Przeskocz do treści

Stefan Białobok był dyrektorem Instytutu Dendrologii PAN w Kórniku, a także członkiem honorowym  Polskiego Towarzystwa Botanicznego. Od najmłodszych lat rozwijał pasje związane z ogrodnictwem, bowiem jego ojciec był nauczycielem ogrodnictwa w szkole rolniczej. Doświadczenie dendrologiczne zdobywał nie tylko w Polsce, ale także w Czechach, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii i Belgi. Do najważniejszych zasług profesora Białoboka należy:

  • Wspólnie z ojcem założyli Zakład Sadownictwa przy Państwowym Instytucie Naukowym Gospodarwstwa Wiejskiego
  • Wraz z ojcem stworzyli największą wówczas w kraju kolekcję wierzb w Sadłowicach pod Puławami
  • W 1945 roku przejmuje kierownictwo Zakładem Badania Drzew i Lasu oraz Ogrodów Kórnickich wraz z Arboretum prowadząc liczne badania z genetyki drzew oraz wpływu zanieczyszczeń na rozwój krzewów i drzew.

Biorąc pod uwagę miłość profesora do dendrologii, nie dziwi mnie fakt, że Arboretum Leśnie w Stradomi zostało nazwane jego imieniem. Można tutaj spotkać tysiące gatunków roślin na powierzchni około 650 ha. Tym samym jest to jeden z największych tego typu terenów w Polsce. Arboretum uczestniczy także w licznych badaniach naukowych, a także podejmuje działania na rzecz popularyzacji wiedzy przyrodniczo-naukowej. Podczas spaceru można napotkać tutaj liczne gatunki: sosen, magnolii, traw ozdobnych, azalii i różaneczników, liliowców, kosaćców, funkii i wielu innych. Wiosną i latem wiele gatunków roślin kwitnie i wówczas można podziwiać je w całej okazałości. Jesienią natomiast można delektować się mieniącymi kolorami liści. Arboretum położone jest w otoczeniu lasów i stawów, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Jest to więc idealne miejsce na odpoczynek.

My podczas jesiennego spaceru po Arboretum zbieraliśmy grzyby i szyszki, Huberciki z tatusiem weszli na wieżę obserwacyjno-widokową, a także idąc ścieżką edukacyjną zapoznaliśmy Hubercika ze specyfiką życia w lesie. W sobotni poranek była tutaj zaledwie garstka zwiedzających, co też jest ogromną zaletą tego miejsca. Nieraz wspominałam w swoich wpisach, że staramy się wyszukiwać miejsc, gdzie nie ma tłumów ludzi. Arboretum na pewno należy do jednego z nich. I właśnie, żeby nadelektować się ciszą i spokojem, warto tutaj przyjechać.

 

Informacje praktyczne:

  • Wstęp do Arboretum kosztuje 3 zł, dzieci do lat 7 wchodzą na teren parku bezpłatnie
  • Na terenie Arboretum można jeździć rowerem czy hulajnogą. Nasz Hubercik czerpał ogromną radość z jeżdżenia rowerem po tak ogromnym terenie

  • Na terenie Arboretum są wyznaczone miejsca na piknik (wiaty z ławkami i stołami)

  • Przy wejściu do Arboretum jest tzw. kawiarnia. Jest to pomieszczenie zamknięte, w którym znajdują się automaty z kawą/herbatą, napojami i przekąskami. Są też stoły i krzesła, więc można sobie tutaj spokojnie usiąść i przekąsić małe co nie co.
  • Toalety znajdują się zaraz po wejściu na teren Arboretum
  • Po terenie Arboretum można bez większych trudności przemieszczać się wózkiem

Po intensywnej sobocie (cały dzień chodziliśmy po górach) niedzielę chcieliśmy spędzić spokojnie. Tym bardziej, że Hubercik narzekał troszkę, że go nóżki bolą. Trzeba więc było dawkować wysiłek fizyczny. W ramach relaksującej niedzieli wybraliśmy się do Jedliny Zdroju. Nie nastawialiśmy się na jakieś wielkie zwiedzanie. Chcieliśmy spędzić spokojny dzień na świeżym powietrzu.

