która wzięła od nas wystawiony dokument i kazała czekać. I tutaj nie miałyśmy zbyt wiele szczęścia, bo czekałyśmy ponad 2 godziny (a byłyśmy drugie w kolejce, z czego pierwsze dziecko było już w środku). Dlaczego? Okazało się, że na całym oddziale był tylko jeden lekarz, który biegał pomiędzy izbą przyjęć a oddziałem. Przypomina Wam to coś? Hm… Czuliśmy się jak w domuJ

Po 2 godzinach zawezwała nas pani pielęgniarka. Młody pan doktor przeprowadził bardzo szczegółowy wywiad na temat dolegliwości Kajci i dokładnie ją zbadał. Osłuchowo była w porządku, ale to, co go zaniepokoiło  to brak apetytu. Według niego, 4-miesieczne dziecko powinno wypijać min. 300 mln na dobę, aby się nie odwodnić, a Kajcia tyle nie wypijała przez ostatnie 2 dni. Widziałam, że pan doktor tak naprawdę nie wie co z nami zrobić. Z jednej strony martwił się o stan zdrowia Kajci i bał się nas wypuścić ze szpitala. Z drugiej, nie chciał nas zostawić na oddziale. Po dłuższym namyśle skierował nas do poczekalni oddziałowej i kazał próbować karmić Kajcię, bo chciał zobaczyć jak ona je. Poczekalnia, muszę przyznać, daleko odbiegała od standardów polskich (przynajmniej od szpitala na Koszarowej we Wrocławiu, w którym byłyśmy kilka miesięcy wcześniej). Przede wszystkim była bardzo kolorowa, przestronna, pełna zabawek, gier i puzzli. Przyszło nam w niej spędzić kolejne dwie godziny, bowiem Kajcia nie zamierzała spełnić oczekiwań naszych i pana doktora. Po dwóch godzinach zapytałam co dalej…

Pan doktor zawezwał więc na konsultację profesora. Profesor po zapoznaniu się z naszym przypadkiem i namyśle odesłał nas do hotelu i kazał nam przyjechać na drugi dzień o 9 na wizytę kontrolną. Poinformował, że nie chce Kajci dawać antybiotyku, bo przecież oskrzela i płuca ma czyste, ale jeśli nie zacznie jeść do jutra to będzie to wskazane. Poinformował nas również, że nie musimy się na drugi dzień rejestrować, tylko od razu mamy udać się na izbę przyjęć.

Po kilku godzinach wróciłyśmy do hotelu, licząc na to, że jednak może stan zdrowia Kajci się polepszy przez noc. Niestety przez najbliższe godziny nie zjadła zbyt wiele, więc rano znowu wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy do szpitala.

Kiedy próbowałyśmy od razu dostać się na oddział zatrzymała nas ochrona, informując, że musimy udać się do rejestracji. Jakież było zdziwienie pana ochroniarza, jak powiedziałam mu, że tym razem procedura miała być uproszczona. Pan ochroniarz kazał nam zaczekać, a on sam wszedł na oddział upewnić się czy oby na pewno mówię prawdę. Po konsultacji z lekarzem wyszedł i poinformował, że jednak musimy przejść całą ścieżkę zdrowia od początku (rejestracja-sala nr 1- izba przyjęć). Był jednakże na tyle miły, że przy każdym okienku prosił pracownika o potraktowanie nas priorytetowo. Dzięki jego zaangażowaniu po 15 minutach byłyśmy już na oddziale.

Okazało się, że znowu na dyżurze jest ten sam pan doktor co wczoraj. A zaznaczyć chciałam, że dzień wcześniej opuszczałyśmy szpital po 22 i on cały czas aktywnie uczestniczył w procedurach medycznych. Musiał więc pełnić dyżur całą noc i rano nie wyglądał, jakby zaraz miał iść do domu. Znowu poczułam się jakoś tak swojsko…

Tym razem pan doktor od razu zawołał pana profesora, który zrobił ponownie wywiad i  zbadał Kajcię, po czym poinformował, że konieczny jest antybiotyk – Augumentin. Nawet z nim nie dyskutowałam, bo bałam się, że za chwilę Kajcia nam się odwodni.

I tutaj kolejna różnica w podejściu do leczenia. Na Malcie do antybiotyku nie zaleca się stosowania probiotyku. Jak zapytałam o priobiotyk, to pan profesor powiedział, że to nie jest konieczne, ale słyszał, że w Polsce podaje się te dwa lekarstwa, więc jeśli chcę, to mogę podać Kajci probiotyk, bo to nie zaszkodzi i nie pomoże. Wypisał nam receptę i mogłyśmy wrócić do Bugibba.

