Przeskocz do treści

W Wietnamie bardzo ważna jest hierarchia. Ma ona znacznie zarówno w rodzinie, jak i biznesie. Wynika to z faktu, że wietnamskie społeczeństwo hołduje następującym wartościom, kształtującym życie społeczne, ekonomiczne i polityczne w Wietnamie:

  • Hieu (synowska pobożność) i On (moralny dług) wskazują na relacje pomiędzy rodzicami i dziećmi, które znajdują odzwierciedlenie w innych strukturach społecznych. W myśl tych zasad, dzieci muszą być posłuszne rodzicom, szanować ich oraz usiłować spłacić wobec nich moralny dług, który jest niespłacalny
  • De (podstawowa relacja pomiędzy braćmi) określa model ról społecznych, gdzie starszy brat powinien wykarmić, chronić i uczyć młodszego brata, który w zamian powinien być posłuszny wobec starszego rodzeństwa i mieć do niego szacunek

Zasady  te skutkują tym, że w rodzinie dziadek lub/i ojciec jest najważniejszą osobą. To oni podejmują istotne decyzje. W wielu miejscach to głowa rodziny wyraża zgodę na ślub ich dzieci. Osoby starsze traktowane są z szacunkiem. Zawsze są obsługiwane jako pierwsze oraz wita się je w specjalny sposób (w Wietnamie w zależności od wieku i statusu wyróżnia się odmienne sposoby zwracania bezpośrednio do osoby np. do starszych mężczyzn zwraca się ong, do starszych kobiet ba). Pozostali członkowie rodziny powinny szanować najstarszych jej przedstawicieli i okazywać im posłuszeństwo. W miejscu pracy przełożony pełni rolę niczym głowa rodziny. Szef jest głównym decydentem. Pracownicy nie podejmują decyzji samodzielnie. Zawsze konsultują je z przełożonym. Dlatego też proces decyzyjny trwa dłoń, zwłaszcza jeśli struktura instytucji jest rozbudowana. Pracując w Wietnamie, musisz pamiętać o znaczeniu rangi i starszeństwa. Na przykład, jeśli kupujesz prezenty, upewnij się, że kupujesz lepsze/droższe prezenty dla menedżerów wyższego szczebla. Nie taktem jest wręczenie takich samych prezentów dla menedżerów wszystkich szczebli.

W relacjach biznesowych wskazane jest posługiwanie się nazwiskiem wraz z tytułem korporacyjnym np. dyrektor Pham. W ten sposób okazuje się szacunek osobom piastującym określone funkcje w firmie. Rzadkością jest zwracanie się do przełożonego per Ty. Nawet jeśli jest to menedżer średniego szczebla, podwładni zwracają się do niego w sposób sformalizowany.

Bardzo źle odbierane jest podnoszenie głosu na osoby starsze lub osoby o wyższej randze. Nie jest mile widziane prezentowanie zdania odmiennego niż ma przełożony.

W Wietnamie głowa rodziny, szef czy nauczyciel obdarzony jest nie tylko ogromnym szacunkiem, ale także autorytetem. Traktowani są jako osoby, które wyznaczają jednostce drogę w życiu. Człowiek bowiem jest nierozerwalnie związany ze społeczeństwem i nie jest w stanie funkcjonować poza nim. Na każdym etapie życia Wietnamczyk ma więc kogoś, kto go wychowuje, uczy, inspiruje i motywuje do działania.

3 lipca zrobiłyśmy sobie damski wypad do Berlina. Tym razem bez mężów i dzieci. Chciałyśmy oderwać się na chwilę od codziennych obowiązków. Wybór padł na Berlin.

Berlin- jak dojechać?

Z Wrocławia do Berlina jest około 340 km. Można więc udać więc do stolicy Niemiec samochodem (około 3,5 godziny jazdy). My wybrałyśmy opcję pociągiem. Bilety można kupić już za 65 zł w obie strony (Intercity). Jeśli jedziemy grupą i chcemy siedzieć obok siebie to każdy kolejny bilet jest droższy. W związku z tym, że jechałyśmy w cztery osoby, a cena każdego biletu była inna, to zsumowałyśmy kwotę i podzieliłyśmy na liczbę osób. Pociąg wyjeżdża z Wrocławia o godzinie 5.07 i na miejscu jest 9.16. Akurat w naszym przypadku pociąg miał 40-minutowe opóźnienie i do Berlina dojechałyśmy o godzinie 10.00. Powrotny pociąg miałyśmy o godzinie 18.40. We Wrocławiu byłyśmy więc o 22.50. W powrotną stronę nie było żadnych opóźnień.

Berlin- informacje praktyczne

  • Generalnie w Niemczech możliwość płatności kartą wciąż jest rarytasem. Trzeba więc zaopatrzyć się w gotówkę. Sieć bankomatów jest dość dobrze rozwinięta, więc w razie braku pieniędzy można wypłacić gotówkę z bankomatu.
  • Wiele osób pytało mnie po przyjeździe czy w Berlinie jest bezpiecznie? Czy widać tam uchodźców? Berlin jest dość bezpiecznym miastem. Tak, jak w każdym dużym mieście istnieją obszary, gdzie poziom przestępczości jest znaczny, ale są to szlaki poza głównymi trasami turystycznymi. Oczywiście, jak w każdym dużym mieście trzeba zachować ostrożność. Tym bardziej, że głównym zagrożeniem są kieszonkowcy, których można spotkać w transporcie publicznym czy pubach.
  • Berlin jest bardzo dobrze skomunikowany. Można poruszać się po nim autobusami, metrem (U-bahn) lub koleją naziemną (S-bahn). Miasto podzielone jest na trzy strefy: A, B, C, z czego A obejmuje ścisłe centrum. Większość atrakcji turystycznych znajduje się właśnie w strefie A. Najbardziej opłaca się kupić bilet całodniowy za 7 euro (obejmuje wszystkie 3 strefy). W przypadku grupy można kupić bilet grupowy (19,90 euro za maks. 5 osób).
  • Wysiadając z pociągu na Dworcu Głównym w Berlinie (Berlin Hauptbahnhof) w większość miejsc turystycznych można udać się na piechotę.