Przyznam szczerze, że ostatni raz w Jedlinie Zdroju była co najmniej 10 lat temu. A od tego czasu wiele się zmieniło…

Miasteczko położone jest na wysokości około 500 m n.p.m pomiędzy dwoma wzgórzami. W zasadzie, z której strony się nie wjedzie do Jedliny rozpościerają się piękne widoki na Góry Wałbrzyskie i Sowie. Sam spacer wokół Jedliny w piękny jesienny ciepły dzień był dla nas ogromną przyjemnością. Górski pejzaż przeplatany czerwono-żółtą kolorystyką liści bardzo nas zachwycał. Hubercik nazbierał całą torbę kolorowych liści i kasztanów z naszej weekendowej wyprawy.

Dom Zdrojowy i Park Zdrojowy

Nasz spacer zaczęliśmy od Domu Zdrojowego. Warto wspomnieć, że pierwszy Dom Zdrojowy w Jedlinie Zdroju powstał w XVIII wieku, a rozkwit ośrodka zdrojowego nastąpił prawie 100 lat później. Dom Zdrojowy w Jedlinie Zdroju charakteryzował się możliwością kąpieli w mleku kozim i owczym, co było metodą innowacyjną jak na ówczesne czasy. W wyniku II wojny światowej działalność uzdrowiskowa została zawieszona i dopiero w 1962 roku ją wznowiono.

Aktualnie w Domu Zdrojowym można skorzystać z następujących zabiegów: hydroterapia (wodolecznictwa), aerosoloterapia (inhalacje), światłolecznictwo, elektroterapia, ultrasonoterapia, laseroterapia, magnetoterapia, krioterapia i masaże. Zabiegi dostępne są tylko w dni robocze. Umówić można się pod nr telefonu 748 493 200.

Chcieliśmy udać się do pijalni wód, ale Pani w Domu Zdrojowym poinformowała nas, że pijalnia w ten weekend jest nieczynna, bo obsługuje ją tylko jedna osoba, która akurat musiała wziąć wolne.

Poszliśmy więc do Parku Zdrojowego. Tutaj obowiązkowym punktem programu był plac zabaw. Spędziliśmy w nim prawie godzinę. W niedzielny poranek zarówno Park Zdrojowy, jak i plac zabaw był niemal pusty. Hubercik korzystał więc z dostępnych atrakcji dla dzieci pod okiem tatusia, a ja spacerowałam po parku z Kajcią, która smacznie sobie spała na świeżym powietrzu.

Park Aktywności Czarodziejska Góra

Kolejnym punktem naszej wizyty w Jedlinie Zdroju był Park Aktywności Czarodziejska Góra. Park składa się z: z parku linowego, wieży wspinaczkowej o różnym stopniu trudności, toru saneczkowego, toru saneczkowego oraz toru pontonowego. W parku linowym dostępnych jest 5 tras o różnym stopniu trudności i dedykowanych dzieciom w określonych przedziałach wiekowych:

  • Trasa Maluch – dedykowana dla dzieci w wieku od 3 do 8 lat, długość trasy wynosi 108 metrów i obejmuje 16 przeszkód. Przeszkody zabezpieczone są siatką, aby zapewnić bezpieczeństwo najmłodszym.
  • Trasa Junior – dedykowana jest dzieciom od 8 roku życia, wynosi 112 metrów i obejmuje 15 przeszkód. Dzieciom, które chcą pokonać tą trasę zakłada się uprzęże asekuracyjne
  • Trasa standard- dedykowana jest dla młodzieży od 14 roku życia i dorosłych, jej długość wynosi 120 metrów i obejmuje 14 przeszkód
  • Trasa Extremum- dedykowana jest osobom od 16 roku życia, jej długość wynosi ponad 300 metrów i obejmuje 20 przeszkód
  • Trasa Tyrolska – dedykowana jest osobom od 15 roku życia, ma długość ponad 500 metrów i obejmuje 21 przeszkód

Park czynny jest od kwietnia do października. W okresie zimowym park zamienia się w ośrodek narciarski. Cennik dostępny jest na stronie: http://polskieparkilinowe.pl/mapa,116,park.