Po podaniu antybiotyku, drugiego dnia nastąpiła znaczna poprawa zdrowia i Kajcia zaczęła normalnie jeść, a także odzyskała siły witalne. Zetknięcie się z maltańską służbą zdrowia było dla nas kolejnym ciekawym doświadczeniem. Wyjazd to nie tylko przyjemne chwile. Trudne chwile też nas budują i czegoś uczą. Po powrocie znajoma zapytała mnie czy drugi raz pojechałabym za granicę z tak małym dzieckiem? Odpowiedź moja brzmi: TAK. Jadąc z niemowlakiem trzeba pamiętać tylko o kilku rzeczach:

  1. Mieć dobre ubezpieczenie, o czym wspominałam wyżej
  2. Sprawdzić poziom/jakość służby zdrowia w danym kraju (z niemowlakiem nie wybrałabym się np. do Paragwaju, gdzie byłam i gdzie standardy medyczne odbiegają znacznie od standardów europejskich)
  3. Znać język angielski (bez tego trudno byłoby sobie poradzić w sytuacji kryzysowej)
  4. Nie panikować (w sytuacjach kryzysowych paradoksalnie, ja, choleryk z natury, jestem osobą opanowaną i zachowuję zimną krew, a mój mąż panikuje i widzi czarne scenariusze). Dlatego, gdy musiałam jechać do szpitala na Malcie poprosiłam koleżankę o to, aby pojechała ze mną i z Kajcią, a nie męża, bo wiedziałam, że panika nam w niczym nie pomoże.

Tym razem postanowiliśmy wybrać się do Frydlantu w Czechach. Tym bardziej, że naczytałam się samych dobrych rzeczy na temat tej miejscowości. Na liście priorytetów, które chcieliśmy zobaczyć znalazły się:

Zamek Frydlant

Zamek jest usytuowany 12 km od granicy polsko- czeskiej, a ok. 50 km od Jeleniej Góry. Będąc w Górach Izerskich wiele osób polecało nam, podkreślając, że jest to najładniejszy zamek w okolicy. Postanowiliśmy to sprawdzić. Jednakże zanim się do niego wybraliśmy przybliżyliśmy sobie jego historię, ponieważ lubimy wiedzieć co nie co o miejscu, do którego się wybieramy.

Nie jest znana dokładnie data budowy zamku. Przypuszcza się, że około XIII wieku został zbudowany jako miejsce obrony przed najazdem tatarskim. Na uwagę zasługuje fakt, że przebiegał tutaj ważny szlak handlowy, co budziło szczególne zainteresowanie Tatarów. Warownia miała więc stanowić skuteczną obronę tego istotnego szlaku.

Zamek Frydlant

Zamek wielokrotnie zmieniał właścicieli, przez których był przebudowywany według własnych preferencji. Do jego zarządców należała m.in. rodzina von Biebersteinów, von Redern oraz Albrecht  von Wallenstein.

Za czasów zarządu Redernów dokonano rekonstrukcji zamku w stylu renesansowym. Stary budynek odrestaurowano, dzięki czemu nabrał nowego kolorytu. Zbudowano dwukondygnacyjny pałac z wieżyczką, bogato zdobiony. Wszystkie zmiany zostały dokonane przez włoskiego architekta Marco Spazio di Lancio i trwały ponad 20 lat.

Zamek Frydlant

Za szczególną postać w historii zamku uważa się Albrechta  von Wallensteina, który otrzymał go od cesarza Ferdynanda II (jak na ironię losu tego samego, który zlecił jego zabójstwo). Historia zapamiętała go jako wybitnego wodza w okresie wojny 30-letniej (był wodzem naczelnym wojsk cesarza Ferdynanda II). Po śmierci swojej zony w spadku otrzymał rozległe wioski, z główną siedziba we Frydlancie. W 1634 roku został zamordowany na polecenie austriackiego cesarza, który prawdopodobnie obawiał się talentu Wallensteina. Oficjalna wersja jednak mówi, że cesarz zlecił jego zamordowanie z powodu samowolnych pertraktacji Wallensteina z protestantami. Zwiedzając zamek, najwięcej uwagi poświęcone jest właśnie Albrechtowi  von Wallenstein i wojnie 30-letniej.

W XVII wieku wnętrze zamku zostało zmienione na styl barokowy. W drugiej połowie XVIII wieku miała miejsce kolejna rekonstrukcja warowni w stylu barokowym.

Sklep z pamiątkami przy zamku

Zamek został udostępniony jako muzeum do zwiedzania w 1800 roku (jako pierwsze nie tylko w Czechach, ale Europie Środkowo- Wschodniej) i jest uznawany za jeden z najpiękniejszych warowni w Czechach.Zamek składa się z dwóch części: zamku górnego w stylu gotyckim i renesansowego zamku dolnego. Do dziś zachowało się wiele eksponatów, będących w posiadaniu ówczesnych właścicieli.

Zamek można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Zwiedzanie odbywa się dwoma trasami. Pierwsza obejmuje dziedziniec zamkowy i wnętrza zamkowe (Sala Rycerska, arsenał, dawne biuro), Kaplicę św. Anny i wnętrza pałacowe (pokoje hrabiny, łazienka,pokoje dziecięce, pokój hrabiego, pokoje gościnne, jadalnia i kuchnia). Czas trwania 90-120 min.

Druga opcja to zwiedzanie arsenału (gdzie zobaczyć można kolekcje historycznych broni) i trwa 60 min.