Co można zobaczyć w Berlinie w jeden dzień?

  • Brama Brandenburska (Brandenburger Tor)- to symbol Berlina, a także symbol zjednoczenia państwa. Muszę przyznać, że do tego miejsca mam sentyment. Pierwszy raz byłam w Berlinie w 1999 roku. Koleżanki tato mieszkał w Berlinie i zabrał nas tam na Sylwestra, który miał miejsce właśnie pod Bramą Brandenburską, a na żywo wówczas grał Mike Oldfield. Brama została zbudowana dzięki królowie Fryderykowi Wilhelmowi II, który uznał, że wjazd do miasta musi być reprezentacyjny. Powierzył więc naczelnemu architektowi Dworskiego Urzędu Budowlanego- Carlowi Gotthardowi Langhansowi zaprojektować nową bramę. Inspiracją dla architekta były ateńskie Propyleje.

  • Aleja Lip (Aleja Unter den Linden)- jest to jedna z głównych alei Berlina prowadząca w stronę Alexanderplatz. Ma ona 1,5 km długości, a wzdłuż niej znajdują ślady niemieckiej sztuki i historii (galeria Deutsche Guggenheim, Biblioteka Państwowa, Uniwersytet Humboldta).
  • Uniwersytet Humboldta- został założony w 1810 roku, dzięki zaangażowaniu pisarza i polityka Wilhelma von Humboldta oraz jego brata Alexandra. Przed wejściem na dziedziniec uczelni stoją rzeźby przedstawiające obu inicjatorów. Przed uniwersytetem znajduje się także pomnik Fryderyka Wielkiego na koniu w otoczeniu generałów, dworzan i artystów.

  • Tuż obok Uniwersytetu Humboldta znajduje się gmach Opery Państwowej, pochodzący z lat 1741-43. Budynek został zniszczony w czasie II wojny światowej, ale został odtworzony na podstawie oryginalnych planów.

  • Zza budynku Opery wystaje imponująca kopuła katedry św. Jadwigi, zaprojektowana przez Georga Wenzeslausa von Knobelsdorffa, który wzorował się na Panteonie rzymskim. Fundatorem katedry był Fryderyk Wielki, w zamyśle którego świątynia miała służyć wyznawcom wszystkich religii. Ostatecznie katedra została oddana w zarząd katolików.
  • Zeughaus- arsenał został wybudowany w latach 1695-1706. Obecnie w budynku mieści się Deutsches Historisches Museum. Sam budynek stanowi okazały obiekt, który został wybudowany według wzorców barokowych.
  • Tuż przy Zeughaus znajduje się pałac następcy tronu, który ma również wiele cech barokowych. Za pałacem można podziwiać jeden z najpiękniejszych berlińskich mostów- Schlossbrucke, zbudowany w latach 1821-24.

  • Museuminsel (Wyspa Muzeów)- jest to fragment lądu oblany wodami Szprewy. Król Fryderyk Wilhelm III był inicjatorem i sponsorem utworzenia w jednym miejscu kompleksu obiektów wystawowych. Obecnie znajdują się tutaj: Altes Museum, Neues Museum, Alte Nationalgalerie, Peramonmuseum oraz Bode Museum.
  • Nad Szprewą najbardziej okazałym budynkiem jest ewangelicka świątynia Berliner Dom. Jej projektantem był Julius Raschdorff, który wzorował się na Bazylice św. Piotra. Budowano ją w latach 1893-1905, jednakże w czasie II wojny światowej została całkowicie zniszczona. Świątynie odbudowano ostatecznie w 1993 roku (odbudowa trwała prawie 20 lat).

  • Alexanderplatz oraz wieża telewizyjna- jest to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc wschodniej części Berlina. Jest to też miejsce symboliczne. Tutaj bowiem 4 listopada 1989 roku zebrało się ponad 500 tys. Niemców, domagających się reform i wolności słowa. Wydarzenie to przyczyniło się do rychłych przemian w całym kraju.

Tyle udało nam się zwiedzić w jeden dzień. Oczywiście jest to tylko fragment Berlina. Na pewno musimy tutaj wrócić na dłużej. Jednakże ten wyjazd miał dla mnie wydźwięk przede wszystkim sentymentalny. Wcześniej w Berlinie byłam trzykrotnie (w 1999 roku, w 2000 roku i w 2006 roku). Przez te kilkanaście lat miasto zmieniło się diametralnie. Warto było na nie po latach spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Wodospady Foz de Iguaçu to jeden z największych cudów natury w Ameryce Południowej. Pomimo tłumów turystów, którzy przybywają je podziwiać, warto je zobaczyć, ponieważ zapierają dech w piersiach. Nazwa tego miejsca nie jest przypadkowa. Iguaçu oznacza wielką wodę…w końcu wodospad jest naprawdę wielki. Trudno nawet mówić w tym przypadku o jednym wodospadzie, bowiem jest to system kilkuset wodospadów.