Park Aktywności była dla Hubercika prawdziwą frajdą. Chociaż w zasadzie nie wiem kto czerpał większą radość- Hubercik czy jego tatuśJ Najbardziej jednak  podobała się naszemu synkowi przejażdżka na torze saneczkowym.

Czas na małe co nie co

Tuż przy Parku Linowym znajduje się kawiarnia „Słodkie sny”. Muszę o niej wspomnieć, ponieważ mieliśmy okazję spróbować tutaj obłędne tarty. Pani właścicielka przygotowuje je sama. Warto więc przyjść tutaj zarazo otwarciu kawiarni, ponieważ rozchodzą się one w piorunującym tempie.

Bardzo lubimy chodzić po górach, ale z tego względu, że nasza Kajcia nie lubi siedzieć za długo w nosidle wybieramy łagodne trasy, gdzie możemy przynajmniej częściowo przejechać wózkiem. Będąc w Sokołowsku wybraliśmy się w Góry Suche. Nazywane są one „sudeckimi Tatrami” ze względu na strome podejścia. Szlak zielony okazał się jednak bardzo przyjazny dla rodzin z dziećmi.

Wyruszyliśmy z centrum Sokołowska. Drogowskaz kierował nas w stronę Schroniska Andrzejówka. Szlak zielony na pewnym odcinku pokrywa się z żółtym. Ten drugi zdecydowanie nam odradzano ze względu właśnie na strome kamieniste podejście.

Szlak zielony okazał się naprawdę przyjemny. Podejście jest łagodne, a droga szeroka, więc można było wózkiem przejechać całą trasę. Na pewnych odcinkach szlak jest pokryty dość sporymi kamieniami, przez co trzeba włożyć więcej energii, aby małą pociechę dowieźć do celu. Dlatego też na ostatniej prostej zdecydowaliśmy się zostawić wózek na szlaku (schowaliśmy go w drewnianej chatce Marianka- weterana wędrówek) i przesadzić Kajcię do nosidełka. Nie była najszczęśliwsza z tego powodu, ale po kilkunastu metrach i ona zaczęła doceniać piękno otaczającego krajobrazu.  A w drodze powrotnej nawet nam śpiewała…

W każdym razie warto było dotrzeć do Schroniska PTTK Andrzejówka, usytuowanego na Przełęczy Trzech Dolin u podnóża szczytu Waligóry. Schronisko powstało w 1933 roku. W trakcie II wojny światowej służyło ono jako miejsce szkoleń dla Hitlerjugend. Pod koniec wojny obiekt został przejęty przez wojska Wehrmachtu. Po wojnie schronisko zostało otwarte w 1953 roku i od tego czasu funkcjonuje nieprzerwanie do chwili obecnej. Schronisko od kilku lat pozostaje w czołówce rankingu schronisk górskich, przygotowywanego przez polski magazyn turystyki górskiej. Wcale mnie to nie dziwi, bo schronisko naprawdę wyróżnia się na tle innych tego typu obiektów. Po pierwsze, jest pięknie usytuowane. Po drugie, menu schroniska jest naprawdę bogate, a co najważniejsze dania są przepyszne. Przyznam szczerze, że dania obiadowe w schroniskach, w których bywaliśmy, nie powalały na kolana. A tutaj wszystko smakowało znakomicie. Po trzecie, schronisko jest przestrzenne, a wystrój klimatyczny.

W sobotę przyjechaliśmy do Sokołowska. Powiem szczerze o tej miejscowości dowiedziałam się przez przypadek. Położona zaledwie 90 km wieś od Wrocławia urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Czasem tak mam, że gdzieś przyjeżdżam i zakochuję się w tym miejscu. I tak było właśnie z Sokołowskiem.

Dlaczego Sokołowsko?