Zamek jest zamknięty dla turystów od listopada do marca. Można go zwiedzać od kwietnia do października w następujących godzinach:

Kwiecień- od wtorku do niedzieli od 9 do 15.30

Maj, czerwiec - od wtorku do niedzieli od 9 do 16.00

Lipiec, sierpień - od wtorku do niedzieli od 9 do 16.30

Wrzesień - od wtorku do niedzieli od 9 do 16.00

Październik - od wtorku do niedzieli od 9 do 15.30

Opłaty:

Podstawowa trasa zwiedzania: 180 CZK (opłata ulgowa 130 CZK, wykład w języku obcym 260 CZK)

Arsenał: 150 CZK (opłata ulgowa 110 CZK, wykład w języku obcym 230 CZK)

Browar

Niedaleko zamku znajduje się browar, którego powstanie datuje się na XIII wiek. Pierwsze wzmianki o warzeniu piwa we Frydlancie pochodzą właśnie z 1381 roku. Browar przez wieku należał do właścicieli zamku, jednak czasy świetności przeżywał podczas zarządu Albrechta von Wallensteina (stąd nazwa lokalnego piwa Albrecht). Po II wojnie światowej zaprzestano produkcji piwa. Dopiero w 2014 roku browar został odrestaurowany i obecnie można tutaj nie tylko zasmakować pysznego piwa Albrecht w różnych odmianach, ale jest to także miejsce różnorodnych wystaw i festiwali. Co więcej, produkowane w browarze piwo otrzymało wiele nagród krajowych i międzynarodowych.

Odmiany piwa Albrecht:

  1. Albrecht 11° - lekkie piwo
  2. Albrecht 12° - lekkie piwo
  3. Albrecht Pale Ale – piwo powstające w wyniku wysokiej fermentacji
  4. Albrecht IPA – piwo typu indyjskiego (gorzkie, z posmakiem ziołowym)
  5. Albrecht Weizen – piwo pszeniczne

Browar można zwiedzać (wraz  z degustacją) codziennie od poniedziałku do niedzieli (od poniedziałku do czwartku czynny jest od 14 do 22, w piątek i sobotę od 12 do 24, a w niedzielę od 12 do 21).

Ratusz

Będąc w miasteczku warto odwiedzić neorenesansowy ratusz, który został zbudowany w latach 1893-1896 za sprawą wiedeńskiego architekta Franza Neumanna. W holu ratusza można zobaczyć popiersie Albrechta von Wallensteina. W ratuszu obecnie znajduje się muzeum miejskie, w którym można podziwiać makietę pierwotnego ratusza.

Ratusz
Piękne kamieniczki we Frydlancie
Piękne kamieniczki we Frydlancie

Lodowisko

Zostało ono całkowicie przebudowane w 2014 roku i jest uważane jako jedno z fajniejszych miejsc do jazdy na łyżwach w okolicy. Ceny są bardzo atrakcyjne: dorośli 30 K za 1,5 godziny, a dzieci do 15 lat 15 K.

 

Przyjeżdżając do Frydlantu rozczarowaliśmy się trochę. Po pierwsze, nie doczytaliśmy, że zamek o tej porze roku jest nieczynny. Byliśmy z samego rana, więc zwiedzanie browaru również nie było nam pisane. Czekanie z dwójką dzieci do godziny 14 nie było zbyt obiecujące, zwłaszcza, że na dworze temperatura wynosiła niecałe 3 stopnie C. Pojechaliśmy więc na zwiedzanie ryneczku. Rynek okazał się całkiem klimatycznym miejscem. Ratusz prezentował się dostojnie. Obok można było podziwiać piękne, zdobione kamienice. Jednakże to, co nas zdziwiło to puste lokale niemal w każdym budynku. Trudno było tutaj znaleźć jakąś restaurację czy kawiarnię. Lokale przysłonięte były prześcieradłami i zasłonami, co nie dodawało uroku temu miejscu. Gdzieniegdzie można było spotkać starszą osobę, przechadzającą się po rynku nieśpiesznym krokiem. Dla nas to miasto było jak wymarłe. Zastanawialiśmy się czy to kwestia pory roku czy taki urok miasteczka. W związku z tym, że mamy niedosyt tego miejsca (koniecznie chcemy wrócić na zamek), na pewno powrócimy tutaj wiosną lub latem, aby sprawdzić czy Frydlant ożył.

Jeden z lokali w centrum miasteczka

 

Kolejny zamknięty lokal w centrum miasteczka

Podróże z dziećmi wymagają nieco innej organizacji niż w przypadku osób dorosłych. Przede wszystkim program wycieczki musi być dostosowany do wieku i preferencji maluchów. Plan wyprawy oczywiście należy posiadać, ale trzeba do niego podchodzić elastycznie i w każdej chwili być gotowym na jego zmianę.

Hubercik od najmłodszych lat, ba nawet miesięcy dużo podróżuje i muszę przyznać, że jest znakomitym kompanem w podróży. Po pierwsze, nie musi mieć wielu zabawek, aby umilić sobie czas. Wystarczy mu kamień, patyk czy butelka, aby dobrze się bawić. Podczas rejsu statkiem na Gozo słomka od soczku służyła mu jako śrubokręt i naprawiał nim  wszystkie sprzęty. Po drugie, nie potrzebuje tableta czy smartfona, aby przetrwać kilkugodzinną podróż. Hubercik zwraca uwagę na ptaki za oknem, samochody przejeżdżające obok, budynki, a nawet kobiety na plakatach (widząc panią w bikini na bilboardzie zawołał „mamusia patrz jaka ładna pani”). Podczas każdej wycieczki wszystko chłonie i podziwia. Umie delektować się otaczającą rzeczywistością. Po trzecie, nie nudzi go zwiedzanie nowych miejsc. Będąc na Malcie potrafił zwiedzać na równi z nami od godziny 10 do 18 i nie narzekał, że go bolą nóżki czy, że jest znudzony.