Wodospad można podziwiać obecnie od strony argentyńskiej (80%), jak i brazylijskiej (20%). Jak dotrzeć do wodospadów Foz de Iguaçu?

My lecieliśmy z Berlina do Sao Paolo. Z Sao Paolo przedostaliśmy się autobusem do Rio de Janeiro, gdzie spędziliśmy kilka dni. Następnie z Rio de Janeiro autobusem pojechaliśmy do Foz de Iguaçu. Bilet kosztuje ponad 100 reali (w zależności od przewoźnika ceny wahają się od 110 do 130 reali). Dworzec w Rio de Janeiro jest ogromny, ale bardzo dobrze oznaczony. Autobus wyrusza punktualnie, a jego standard jest wysoki (wygodne siedzenia, klimatyzacja). W związku z tym, że w Brazylii odległości są ogromne, podróż do wodospadów trwała ponad 12 godzin. Wybraliśmy więc opcję podróży nocą, aby nie tracić czasu w dzień i nie wydawać pieniędzy na dodatkowy nocleg (które w Brazylii nie są tanie).

Strona argentyńska czy brazylijska?

Moim zdaniem warto zobaczyć wodospady z obu stron. Po stronie brazylijskiej jest mniejsza część wodospadów, ale można podziwiać je w szerszej perspektywie. Ścieżka jest usytuowana nieco dalej od wodospadów w porównaniu ze stroną argentyńską, ale możemy podziwiać ten cud natury w całej okazałości. Jeśli ktoś chce zobaczyć wodospady z bliska to zdecydowanie polecam stronę argentyńską. Po obu stronach można podziwiać Garganta del Diablo (Diabelskie Gardło) czyli punkt kulminacyjny wodospadów. Tworzy je ponad 14 kaskad wodnych spadających z wysokości ponad 80 metrów. Jest to najwyższy z 275 wodospadów.

Po stronie brazylijskiej możesz zwiedzać wodospady w godzinach od 9 do 17. Bilety wstępu możesz kupić na miejscu lub przez Internet. Aktualne ceny dostępne są na stronie: https://tickets.cataratasdoiguacu.com.br/

Obywatele Brazylii oraz państw należących do MERCOSURu płacą mniej za wstęp. Swoją drogą bardzo fajne rozróżnienie. Szkoda, że państwa Unii Europejskiej nie uprzywilejowują swoich obywateliJ Dzieci do 2 roku życia wchodzą bezpłatnie, a dzieci w wieku 2-11 lat mają zniżkę.

Zarówno za bilety, jak i w dostępnych punktach gastronomicznych można płacić kartą. Ponadto, przy wejściu dostępny jest bankomat.

Po stronie argentyńskiej cena za bilet jest również uzależniony od kraju pochodzenia. Najtaniej mają obywatele Argentyny i państw MERCOSURu. Po stronie argentyńskiej nie obowiązuje też zniżka dla dzieci. Ze względu na inflację, ceny po stronie argentyńskiej bardzo często ulegają zmianie. Nawet na stronie: https://iguazuargentina.com/en/parque-nacional-iguazu nie nadążają często ze zmianami cen, ale można przynajmniej mieć wiedzę poglądową na ten temat.

Do niedawna po stronie argentyńskiej można było płacić tylko gotówką. Od znajomych wiem, że aktualnie można już płacić także kartą kredytową.

Na uwagę zasługuje fakt, że po stronie brazylijskiej ceny są znacznie niższe niż po stronie argentyńskiej (dotyczy to nie tylko biletów wstępów, ale także cen napojów czy posiłków).

Unikatowość tego miejsca

Foz de Iguaçu to nie tylko wodospady, ale także rezerwaty przyrody. Można spotkać tutaj wiele gatunków zwierząt (małpy, oceloty, jaguary), jak i ptaków (papugi, tukany). Ponadto, można tutaj podziwiać przepiękną roślinność (bambusy, rośliny palmiaste).

Nocleg

My nocowaliśmy po stronie brazylijskiej w Foz de Iguaçu. Jest to spore miasto z dobrze rozwiniętą bazą noclegową. Ceny też są korzystniejsze niż w argentyńskim Puerto Iguazu. Wybraliśmy guest house na obrzeżach miasta, a za pokój zapłaciliśmy około 140 zł.

Foz de Iguaçu to jedno z najwspanialszych miejsc, jakie widziałam w życiu. To niesamowite, że natura stworzyła takie dzieło. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie zakręciła mi się łezka w oku patrząc na ogromne kaskady wodne. Przybywa tutaj corocznie ponad milion turystów, co świadczy o dużym zainteresowaniu tym niezwykłym miejscem. Nic dziwnego…w końcu wodospady zostały ogłoszone jako jeden z siedmiu Cudów Świata.