Na przełomie XIX wieku profesor Uniwersytetu Warszawskiego Alfred Sokołowski prowadził w tej miejscowości badania na temat klimatycznego leczenia chorób płuc. Jego działania przyczyniły się do utworzenia w Sokołowsku sanatorium. Dla upamiętnienia jego zasług miejscowość nazwano właśnie jego nazwiskiem.

Usytuowanie Sokołowska

Miejscowości znajduje się 16 km od Wałbrzycha, 35 km od Świdnicy, niecałe 8 km od Golińska gdzie znajduje się granica polsko- czeska. Sokołowsko położone jest w Górach Suchych w Sudetach Środkowych.

Dlaczego warto przyjechać do Sokołowska?

Wystarczy, że zboczy się z głównej drogi w stronę miejscowości i rozpościerają się piękne górskie widoki. Sokołowsko odwiedziliśmy w piękny jesienny weekend, kiedy temperatura oscylowała w granicach 20-22 st. C. Piękne kolorowe liście drzew na tle gór robiły piorunujące wrażenie. Na tle górskiego krajobrazu dostrzec można niewielką miejscowość właśnie o nazwie Sokołowsk.

Co warto zobaczyć?

Kompleks dawnego sanatorium doktora Brehmera

Przy wjeździe do Sokołowska po prawej stronie rzuca się w oczy czerwony ceglasty budynek o ciekawej architekturze. Obiekt jest w remoncie, ale jego kształty przykuwają uwagę. Jest to kompleks dawnego sanatorium doktora Brehmera. W 1855 roku w budynku powstało pierwsze na świecie sanatorium dla osób chorych na gruźlicę. Wyjątkowy mikroklimat sprzyjał ich rekonwalescencji. Do miejscowości przyjeżdżali głównie arystokraci. Sokołowsko stało się inspiracją do powstania w XIX wieku uzdrowiska w szwajcarskim Davos, stąd miejscowość do dzisiaj określa się mianem śląskiego Davos. Szkoda jednak, że nie potrafiliśmy wykorzystać potencjału Sokołowska w takim stopniu, jak uczynili to Szwajcarzy ze swojego uzdrowiska.

Cerkiew prawosławna pw. Michała Archanioła

W Sokołowsku znajduje się jedyna cerkiew w Sudetach. Za cerkwią rozpościera się widok na góry. Przed świątynią znajdują się stawy, w których pływają kaczki. Cerkiew położona jest w magicznym miejscu. Widoki okalające świątynię z każdej strony zapierają dech w piersiach. Cerkiew jest zamknięta, ale przy odrobinie szczęścia można trafić na jej otwarcie. My to szczęście mieliśmy i weszliśmy do środka. Świątynia jest mała, ale urokliwa. Cerkiew została zbudowana w XIX wieku przez rosyjskich kuracjuszy, którzy tłumnie przyjeżdżali do miejscowości.

Balkon Kieślowskiego

W latach 50. XX wieku w Sokołowsku przebywał młody Krzysztof Kieślowski, który trafił tutaj z powodu choroby swojego taty. Rodzina Kieślowskich mieszkała naprzeciwko Kinoteatru Zdrowie. Od ulicy można podziwiać balkon mieszkania należącego niegdyś do rodziny reżysera.

W Sokołowsku reżyser zrealizował film dokumentalnych „Prześwietlenie” o ludziach cierpiących na choroby płuc. Co roku we wrześniu odbywa się tutaj Filmowy Festiwal Kieślowskiego, podczas którego zjeżdżają się artyści z całej Polski.

Kinoteatr Zdrowie

Kinoteatr Zdrowie był częścią kompleksu sanatoryjnego doktora Brehmera. Celem jego powstania było dostarczenie wrażeń teatralnych i muzycznych przybywającym tutaj tłumnie kuracjuszom. Budynek Kinoteatru Zdrowie został odremontowany w 2005 roku dzięki Fundacji Sztuki Wspólczesnej „In situ”. Budynek przyciąga uwagę ciekawymi muralami. Aktualnie można tutaj oglądać liczne seanse filmowe. Odbywają się tutaj także liczne imprezy kulturalne.