Po powrocie do kraju zapytaliśmy Hubercika, co najbardziej mu się podobało. Bez wahania wymienił następujące rzeczy:

  1. Plac zabaw w Qawrze przy Aquarium

Plac znajduje się w sąsiedztwie Aquarium i jest otwarty cały dzień. Wstęp jest bezpłatny. Jest usytuowany nad samym morzem, co przyczynia się nie tylko do tego, że najmłodsi mają radochę, ale widoki cieszą oko także dorosłych. Obok placu znajduje się restauracja i toaleta. Przy placu są liczne ławki, gdzie rodzice mogą usiąść i obserwować swoje dzieci. Plac zabaw urządzony jest w klimacie morskim. Przychodziliśmy tutaj z Hubercikiem kilkakrotnie. Miejsce to nie tylko zapewniło synkowi dobrą zabawę, ale także nauczyło go obcowania z dziećmi różnych ras, kultur oraz mówiącymi odmiennymi językami. Miło było popatrzeć, jak wszystkie maluchy z różnych zakątków świata ze sobą biegają, śmieją się i rozmawiają.

Plac zabaw przy Aquarium w Qawrze

My mieszkaliśmy w miejscowości Buggibba w Buggibba Hotel. Z hotelu na plac zabaw było około 700 metrów. Droga prowadziła wzdłuż morza, w związku z tym łączyliśmy spacer wraz z zadowoleniem synka.

  1. Rejs promem na Gozo i miejsce, gdzie morze wyrzuciło meduzy (czyli Błękitna Laguna)

Wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę z Buggibba na Gozo. Koszt takiej wyprawy to 22 Euro od osoby, dzieci do lat 5 nie ponoszą żadnych kosztów, a dzieci powyżej 5 lat 15 Euro. Takie wycieczki oferują niemal wszystkie biura podróży, znajdujące się wzdłuż promenady. My wybraliśmy biuro znajdujące się na Buggibba Square. Korzystaliśmy z tego biura kilkakrotnie i byliśmy zadowoleni z serwisu.

Z samego rana z przystani w Buggibba wyruszyliśmy statkiem na Gozo.  Statek spóźnił się o godzinę, ale przywykliśmy, że punktualność nie jest najmocniejszą stroną Maltańczyków. Już sam rejs był atrakcją dla naszego Hubercika. Przede wszystkim duża przestrzeń statku sprawiła, że miał sporo miejsca do biegania. Po drugie, podziwiał morze zza okna i inne statki płynące w niedalekiej odległości. Po trzecie, Hubercik lubi duże skupiska ludzi i miejsca, gdzie się coś dzieje. Podczas rejsu obserwował podróżujących turystów i dopytywał o to, skąd są, dlaczego mają ciemną skórę itd.

Parostatkiem w piękny rejs czyli płyniemy na Gozo

Podczas rejsu na statku można zakupić kawę/herbatę, przekąski, natomiast napoje takie jak woda czy sok są bezpłatne. Jeżeli chcemy naszym pociechom zaoferować coś konkretnego do jedzenia (danie obiadowe) musimy zadbać o to we własnym zakresie, albo poczekać aż dopłynie się na Gozo.

Po dotarciu na wyspę Gozo przesiedliśmy się do dwupoziomowych autobusów z otwartą górą, którymi zwiedzaliśmy wyspę. Przejazd autobusem to była kolejna atrakcja dla Hubercika, który podziwiał widoki. Dodatkowo miał radość ze słuchania multimedialnego przewodnika w różnych językach.

Po dotarciu do Błękitnej Laguny Hubercikowi radość sprawiało chodzenie po skalistym podłożu i podziwianie meduz wyrzuconych na brzeg przez morze.

  1. Muzeum Samochodów Klasycznych w Quawrze

Muzeum jest czynne od poniedziałku do soboty. W dni powszednie jest otwarte do 9 do 18, w soboty od 9 do 13.30. Wstęp do muzeum kosztuje 10 Euro dla dorosłych, 4,5 Euro dla dzieci.

Na zwiedzanie muzeum wybrał się Hubercik z tatusiem. Na podkreślenie zasługuje fakt, że Hubercik jest fanem motoryzacji. Muzeum stanowi prywatna kolekcja samochodów Carola Galea, obejmuje ona pojazdy od lat 40. XX wieku do współczesnych. Kolekcja jest imponująca i bogata. Już od początku przy wejściu można podziwiać piękną Corvettę Roadstera z 1962 roku czy Forda Thunderbird z 1956 roku. Takich smaczków motoryzacyjnych jest znacznie więcej, dlatego na wizytę w muzeum trzeba poświęcić 1,5-2 godziny. Tym bardziej, że oprócz samochodów można tutaj podziwiać motory i łódź motorową Albatros. Zwiedzając to muzeum czujesz się, jakbyś cofnął się w czasie do złotych lat motoryzacji. Wszystkie okazy przepięknie się prezentują, a kolekcja zapiera dech w piersiach. Hubercik przez 2 godziny chodził po muzeum z uśmiechem na twarzy, słuchając opowieści taty o specyfice poszczególnych pojazdów. O zadowoleniu świadczy fakt, że miesiąc po wizycie w muzeum Hubercik zaskoczył nas mówiąc, że w muzeum podobał mu się mały samochodzik,  do którego wchodziło się otwierając przód pojazdu (a chodziło mu o BMW Isetta 250 z 1957 roku).