Rekomendacje w wietnamskim biznesie odgrywają kluczową rolę. Relacja biznesowa jest budowana na podstawie polecenia innej osoby. Jeśli masz rekomendację jako obcokrajowiec od Wietnamczyka, będziesz postrzegany jako bardziej wiarygodny partner w biznesie. Jeśli chcesz znaleźć pracę w Wietnamie, a jakikolwiek Wietnamczyk poświadczy, że jesteś dobrym człowiekiem, na pewno otrzymasz wybraną posadę. Dlaczego relacje są takie ważne w kształtowaniu się społeczeństwa wietnamskiego? Wszystko za sprawą konfucjanizmu, w którym podkreśla się rolę relacji w życiu człowieka. Dlatego Wietnamczycy są lojalnymi przyjaciółmi, a w pracy cenią sobie bardzo panującą atmosferę. Pracownicy jednej z firm, którą szkoliłam, po wykładzie na temat relacji w stosunkach z Wietnamczykami, powiedzieli „Już teraz rozumiemy dlaczego, kiedy przyjechała do nas do firmy wymiana z Wietnamu (tam znajdował się jeden z oddziałów firmy) nie mogła zrozumieć, dlaczego u nas na open space panuje taka cisza, nikt ze sobą godzinami nie rozmawia, a na lunch wychodzimy pojedynczo”. Dla Wietnamczyków życie w pracy musi opierać się na przyjaznej atmosferze, a relacje z kolegami z firmy opiera się na wzajemnym zaufaniu.

W związku z tym, Wietnamczycy preferują bezpośrednie kontakty w biznesie. Oczywiście korzystają z nowoczesnych technologii i środków komunikacji, aczkolwiek w kluczowych sprawach wolą spotkania bezpośrednie, celem lepszego poznania drugiej strony. Relacje biznesowe z Wietnamczykami nieuchronnie stają się po pewnym czasie relacją bliższą, społeczną. W przeciwieństwie do zachodnich relacji biznesowych, które pozostają profesjonalne i często z dala od sfery prywatnej, relacje biznesowe z Wietnamczykami prędzej czy później łączą te dwie sfery (prywatną i zawodową). Wietnamczycy wychodzą z założenie, że im lepiej Cię znają, tym lepszym jesteś partnerem biznesowym.

Jak budować relacje z Wietnamczykami?

Warto poświęcić trochę czasu na budowanie relacji z kolegami z Wietnamu. Wietnamczycy cenią sobie relacje długoterminowe. Nie oczekuj więc, że na początku znajomości Wietnamczycy będą szybko odpowiadali na Twoje maile czy, że szybko wynegocjujesz zadowalające dla Ciebie rozwiązanie. Cudzoziemcy często mylą uprzejmość Wietnamczyków z pozytywnym stanowiskiem. I tutaj można się rozczarować, ponieważ pozytywne nastawienie u Wietnamczyków oznacza gotowość na poznanie się. Dlatego jeśli Wietnamczyk zaprosi Cię po pracy na obiad lub do klubu karaoke nie odmawiaj mu. Wyjścia prywatne traktowane są w Wietnamie bowiem jako element budowania długotrwałej relacji.

Co więcej, zawsze okazuj szacunek i zainteresowanie drugą stroną. Wietnamczycy nie lubią kiedy się ich pogania czy krytykuje. Potrzebują natomiast czasu na lepsze zrozumienie.

Z doświadczenia wiem, że dla Europejczyków takie podejście nie jest proste do zaakceptowania. Często potrzebujemy decyzji natychmiastowej czy szybkiej odpowiedzi na maila. Szczególnie w świecie korporacyjnym czas gra ogromną rolę. Niemniej jednak chcąc uzyskać satysfakcjonujące stanowisko strony wietnamskiej, musimy uzbroić się w cierpliwość. Jeśli już zbudujemy dobrą relację z Wietnamczykiem, wtedy kolejne sprawy załatwimy znacznie szybciej.

Województwo lubuskie obfituje w jeziora.  W związku z upalną pogodą postanowiliśmy ostatni weekend spędzić właśnie nad wodą. Wybór padł na Jezioro Lubikowskie i Szarcz.

Jezioro Lubikowskie

Znajduje się około 10 km od Międzyrzecza (na terenie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego).  Jego głębokość sięga nawet 35,5 m. Ze względu na dogodną głębokość i czystą wodę jest ono miejscem cenionym przez nurków.  Korzystne warunki wiatrowe przyciągają tutaj natomiast miłośników windsurfingu. Wokół jeziora znajdują się ścieżki piesze i rowerowe. My korzystaliśmy z plaży na terenie Folwarku Amalia. Podyktowane to było kilkoma względami. Po pierwsze, w Folwarku można wypożyczyć rowerki wodne i kajaki. Po drugie, na terenie Folwarku znajduje się restauracja, a będąc z dziećmi zależało nam, aby zjeść jakiś domowy obiad. Po trzecie, na terenie Folwarku jest miejsce na ognisko i zadaszona wiata, w której można się schować w razie deszczu. Po czwarte, kolega chciał ponurkować, a właśnie w tym miejscu jest względnie spokojnie (mało turystów), a warunki do nurkowania są znakomite.

Jezioro Lubikowskie

Jezioro Szarcz

Położone jest w miejscowości Pszczew w dorzeczu trzech rzek: Warty, Obry i Odry (na terenie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego). Jest ono preferowane przez miłośników sportów wodnych, ze względu na swój owalny kształt i jego charakterystyczne położenie.  Jezioro jest czyste i bardzo przejrzyste (zaliczone zostało do II klasy czystości). Nie jest zbyt głębokie- głębokość maksymalna wynosi 14,5m.

Jezioro Szarcz

My nocowaliśmy w Ośrodku Wypoczynkowym Jeziorak, który jest położony nad samym jeziorem.  Nasz domek od jeziora dzieliła 200 metrowa odległość. Nad jeziorem jest piękna piaszczysta plaża. Wejście do wody jest stosunkowo płytkie, więc jest to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi. Dodatkowo, można wypożyczyć rower wodny lub kajak, co dla dzieci jest nie lada atrakcją.