Festiwale

Sokołowsko jest wsią, ale takowej nie przypomina. Tętni życiem nie tylko ze względu na turystykę górską, ale liczne festiwale, które się tutaj odbywają. Oprócz wspomnianego wyżej Festiwalu Kieślowskiego, w Sokołowsku mają miejsce: Festiwal Sztuki Efemerycznej Konteksty, Festiwal Sanatorium Dźwięku, Sokołoskłot czy Dolnośląski Festiwal Młodego Widza.

Trasy spacerowe

Na Facebookowym Funpage’u Korona Sokołowska: https://www.facebook.com/pages/category/Statue---Fountain/Korona-Soko%C5%82owska-1008321772518739/ możecie znaleźć propozycje tras po Górach Suchych. Pomimo, że nie są to wysokie góry, są one określane „sudeckimi Tatrami” ze względu na strome podejścia. My wybraliśmy się zielonym szlakiem (najłagodniejszy, idealny dla rodzin z dziećmi) do Schroniska Andrzejówka, co opiszę w kolejnym poście.

Gdzie zjeść?

W Sokołowsku w zasadzie są trzy miejsca, gdzie można coś zjeść: Kawiarenka, Palmiarnia i Leśne Źródło. My wybraliśmy Palmiarnię, w której z dań obiadowych można zjeść tylko pierogi (ruskie, ze szpinakiem i kapustą i grzybami). Pierogi były całkiem smaczne. W Palmiarni serwują też znakomitą herbatkę zimową z miodem, pomarańczą, jabłkami i goździkami.

Powiem Wam szczerze, że wizyta w Sokołowsku była jedną z najbardziej pouczających wizyt w ostatnim czasie. Skłoniła mnie do głębszych dociekań historycznych na temat tego miejsca. Historia miejscowości poruszyła mnie i zainspirowała do dalszych poszukiwań. Mam nadzieję, że za jakiś czas podzielę się z Wami tą wiedzą.

Morawy to przepiękny region Czech. Jest tutaj mnóstwo atrakcji. Każdy znajdzie coś dla siebie. Przepiękna natura, zamki z ciekawą historią, klimatyczne miasteczka i Brno z ciekawą architekturą. W 7 dni nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, dlatego na pewno tutaj wrócimy. Do tego pyszne jedzenie i bardzo sympatyczni ludzie. Czego chcieć więcej…

Postanowiłam zebrać w jednym wpisie to, co polecamy zobaczyć będąc na Morawach:

  • Boskovice- piękne miasteczko żydowskie, w którym, obok urokliwych uliczek, zobaczyć można zamek, ruiny starego XIII-wiecznego zamku oraz westernowe miasteczko

  • Brno – stolicę Moraw

  • Ołomuniec- jedno z piękniejszych miast w Czechach
  • Blansko- małe miasteczko usytuowane tuż przy jaskiniach Morawskiego Krasu
  • Wieża widokowa w miejscowości Veselice (Rozhledna Podvrší – Veselice). Z wieży widokowej rozciąga się przepiękny widok na Morawski Kras, Wyżynę Drahańską, Wyżynę Czesko-Morawską, a także Wzgórza Pawłowskie. Pierwsza wieża widokowa w tym miejscu powstała w latach 20. XX wieku, ale w 1947 roku została usunięta. Nowa wieża widokowa została zbudowana w 2001 roku. Liczy ona 49 metrów, a na platformę widokową prowadzi 168 schodów. Wieża usytuowana jest w lesie, więc wejście na nią można połączyć ze spacerem na łonie natury. Godziny otwarcia i ceny wstępu dostępne są na stronie: http://www.rozhledna-veselice.cz/rozhledna/otviraci-doba/

Morawy zmieniły moje wyobrażenie o Czechach. Do tej pory znałam tylko Pragę i przygraniczne miejscowości. Wizyta na Morawach sprawiły, że pokochałam ten kraj i ludzi, którzy tam mieszkają.