Muzeum Samochodów Klasycznych
  1. Aquarium w Qawrze

Aquarium usytuowane jest nad samym morzem. Z promenady przy Aquarium rozciąga się widok na morze. Wstęp jest płatny: bilet kosztuje 13,90 Euro dla dorosłych, dzieci do 4 lat mają wstęp wolny, dzieci od 4 do 12 lat- 7 Euro, a seniorzy powyżej 60 roku życia płacą 11,90 Euro. Aquarium jest czynne codziennie od poniedziałku do niedzieli od 10 do 18 (ostatnie wejście jest o 17.30).

W Aquarium można podziwiać bogactwo ryb tropikalnych (łącznie z rekinami czy murenami). Oprócz ryb można zobaczyć także płazy i gady. Aquarium jest podzielone na kilka sekcji, a każda z nich dedykowana jest osobnemu oceanowi. Dla Hubercika odkrywanie podwodnego świata było fascynującym doświadczeniem. Dopytywał o nazwy ryb, jak one się tam znalazły, co jedzą i czy są bezpieczne. Rozczarowany był tylko, że nie ma w oceanarium delfinów.

  1. Wioska rybacka Marsaxlokk

Przejazd z Buggibba do Marsaxlokk publicznym transportem zajął nam około godziny. Najpierw z zajezdni w  Buggibba dojechaliśmy do Valetty, a stamtąd do Marsaxlokk. Nazwa wioski pochodzi od słów „port” (Marsa) oraz „płd-wschodni wiatr” Xlokk. Do miejscowości przybyliśmy w niedzielę z rana, kiedy odbywa się targ. Po wyjściu z autobusu to, co rzuciło nam się w oczy to tłumy turystów podążające właśnie w stronę targu. Można na nim znaleźć nie tylko ryby i owoce morza, ale także ubrania, lokalne wyroby, zabawki itd. Targ jest usytuowany wzdłuż morza, przy wybrzeżu którym zacumowane są maltańskie łodzie Luzzu, charakteryzujące się barwnymi kolorami (żółty, niebieski i czerwony). Łodzie przykuły uwagę Hubercika, który oczywiście chciał od razu poznać szczegóły połowu ryb na nich.

Pogoda bardzo nam sprzyjała. Kiedy wyruszaliśmy z Bugibba było tam około 15 stopni i dość wietrznie. W Marsaxlokk było kilka stopni cieplej i bezwietrznie. Mimo więc, że byliśmy w grudniu w Marsaxlokk mogliśmy chodzić w krótkim rękawie i delektować się ciepłem promieni słonecznych. Hubercik tym bardziej cieszył się z tak pięknej pogody, ponieważ mógł zjeść dużego loda.

Wioska rybacka Marsaxlokk

To, co zachwyciło czterolatka podczas pobytu w wiosce to kolorowe łodzie, kolorowe budynki (Hubercik dopytywał dlaczego drzwi i balkony są np. żółte czy czerwone), dobra świeża rybka zjedzona w restauracji po drugiej stronie morza oraz targ pełen gadżetów kuszących dzieci

Widok z Uszguli na Kaukaz

Inny świat

Uszguli to niesamowite miejsce, które powinno być na liście każdego, kto udaje się do Gruzji. Miejscowość została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to najwyżej położona wioska w Europie (ponad 2200 m n.p.m.). Zamieszkuje ją około 70 rodzin (250 osób). Charakterystyczne dla tej miejscowości są wieże obronne, wznoszące się ponad domami. Na terenie Swanetii dochodziło do licznych starć pomiędzy rodami. Wieże obronne służyły jako miejsca schronienia dla poszczególnych rodzin. Nazwa miejscowości pochodzi od gruzińskiego słowa „ushishariguli”, oznaczającego „nieustraszone serce”. Jest to jedna z niewielu miejscowości, która nigdy nie została podbita.

Uszgula

Specyfika Uszguli

Lokalna społeczność obejmuje cztery starożytne osady: Zhibiani, Chvibianu, Chazhashi i Murkmeli. W miejscowości znajduje się kilka starych cerkwi, bowiem każda z osad wzniosła swoją świątynię. Było to podyktowane trudnymi warunkami klimatycznymi i niemożliwością dotarcia do innej miejscowości. Każda z osad zadbała więc o własną świątynię.  Jedną z najbardziej znanych jest cerkiew Lamaria (św. Marii),pochodząca z XI-XII wieku. Zgodnie z tradycją do świątyni przybywają ludzie, którzy mają problem z zajściem w ciążę, aby prosić Boga o powiększenie rodziny. Z własnego doświadczenia powiem Wam, że warto tutaj przyjechać i pomodlić się o powiększenie rodziny. W naszym przypadku modlitwa była owocnaJ

Cerkiew często bywa zamknięta, ale klucze ma staruszka mieszkająca w pobliżu. My akurat mieliśmy trochę szczęścia i świątynia była otwarta, aczkolwiek z relacji innych osób wiemy, że staruszka nie robi problemów z jej otworzeniem.

Mieszkający we wsi Swanowie różnią się od reszty Gruzinów. Mają własny język, tradycję, wierzenia i obyczaje. Od dawien dawna zajmowali się polowaniami. Nie uprawiali winogron jak w pozostałych regionach kraju, więc głośne biesiady są im obce. Jest to społeczność prowadzące spokojne i ascetyczne życie, nieufna wobec obcych.