Przed wyjazdem naczytałam się, że nad jezioro Szarcz przyjeżdżają tłumy turystów i trudno tutaj liczyć na ciszę. My byliśmy nad jeziorem w dniach 14-16 czerwca i było naprawdę bardzo spokojnie, a pogoda była rewelacyjna. Może to dopiero początek sezonu, bo wiele budek gastronomicznych i sklepików było jeszcze zamkniętych.

Poza tym, będąc w OW Jeziorak, to na co nie mogliśmy narzekać, to dogodna dla rodzin z dziećmi infrastruktura. Na terenie ośrodka znajdują się miejsca na grilla i ognisko, boisko do siatkówki plażowej, boisko do piłki nożnej oraz plac zabaw. Ośrodek położony jest na uboczu, więc można pospacerować wśród pól i lasów, z dala od cywilizacji.

Folwark Pszczew

Folwark Pszczew

Przy okazji, będąc nad Jeziorem Szarcz, można zwiedzić Pszczew, który ma swoją bogatą historię. Miejscowość ta należała do biskupów poznańskich. W XV wieku, kiedy to nadano miastu prawa magdeburskie, założono na terenie miejscowości folwark biskupi. Pod koniec XVI wieku wybudowano przedmieścia, które połączyły folwark z zabudowaniami miejskimi.  W XVIII wieku folwark trafił do rąk księcia Hohenloche-Jugelfingen, a ten następnie odsprzedał go baronowi Hiller Gartrigen. W połowie XIX wieku folwark trafił do rodziny Zu Dohna, która władała nim do końca II wojny światowej. W okresie PRL na jego terenie powstał PGR, po czym w 1990 roku trafił w ręce prywatne. Obecnie na terenie folwarku znajduje się agroturystyka ze SPA, restauracja oraz część pałacowa. Folwark otoczony jest pięknym parkiem.

Muzeum „Dom Szewca”

W Pszczewie znajduje się muzeum „Dom Szewca”. Już sam budynek, w którym znajduje się muzeum przyciąga uwagę. Wybudowano go bowiem w XVIII wieku z drewna na wysokiej kamiennej podmurówce. Nieruchomość należała niegdyś do rodziny szewca Feliksa Paździorka. Aby upamiętnić jego działalność aktualnie w muzeum można podziwiać warsztat i sklep szewca, a także zobaczyć wystawę „Dawny Pszczew na fotografii i na pocztówce”. W budynku znajduje się także Centrum Informacji Turystycznej oraz sklep z lokalnymi pamiątkami.

Muzeum Dom Szewca

Godziny otwarcia oraz cennik biletów znajdują się na stronie: http://www.pszczew.pl/muzeum-dom-szewca.html

Kościół ewangelicki w Pszczewie

Po II rozbiorze Polski Przczew trafił w posag Państwa Pruskiego. Na tereny miasta zaczęli przybywać osadnicy niemieccy,którzy w większości byli ewangelikami. W związku z tym, że nie mieli swojej świątyni, wybudowano w 1865 roku kościół ewangelicki. Świątynia została rozebrana w 1964 roku, a na jej miejscu stoi obecnie wielki kamień przypominający o jej istnieniu.

Pozostałości po dawnym Kościele ewangelickim

Weekend nad jeziorami połączyliśmy ze zwiedzaniem. W trzy dni zobaczyliśmy Międzyrzecz i Pszczew oraz pobiwakowaliśmy nad wodą. Województwo lubuskie to bogactwo akwenów wodnych i piękna natura, która zachwyca i pozwala oderwać się od wielkomiejskiego gwaru.

Zamek w Międzyrzeczu

Zamek w Międzyrzeczu jest jedynym królewskim zamkiem piastowskim w województwie lubuskim. Zamek swoje powstanie zawdzięcza Kazimierzowi Wielkiemu, który na miejscu dotychczasowego drewnianego grodu, postawił murowaną budowlę. Pierwotny gród powstał u ujścia Paklicy do Obry (stąd też pochodzi nazwa miejscowości- Międzyrzecz). Nie wiadomo dokładnie w jakich latach powstał gród, ale przypuszcza się, że prace nad jego budową trwały kilkadziesiąt lat. Od czasów powstania zamek był kilkakrotnie zdobywany i niszczony. Dzisiaj niewiele już zostało z dawnej budowli. Do zamku wchodzi się kładką, a po jej bokach można podziwiać basteje. Po wejściu na teren grodu można zobaczyć salę skazań i obejrzeć ruiny od środka.

Na terenie przyramkowego parku, w siedzibie dawnego starostwa, znajduje się muzeum, w którym podziwiać można kolekcję portretu trumiennego, portrety międzyrzeckich mieszczan, ekspozycję przedstawiającą obyczaje miejscowej ludności, a także wykopaliska archeologiczne pochodzące z obszaru Międzyrzecza.

Bilet wstępu do zamku kosztuje 5 zł. Dzieci do lat 7 mają wstęp wolny.

Zarówno zamek, jak i muzeum można zwiedzać od wtorku do soboty w godzinach 9:00-16:00, a w niedzielę od 10:00 do 16:00. We wtorki do zamku i do muzeum można wejść bezpłatnie.

Park przyzamkowy oraz pomnik przyrody

Zamek otoczony jest przepięknym parkiem, który bardziej nas urzekł niż sam zamek. Starannie wytyczone ścieżki, bogactwo drzew oraz rzeka Obra nadaje temu miejscu uroku. W parku można podziwiać lipę szerokolistną, wielkolistną, która różni się od lipy drobnolistnej bardziej rozłożystą koroną. Osiąga ona wiek nawet do 1000 lat. Na uwagę zasługuje fakt, że Słowianie uznawali lipę za święte drzewo. A polska tradycja szlachecka nakazywała posadzić przy domu lipę w dniu narodzin dziecka. Lipa szerokolistna przy muzeum została uznana jako pomnik przyrody w 1989 roku.