Wybraliśmy się dzisiaj na Święto Sera i Wina do Pawłowic. Taki piękny słoneczny dzień chcieliśmy spędzić tradycyjnie na łonie natury, a przy okazji postanowiliśmy skosztować dobrego sera.

Organizatorem imprezy jest Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu. W programie imprezy był m.in. kiermasz produktów regionalnych czy pojedynek kucharzy ze szkoły gastronomicznej.

Muszę przyznać, że sama impreza nas rozczarowała. Po pierwsze, ceny oferowanych wyrobów powaliły nas na kolana. Cena za kg sera owczego czy koziego na poziomie 100-130 zł wydaje się być przesadą. Dość często mamy okazję uczestniczyć w wydarzeniach, podczas których wystawiają się lokalni wytwórcy, ale przyznam szczerze, ceny produktów ekologicznych podczas tego święta znacznie przewyższały ceny podobnych produktów podczas innych imprez. Po drugie, zabrakło atrakcji dla dzieci. Jedyną rozrywką dla najmłodszych była możliwość wydojenia sztucznej krowy i warsztaty kulinarne dla dzieci. Szkoda, bo teren, na którym odbywało się Święto jest przepiękny i duży, więc wystarczyłaby odrobina kreatywności, a można byłoby tutaj umilić dzień nie tylko miłośnikom sera i wina, ale także tym najmłodszym.

Jedynym plusem imprezy była jej lokalizacja, a przede wszystkim park przy pałacu pawłowickim. Spędziliśmy więc miło czas eksplorując jego zakamarki. Hubercik jeździł na rowerze. Kajcia spała na świeżym powietrzu. A my delektowaliśmy się ciszą i spokojem. Na Święto pojechaliśmy jeszcze przed obiadem, więc nie było jeszcze  tutaj tłumów ludzi.

Podsumowując, Święto jakoś szczególnie nas nie zachwyciło. Impreza ma bardzo komercyjny charakter. Na pewno więc nie będziemy jej regularnymi bywalcami.

W miejscowości Blansko mieliśmy nocleg. Przed wyjazdem na jakimś blogu przeczytałam, że w tym miasteczku w zasadzie nie ma wiele do zobaczenia. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zakwaterować własnie tutaj, bo Blansko stanowi doskonały punkt wypadowy  w wiele innych miejsc (jaskinie Morawskiego Krasu, Brno, Boskovice itd.). Kiedy pojechaliśmy pierwszego dnia po przyjeździe na Morawy zobaczyć to miasteczko, okazało się, że nie warto czasem sugerować się opiniami innych. Miejscowość okazała się bardzo ładna. A co więcej, warto poświęcić jeden dzień na jej zwiedzenie, bo jest kilka punktów wartych zobaczenia.

Renesansowy zamek

Zamek powstał na miejscu pierwotnego gotyckiego dworu, o którym wspominają źródła z XIV wieku. Budynek ma czteroskrzydłowy układ z wewnętrznym prostokątnym dziedzińcem. Obiekt renesansowy charakter zyskał na początku XVII wieku.

W zamku znajduje się muzeum, które jako jedyne w Czechach specjalizuje się w historii hutnictwa od czasów prehistorycznych do współczesności. Chcieliśmy je zwiedzić, aczkolwiek w dniu, w którym zwiedzaliśmy miasteczko muzeum było zamknięte.

Zamek jest otwarty:

  • styczeń - marzec – od wtorku do piątku od 9.00 do 17.00
  • kwiecień - październik - codziennie oprócz poniedziałku od 9.00 do 17.00
  • listopad - grudzień od wtorek do piątku od 9.00 do 17.00

Wstęp jest płatny:  20 CZK (bilet ulgowy: 10 CZK, rodzinny: 40 CZK)

Zamek znajduje się w samym centrum miasteczka. Obiekt otoczony jest pięknym parkiem, w którym znajduje się mały plac zabaw oraz restauracja: http://www.sypkablansko.cz/en/restaurant/.

Drewniany kościółek

Obiekt zbudowany został w VII wieku na Rusi Karpackiej. W 1928 roku przeznaczono go jako eksponat na Wystawę Kultury Współczesnej w Brnie, a następnie został on przeniesiono do Blanska. Obecnie kościół należy do czeskich husytów i ewangelików.