Jedna z obronnych baszt przy wjeździe do Uszguli

Droga z Mesti do Uszguli

Do Uszguli można dostać się z Mesti (położona jest około 45 km od stolicy Swanetii). Nie kursują jednak tutaj żadne autobusy publiczne. Należy wynająć taksówkę z napędem na 4 koła, która Cię zawiezie. Koszt wynajęcia taksówki to 60-80 dolarów (im więcej osób tym taniej, należy się targować wówczas cena jest korzystniejsza). Warunki drogowe są fatalne, więc nie o każdej porze roku można dojechać do Uszguli. Najłatwiej dostać się tutaj latem (od czerwca do września), pod warunkiem, że nie ma ulewnych deszczy. Zimą dotrzeć w te rejony praktycznie nie ma szans, a jedyna droga prowadząca do wioski jest wówczas zamknięta). Nawet, kiedy są dobre warunki pogodowe przejazd tych 45 km zajmuje około 3,5-4 godzin, więc na wyprawę do Uszguli trzeba zarezerwować cały dzień.

Podróżując z dziećmi trzeba zabrać jedzenie i picie. W miejscowości nie ma żadnej restauracji. Jednakże mieszkańcy są na tyle mili, że jeśli zapytasz ich o możliwość zjedzenia posiłku to zaproszą Cię do domu i ugoszczą tym, co mają (łącznie z 60 procentową czaczą). Trzeba się jednak liczyć z tym, że posiłek w Swanetii jak na ceny gruzińskie, ba nawet polskie, jest dość drogi. My skorzystaliśmy z takiej gościny w jednym z gospodarstw Uszguli i nasz błąd polegał na tym, że nie zapytaliśmy na początku o cenę. Gościna była bardzo miła. Gospodyni poczęstowała nas lokalną sałatką, pomidorami z ogródka, czymś ala „zimne nóżki” i oczywiście lokalnym alkoholem. Takie wykwintne śniadanie kosztowało nas niecałe 80 zł. Ale w zamian mogliśmy obejrzeć muzeum, znajdujące się w pokoju obok, w którym znajdowało się parę wypchanych ptaków i kilka zdjęć dziadka, który zdobył wszystkie szczyty Kaukazu.

Lokalne muzeum w Uszguli:)

Wrażenia

Wyboista droga prowadząca do Uszguli i próbujący naciągnąć na każdym kroku lokalni nie odebrali nam radości z przybycia do tej miejscowości. Tutaj czas zatrzymał się w miejscu. Ośnieżone góry przeplatające się z zielonymi połaciami podnóży zapierały dech w piersiach. Z drugiej strony ponad 30 wież obronnych przypominało o krwawej historii tego miejsca. Nie znajdziesz tutaj restauracji, hipermarketów, sklepów ani żadnych sieciówek. Tylko nieliczni mieszkańcy mają samochód i kontakt ze światem zewnętrznym. Mieszkańcy tutaj żyją w zgodzie z naturą, bez pośpiechu i zbędnego stresu. Jest to bajeczne miejsce, do którego na pewno wrócimy. Tym bardziej, że gospodyni u której jedliśmy ekskluzywne śniadanie przepowiedziała nam, że będziemy mieli dziewczynkę. Przepowiednia się sprawdziła, więc jesteśmy zobowiązani wrócić tam i jej podziękować:)

Flaga Malty

Zanim wybierzecie się na Maltę warto wiedzieć kilka istotnych rzeczy:

  1. Lot z Wrocławia na Maltę trwa około 2h 40'
  2. Obowiązującą walutą jest Euro
  3. Bankomaty są ogólnodostępne, więc nie ma problemu z wypłatą gotówki
  4. Niemal w każdym sklepie, restauracji, hotelu, aptece, a nawet szpitalu można płacić kartą
  5. Malta należy do strefy Schengen, w związku z tym nie potrzebujesz wizy. Dla obywateli Unii Europejskiej wymagany jest tylko dowód osobisty. Paszport nie jest konieczny
  6. Jeżeli wybierasz się w lecie na Maltę musisz uwzględnić różnicę w czasie (plus 1h), w trakcie obowiązywania naszego czasu zimowego zarówno w Polsce jak i na Malcie obowiązuje ten sam czas
  7. Najgorętszymi miesiącami na Malcie są czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień. Temperatura wówczas waha się średnio od 26 stopni do 30 stopni C. W tym okresie temperatura wody jest także najwyższa - od 22 st. C w czerwcu do 24-25 st. C w kolejnych miesiącach. My na Malcie byliśmy na przełomie grudnia i stycznia, więc pogoda przypominała naszą wiosnę (a są to najzimniejsze miesiące:)) . Temperatury oscylowały w granicach 13-18 st. C. Czasami popadał przelotny deszcz, a od morza czasami powiał silniejszy wiatr. Generalnie było jednak słonecznie i ciepło
  8. Ceny na Malcie są bardzo zbliżone jak w Polsce. Za 11 noclegów ze śniadaniem w miejscowości Buggibba, w trzygwiazdkowym hotelu zapłaciliśmy niecałe 2000 zł + 10 euro opłata klimatyczna. Ceny produktów spożywczych i higienicznych w sklepach są również podobne do cen w Polsce. Jedynie warzywa i owoce są znacznie droższe - 1 kg jabłek kosztuje ok. 3 euro, pomarańcze około 4 euro, melon - ok. 3,5 euro, pomidory ok. 3 euro
    • nieco droższe są bilety wstępu do atrakcji turystycznych np. bilet wstępu do Muzeum Samochodów Klasycznych w Quawrze kosztuje 10 euro dla dorosłych i 4,5 euro dla dzieci
    • bilety do aquarium w Quawrze kosztują 13,90 euro dla dorosłych, 7 euro dla dzieci od lat 4 do 12, dzieci poniżej 4 lat wchodzą bez za darmo
    • ceny jednodniowych wycieczek różnią się w zależności od sezonowości. My byliśmy poza sezonem więc wiele wycieczek było o połowę tańsze (np. wycieczka zorganizowana z Buggibba na wyspę Gozo & Comino kosztowała 22 euro od osoby (w sezonie trzeba liczyć 44 euro od osoby), większość biur oferuje wycieczki dla dzieci poniżej 5 lat za darmo
  9. Sklepy są czynne od poniedziałku do niedzieli od rana do późnych godzin wieczornych (najczęściej do 22, ale zdarza się, że i dłużej). Malta jest krajem tylko w 20% samowystarczalnym gospodarczo, dlatego w sklepach znajdziesz przeważnie produkty z Włoch i Hiszpanii. Co więcej, jest też wiele produktów sprowadzanych z Polski (słodycze, proszki do prania, żele pod prysznic, napoje)
  10. Malta jest bardzo dobrze skomunikowana. Autobusem możesz dotrzeć w każde miejsce. Jeżdżą też one dość często. Bilety wahają się od 1,5 euro do 3 euro (dzieci do lat 4 jeżdżą bezpłatnie). Jedynym mankamentem jest fakt, że w przypadku, gdy autobus jest zatłoczony to kierowca nie zatrzymuje się na kolejnych przystankach. My mieszkaliśmy w Buggibba blisko zajezdni autobusowej więc mieliśmy pewność, że wsiądziemy do autobusu, co szczególnie w przypadku podróży z dziećmi miało ogromne znaczenie. W innych miejscowościach także staraliśmy się wsiadać na zajezdniach, aby nie tracić czasu na wyczekiwanie na przystankach
    Valletta - stolica Malty
    • większość autobusów przejeżdża przez Vallettę, skąd przesiadając się do innego autobusu można dostać się w inne turystyczne miejsce. Dobrze jest sprawdzić trasę autobusu, którym zamierzamy jechać, ponieważ niektóre z nich docierają do punktu docelowego okrężną drogą np. z Buggibba do Valletty jednym autobusem można jechać pół godziny, a innym 1,5 godziny
    • bilety kupuje się u kierowcy - dobrze mieć odliczone drobne pieniądze, ponieważ często kierowcy nie mają wydać
  11. Sieć taksówek na Malcie również jest dobrze rozwinięta, ale przejazd nimi jest korzystny jeśli podróżuje się w kilka osób np. przejazd z Bugibba do Marsaxlokk kosztuje 30 euro w jedną stronę (odległość między miejscowościami wynosi 40 km). Polecam korporację taksówkarką Blue Bird (oferuje atrakcyjne ceny, kierowcy są punktualni i bardzo pomocni, obsługa na centrali również jest bardzo pomocna, telefony kontaktowe: +356 21 571700, +356 21 574891, +356 99 497170, email: bbirdtaxis@yahoo.com
  12. Wypożyczenie samochodu na Malcie nie jest drogie (można znaleźć auto już za 200/300 zł za tydzień), aczkolwiek poruszanie się samochodem po Malcie nie jest proste. Wynika to z faktu, że we wszystkich miejscowościach na wyspie są bardzo wąskie uliczki, zamknięte dla ruchu kołowego. W związku z tym auto należy zostawić na obrzeżach miasta, a dalej udać się pieszo. Ponadto, na wyspie obowiązuje ruch lewostronny
  13. Dużo lepszym pomysłem jest wypożyczenie motoru lub skutera. Cena wypożyczenia skutera waha się w zależności od modelu i długości najmu, aczkolwiek średnia cena wynosi 30-35 euro/dzień. Dodatkowo płatne jest ubezpieczenie. Skuter może wypożyczyć osoba, która ukończyła 21 lat
  14. Z lotniska autobusem można dojechać do wszystkich turystycznych miejscowości. Autobusy z lotniska i na lotnisko oznaczone są literą X (np. X1, X2 itd.)
  15. My z tego względu, że jechaliśmy z małymi dziećmi zarezerwowaliśmy sobie taksówkę ze strony maltatransfer.com. Rozwiązanie to okazało się dość kosztowne. Jechali z nami znajomi, więc za 4 osoby dorosłe+2 dzieci zapłaciliśmy 54 euro w jedną stronę. Firma, oprócz opłat za osoby, dolicza sobie dodatkowe opłaty za sprzęt nurkowy, wózek dla dziecka i foteliki. Na miejscu okazało się, że foteliki są niedostosowane do wieku dziecka i Kajcia musiała jechać u mnie na kolanach
  16. Malta jest krajem katolickim, nie tylko z nazwy, ale bardzo praktykującym. Dlatego w katolickie święta spora część sklepów, restauracji, obiektów turystycznych, aptek jest zamknięta. My byliśmy na Malcie w trakcie Bożegonarodzenia. Mieszkańcy wyspy szczególnie religijnie obchodzą pierwszy dzień świąt (25 grudnia), wówczas rzeczywiście większość punktów handlowo-usługowych jest zamknięta (chociaż można oczywiście znaleźć otwarty sklep spożywczy czy restaurację). Na ulicy odbywają się natomiast liczne procesje i pochody. Mieszkańcy pozdrawiają wszystkich serdecznym "Merry Christmas"
  17. Udając się na Maltę musisz zabrać przejściówkę na brytyjskie gniazdka. Oczywiście można kupić też taką przejściówkę na miejscu. W naszym hotelu można było wypożyczyć taką przejściówkę za 1 euro
  18. Na Malcie mieszkańcy mają dość elastyczne podejście do czasu, dlatego uzbrój się w cierpliwość czekając np. na taksówkę. Kilkunastominutowe spóźnienia są normą