Na terenie parku znajduje się plac zabaw, którego oczywiście nie mogliśmy ominąć. Hubercik nie dość, że był podekscytowany wizytą w zamku i nabyciem drewnianego miecza, to jeszcze miał frajdę z zabawy na placu zabaw.

Rynek w Międzyrzeczu

Na środku rynku znajduje się ratusz miejski, który otoczony jest pięknymi kamieniczkami. W 1806 roku jedna z nich była zamieszkiwana przez Napoleona. To, co przyciąga uwagę to piękne kwieciste klomby, które wraz z kolorowymi kamieniczkami nadają temu miejscu kolorytu.  Tego czego nam jednak brakowało w tej centralnej części miasta to kawiarenki, w której można posiedzieć i podziwiać rynek miasta.

Dzisiaj post nieco inny- niezwiązany z podróżowaniem, ale gdy popatrzymy na to z innej strony i tutaj znaleźć można korelację. W końcu macierzyństwo to też podróż- tyle, że długotrwała i pełna  wyzwań. Jednak do rzeczy…Kajcia niedługo kończy 10 miesięcy i jest karmiona piersią inaczej (KPI), a ja postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami. W wieku miesiąca moja córeczka podłapała infekcję, która zaatakowała jej uszka. Z powodu infekcji trafiłyśmy do szpitala. Miała wówczas problemy z przełykaniem i przestała jeść (nie chciała ssać piersi, ponieważ sprawiało jej to ogromny ból). W związku z tym zmuszona zostałam przejść na odciąganie mleka laktatorem. Szczerze mówiąc, nie myślałam, że moja przygoda z tym urządzeniem będzie trwała tak długo. Tym bardziej, że w przypadku Hubercika również musiałam po miesiącu zacząć odciągać pokarm (powodem było za krótkie wędzidełko, ale nikt nam tego wówczas nie zdiagnozował pomimo kilkakrotnych wizyt u lekarzy i konsultacji z dwoma paniami położnymi). Jednak w przypadku Hubercika laktację udało mi się utrzymać zaledwie 5 miesięcy. Tym razem postanowiłam utrzymać ją za wszelką cenę.

Wiedzę czerpałam przede wszystkim ze stron anglojęzycznych. W Polsce bowiem karmienie piersią inaczej wciąż nie jest popularne. Większość informacji koncentruje się na tradycyjnym karmieniu piersią. Położna laktacyjna doradzała mi „musi się Pani uzbroić w cierpliwość i dostawiać. Maleństwo na pewno zaskoczy znowu i zacznie ssać pierś”. Próbowałam, ale każda próba kończyła się rozzłoszczeniem córeczki i moją frustracją. W końcu powiedziałam sobie dość i postanowiłam skupić się na odciąganiu pokarmu laktatorem jak najdłużej, aby dostarczyć Kajci najlepszego pokarmu, jakim jest mleko matki.

Udało mi się to dzięki przestrzeganiu kilku prostych zasad:

  1. W pierwszych 6 miesiącach życia odciągałam pokarm co 3 godziny (również w nocy) metodą 7-5-3 (7 minut odciągasz najpierw z jednej piersi, potem z drugiej, 5 minut z jednej pierwszej, potem z drugiej i 3 minuty z jednej piersi, a potem z drugiej). Musisz założyć więc 15 minut na każdą pierś. Ważna jest konsekwencja. Pewnie, że byłam czasem zmęczona a na widok laktatora robiło mi się niedobrze, ale postanowiłam, że tym razem się uda i się udało.
  2. Używałam magicznej silikonowej butelki, zwanej też kolektorem pokarmu. Poleciła mi go koleżanka, ba… nawet podarowała w prezencie (dziękuję Natalia). Muszę przyznać, że z pozoru niepozorna rzecz okazała się bardzo pomocna. Zdarzało się, że podczas odciągania pokarmu do tej buteleczki ściekało mi nawet 100 ml (w najbardziej obfitych okresach). Poza tym porównywałam i bez użycia buteleczki ściągałam mniej pokarmu niż w przypadku jej zastosowania.
  3. Humana Piulatte- ten środek poleciła mi inna koleżanka (dziękuję Dorota). Wcześniej piłam Femaltiker i Lactosan i przyznam szczerze, że nie widziałam efektu w postaci większej ilości pokarmu. Humana Piulatte jest produktem droższym, ale po stosowaniu tego środka widziałam naprawdę przyrost pokarmu. Piłam go tylko kiedy spadała mi laktacja przez kilka dni, a kiedy produkcja mleka się normowała odstawiałam środek. Zawsze jednak miałam go pod ręką.
  4. Jadłam migdały. Zdarzało mi się, że zjadałam całą paczkę migdałów w ciągu dnia i po kilku godzinach widziałam przyrost pokarmu. Nie mówiąc, że migdały warto jeść z tego względu, że są produktami bogatymi w składniki odżywcze.
  5. Picie dużej ilości wody- wypijałam nawet 5 litrów wody mineralnej niegazowanej dziennie. W dni, kiedy piłam mniej od razu obserwowałam spadek produkcji mleka.
  6. Odpoczynek i sen- kiedy miałam tzw. „gorszy dzień” z powodu nieprzespanej nocy lub stresu poziom odciąganego pokarmu spadał. W przypadku posiadania maleństwa trudno dawać porady typu „musisz odpocząć/zrelaksować się”. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma pomoc babci na wyciągnięcie ręki. My z mężem musimy liczyć na siebie w tym względzie. W sytuacjach więc, kiedy produkcja mleka wykazywała tendencję spadkową, a za nami było kilka nieprzespanych nocy, starałam się regenerować w ciągu dnia.

Tych kilka prostych działań przyczyniło się do tego, że udało mi się utrzymać laktację przez długi okres, a w pewnych okresach miałam nawet nadprodukcję mleka. Wówczas zamrażałam pokarm w specjalnych woreczkach na tzw. „czarną godzinę”. Jednakże ta „czarna godzina” nigdy nie nadeszła. Po tych 9,5 miesiącach laktacja już na tyle mi się ustabilizowała, że nie stosuję już metody 7-5-3 i nie piję Humana Piulatte. Kajcia zaczęła jeść już pokarmy stałe, więc ograniczyłam odciąganie pokarmu do 3/4 razy dziennie. W nocy też już nie muszę włączać laktatora.

Co więcej, przez te kilka miesięcy oswoiłam się z tym urządzeniem. Koleżanki karmiące tradycyjnie piersią często mówią, że podziwiają mnie, że tyle czasu odciągam pokarm. A ja traktuję to jak każdą inną czynność związaną z opieką nad dzieckiem. Na tym etapie cieszę się, że odciąganie pokarmu zajmuje mi już tylko 1,5 godziny dziennie, a nie 4 godziny (jak przez pierwsze sześć miesięcy). Oczywiście cały czas trzeba myć i wyparzać butelki, co też jest czynnością czasochłonną, ale przyjmuję taki stan rzeczy z dobrodziejstwem inwentarza.

Laktator towarzyszy mi wszędzie- podczas wyjazdów, wyjść do kina czy teatru. Oswoiłam się z odciąganiem pokarmu w samochodzie, restauracji czy na plaży. I dzisiaj z perspektywy tych prawie dziesięciu miesięcy uważam, że warto było się poświęcić. Niektórzy uważają, że kobiety karmiące piersią inaczej pozbawiają się możliwości budowania relacji z maleństwem. Ja uważam, że relację z dzieckiem buduje się również na wiele innych sposobów i jeśli nie mamy możliwości karmienia piersią w sposób tradycyjny nie obwiniajmy się o to, tylko skoncentrujmy się na tym, co naprawdę jest ważne w naszym życiu.

 

 

Słyszeliśmy różne opinie o Kolorowych Jeziorkach. Jednym znajomym bardzo się one podobały. Inni byli rozczarowani. Jakiś czas temu postanowiliśmy sprawdzić to na własne oczy.

Kolorowe Jeziorka usytuowane są w Rudawskim Parku Krajobrazowym (we wsi Wieściszowice). Można tutaj zobaczyć cztery akweny o różnych kolorach: żółtym, purpurowym, błękitnym i zielonym/czarnym. Barwa zbiornika wodnego wynika z odmiennego składu chemicznego podłoża.

Pierwsze dwa jeziorka usytuowane są najniżej- na wysokości 560 m n.p.m. Żółty akwen jest najmłodszy. Purpurowe jeziorko swój kolor zawdzięcza występującym tutaj związkom miedzi i żelaza. W ładną pogodę przy piaszczystym brzegu można tutaj dojrzeć drobinki pirytu. Błękitny zbiornik znajduje się na wysokości 635 m n.p.m. Związki miedzi przyczyniły się do zabarwienia akwenu na niebiesko. Zbiornik ten jest głęboki- ma ponad 20 metrów głębokości na pewnych odcinkach. Zielone jeziorko pojawia się okresowo, po intensywnych opadach. Kiedy pojawiło się w 1997 roku po powodzi miało mocno grafitowy kolor, dlatego nazwano je także czarnym jeziorkiem.

Przy kolorowych jeziorkach znajduje się kilka parkingów (płatnych rzecz jasna, parking usytuowany najbliżej wejścia na ścieżkę edukacyjną kosztuje 10 zł). My zwiedzaliśmy jeziorka w niedzielę z samego rana, więc nie było problemów z zaparkowaniem. Kiedy wyjeżdżaliśmy około godziny 14.00 parkingi były zatłoczone.

Po ścieżce edukacyjnej trudno poruszać się wózkami niemowlęcymi. Do dwóch pierwszych jeziorek można jeszcze dojechać wózkiem. Do kolejnych już nie da rady. Trzeba więc wziąć chustę lub nosidełko. Trzeba jednak uważać, zwłaszcza po deszczu, ponieważ nawierzchnia jest śliska i nie trudno o pośliźnięcie się.

Na terenie Kolorowych Jeziorek jest bar, w którym można zjeść bigos lub pierogi. Zdecydowanie jednak polecamy Karczmę Kamienną w Czarnym Borze, która oferuje bardzo dobre jedzenie, a znajduje się 25 km od Kolorowych Jeziorek.

Kolorowe Jeziorka położone są około 100 km od Wrocławia, więc można zrobić sobie jednodniową wycieczkę, aby je zobaczyć. My jednak zdecydowaliśmy się na opcję z noclegiem. W miejscowości Trzcińsko (znajdującej się 15 km od barwnych akwenów) znaleźliśmy bardzo fajną agroturystykę, do której przyjechaliśmy dzień wcześniej.