Pierwszą wyprawę w czterosobowym składzie odbyliśmy, kiedy Kaja miała 4 miesiące a Hubercik 3,5 roku. Zdecydowaliśmy się na święta Bożegonarodzenia polecieć na Maltę. Dlaczego Malta? Po pierwsze, jest to kraj katolicki a chcieliśmy poczuć atmosferę świąteczną. Po drugie, lot z Wrocławia trwa 2 godziny 40 minut, więc na pierwszy wypad z niemowlakiem jak w sam raz. Najbliżsi dopytywali nas, czy nie boimy się lecieć z tak małym dzieckiem? czy Kajcia nie jest jeszcze za mała? Postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze jak to jest podróżować w kwartecie...

Z Wrocławia na Maltę lecieliśmy Ryanairem. Zdecydowaliśmy się zakupić bilety w opcji Family Plus.  W ramach pakietu można wziąć 2 bagaże o wadze 20 kg, 2 sztuki bagażu podręcznego (do schowania w luku bagażowym), pierwszeństwo wejścia na pokład oraz darmowe miejsca do siedzenia dla dzieci. Za bilety dla całej naszej rodziny zapłaciliśmy niecałe 2300 zł.

Kolejnym krokiem była rezerwacja noclegu. W związku z tym, że Malta jest niewielkim krajem zdecydowaliśmy się nocować w jednym miejscu, a wyspę postanowiliśmy zwiedzać za pomocą dostępnych środków lokomocji (komunikacja publiczna, jednodniowe zorganizowane wycieczki, taksówki). Wybraliśmy Bugibbę z kilku względów. Jest to miejscowość położona nad samym morzem, z której promem można udać się w wiele innych ciekawych miejsc np. na wyspę Gozo. Ponadto, Bugibba to centrum nurkowe, a naszemu znajomemu, który z nami jechał zależało na nurkowaniu. Zarezerwowaliśmy nocleg w Buggiba Hotel ze względu na przystępną cenę (11 noclegów ze śniadaniem kosztowało nas niecałe 2000 zł + 10 euro opłata klimatyczna).

Następnym krokiem było przygotowanie do podróży. W związku z tym, że Kajcia jest karmiona piersią zaczęłam szukać informacji na temat możliwości karmienia piersią lub odciągnięcia pokarmu na lotnisku. Szukałam również informacji jak to jest z karmieniem piersią na Malcie w miejscach publicznych (w końcu to kraj dość konserwatywny). Przyznam szczerze nie wiele na ten temat znalazłam...

W końcu przyszedł czas pakowania. W związku, że temperatura w grudniu i styczniu na Malcie wynosi 12-18 stopni Celsjusza na pewno trzeba było wziąć inną garderobę aniżeli w Polsce. Postanowiłam jednak ograniczyć ciuchy do minimum, tym bardziej, że na Malcie na każdym kroku można znaleźć pralnię i za 6 euro wyprać 8 kg ciuchów.  Z tego względu jednak, że Kajcia jest jeszcze mała i przed wyjazdem była nieco przeziębiona i tak nazbierało nam się sporo rzeczy do zabrania:

  • laktator wraz z butelkami
  • podgrzewacz do mleka
  • pampersy na pierwszych kilka dni
  • inhalator
  • lekarstwa
  • przewijak turystyczny
  • wózek z gondolą
  • uniwersalna deskorolka- jeżdzący podest do wózka dla starszego dziecka, aby przetrwało całodniowe wyprawy

Udało nam się zapakować czterosobową rodzinę w dwa średniej wielkości plecaki. Uważam to za duży sukces, bo jak podróżowaliśmy z mężem bez dzieci również zabieraliśmy te same dwa plecaki. Jak urodził się Hubercik i zaczął z nami podróżować to także potrafiliśmy się zmieścić w te same plecaki. Im więcej osób w rodzinie tym paradoksalnie mniej rzeczy zabieramy dla siebie. Ograniczamy się do niezbędnego minimum.

Przed wyjazdem czytaliśmy również sporo o miejscach interesujących do zobaczenia na Malcie. To, co na pewno chcieliśmy zobaczyć to:

  • wyspę Gozo i Comino
  • stolicę kraju Vallettę
  • wioskę rybacką Marsaxlokk
  • średniowieczne miasto i dawną stolicę Malty Mdinę wraz z przylegającym Rabatem

Jak na pierwszą wyprawę z dziećmi ten plan wydawał nam się realny do zrealizowania. Resztę miała zweryfikować rzeczywistość:)

Tak przygotowani do podróży 22 grudnia ruszyliśmy w drogę ku nowej przygodzie...