Na pytanie czy warto tutaj przyjechać nie mam jednoznacznej odpowiedzi. My uwielbiamy przyrodę oraz cenimy sobie spokój i ciszę. Kolorowe Jeziorka spełniły więc nasze oczekiwania. Można pochodzić w ich okolicach po górkach oraz nacieszyć się świeżym powietrzem. Przyjechaliśmy tutaj wcześnie rano, więc nie było jeszcze tłumów turystów i można było spokojnie pospacerować. Jeśli ktoś natomiast oczekuje, że jeziorka to jakieś spektakularne akweny to może się rozczarować. Chociaż na uwagę zasługuje fakt, że National Geographic Traveler okrzyknął Kolorowe Jeziorka jednym z 7 cudów Polski. Walory estetyczne tego miejsca zależne są od pory roku i pogody. Warto to miejsce odwiedzić wiosną, wówczas barwy jeziorek wraz z rodzącą się do życia zielenią robią na pewno wrażenie.

Wręczanie prezentów dla Wietnamczyków jest bardzo ważnym elementem budowania relacji społecznych. W ten sposób okazuje się szacunek czy wdzięczność drugiej osobie. Upominki są także wyrazem uznania. Wręczanie prezentów ma charakter symboliczny. W akcie tym nie chodzi o to, aby rzecz była droga. Ważniejsze jest, aby niosła ze sobą określoną wartość symboliczną (Wietnamczycy cenią sobie symbole narodowe, dlatego docenią np. album o Polsce czy porcelanę z elementami folklorystycznymi).

Prezenty wręcza się nie tylko w biznesie, ale powszechne jest wymienianie drobiazgów z okazji rocznicy, święta Tet czy ślubu. Wręczanie prezentów zależy od kontekstu. Jeśli jest to prywatny prezent dla jednego z wietnamskich partnerów, powinieneś wręczyć go na prywatnej imprezie lub na spotkaniu biznesowym, jeśli nie ma tam nikogo innego. Jeśli masz prezent dla całego zespołu lub firmy, powinieneś go dać po spotkaniu biznesowym, na którym są wszyscy zainteresowani. Wietnamczycy mogą otworzyć prezent zaraz po jego otrzymaniu, ale mogą również otworzyć go znacznie później po jego otrzymaniu (np. w domu).

Ważne jest też opakowanie prezentu. Unikaj dekoracji z czarnymi elementami, ponieważ Wietnamczycy wierzą, że czarny kolor przynosi pecha. Również nie są mile widziane prezenty typu nóż, scyzoryk czy nożyczki, ponieważ Wietnamczycy uznają je za symbole niszczące relacje. Niedawno szkoliłam pracowników jednej z firm farmaceutycznych, która zainwestowała w Wietnamie. Okazało się, że delegacja polska, jadąc do Wietnamu, wręczyła swoim wietnamskim kolegom nóż opakowany w czarne etui, chcąc zrobić dobre wrażenie. Jak domyślacie się efekt był odwrotny…Znajomość etykiety biznesowej jest więc kluczowa do nawiązania dobrych relacji, zwłaszcza z odmiennymi kulturami.

Dzisiaj obchodzimy Dzień Dziecka. Każdy z nas na swój sposób świętuje ten dzień ze swoimi pociechami. Jedni wybierają się na piknik rodzinny. Drudzy ograniczają się do zakupu prezentów dla swoich dzieci. Niezależnie od tego, jak dzisiaj spędzamy ten wyjątkowy dzień, chciałabym przypomnieć Wam o idei tego święta….

Międzynarodowy Dzień Dziecka obchodzony jest niemal na całym świecie, aczkolwiek nie w każdym kraju świętuje się go na początku czerwca. Właściwie to tylko w państwach należących do dawnego bloku radzieckiego ten wyjątkowy dzień celebruje się 1 czerwca.

Początki tego święta sięgają 1925 roku, kiedy to przedstawiciele kilkunastu państw spotkali się w Genewie w Szwajcarii na konferencji poświęconej właśnie dzieciom, warunkom ich życia i rozwoju oraz problemom dotyczących dzieci. Podczas konferencji zainicjowano konieczność obchodzenia Dnia Dziecka, aby podkreślić, jak istotne są sprawy najmłodszych. Nie sugerowano jednak żadnej konkretnej daty, kiedy owo święto powinno być obchodzone w poszczególnych państwach.

Byłe sowieckie kraje ustanowiły 1 czerwca jako Dzień Dziecka (a dokładniej jako Międzynarodowy Dzień Ochrony Dziecka) w 1950 roku, a przyczyniła się do tego Światowa Federacja Kobiet Demokratycznych. Miało to być święto, przypominające o konieczności chronienia najmłodszych przed wojnami, głodem i jakimikolwiek krzywdami.

Do obchodzenia Międzynarodowego Dnia Dziecka w 1954 roku wezwała także Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ sugerowała, aby ten dzień wykorzystać na szerzenie braterstwa i porozumienia pomiędzy dziećmi na całym świecie, a także do podejmowania działań na rzecz rozwoju najmłodszych.

W tym wyjątkowym Dniu poświęćcie chwilę na refleksję nad tym co rzeczywiście jest ważne w życiu Waszych dzieci, co im jest rzeczywiście potrzebne do rozwoju oraz jakie wartości im przekazujecie. Jan Paweł II powiedział, że „troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka”. Życzę Wam i sobie także, aby za kilka lat okazało się, że ten sprawdzian zdaliśmy znakomicie, bowiem w dzisiejszych, trudnych czasach wychowanie dziecka jest szczególnie trudnym zadaniem.