Kościół św. Marcina

Jest to barokowy budynek z lat 1672-1691. Obiekt pierwotnie miał charakter romański, a dopiero później gotycki. W latach 1707-1708 kościół został odnowiony oraz zakupiono wówczas nową wieżę, oratorium i chór.

W kościele znajduje się dzwon, który nie wiadomo z którego pochodzi roku, ale datuje się jego powstanie na XIII wiek. Jest prawdopodobnie jednym z najstarszych na Morawach. W pobliżu kościoła stoi pomnik Karoliny Meineke, pierwszej żony króla Anglii, Wilhelma IV. W kościele św. Marcina dostępna jest wieża widokowa, z której można podziwiać całe miasto.

Centrum miasta

Warto zwiedzić plac Republiki, na którym znajduje się bank, budynek Urzędu Miasta, plac zabaw oraz fontanna.

Na placu Svobody znajduje się ratusz, park, fontanna i posągi źrebiąt (na pamiątkę budynków rolniczych, które kiedyś stały w tym miejscu) oraz pomnik poległych w I wojnie światowej.

Na placu Wankla znajdują się żeliwne posągi.

Ulica Rožmitálova została niedawno wyremontowana. Można podziwiać na niej piękne kamienice. Przy deptaku wyłączonym z ruchu znajdują się kawiarenki, w których można napić się dobrej kawy i zjeść przepyszne lody.

Niedaleko centrum znajduje się park u Zborováka, w którym znajduje się pomnik bitwy o Zborov.

W Blansko spędziliśmy bardzo fajny dzień. Hubercik kąpał się w fontannie, bawił się na placu zabaw, biegał po parku. Kajcia podziwiała miasteczko ze swojego pojazdu. Tak jej się spodobało, że z radości wyrzuciła swoją ulubioną przytulankę w bliżej nie określonym miejscu. Jej poszukiwania trwały do późnych godzin wieczornych, ale zakończyły się sukcesem. Będąc na Morawach warto wybrać się do Blansko. Mało znane...urokliwe…spokojne miasteczko…

Będąc na Morawach, wybraliśmy się także do Jaskini Balcarka. Jaskinia usytuowana jest na terenie rezerwatu przyrody Balcarova skála – Vintoky (około 3 km od przepaści Macocha, w miejscowości Ostrov). Została ona utworzona przez wodę w wapieniach, powstałych ze zdeponowanych skorup wapiennych zwierząt około 350-380 milionów lat temu. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu milionów lat woda z dwóch strumyków- Krasovsky i Lopac uformowały system jaskiń o długości około 1150 m i głębokości około 40 m. Jaskinia Balcarka mimo, że powstała w tak odległych czasach dokładnie zbadana i udostępniona dla turystów została w XX wieku. Przyczynił się do tego Josef Samalik, mieszkaniec Ostrova i członek parlamentu. W 2007-2009 jaskinia przeszła gruntowną rekonstrukcję, dzięki której udostępniono nową przestrzeń dla turystów, w tym podziemne muzeum.

Podczas wycieczki po jaskini podziwiać można liczne stalaktyty i stalagmity. Największe pomieszczenie zostało nazwane kopułą Focha, na cześć francuskiego marszałka z czasów I wojny światowej. Pomieszczenie ma 65 m długości, 10 m wysokości i 15 m szerokości. Podczas rekonstrukcji zamontowano tutaj światła LED, które podkreślają biały kolor nacieków.

W trakcie przejścia przez jaskinię mieliśmy okazję doświadczyć jaskiniowej akustyki. Muzyka rozbrzmiewająca z głośników zrobiła na nas ogromne wrażenie, ciarki przechodziły po plecach…To było niesamowite doznanie muzyczne.

Wycieczka kończy się zwiedzaniem niewielkiego muzeum, które dokumentuje prehistoryczne osadnictwo na terenie jaskini.

Informacje praktyczne:

  • Godziny otwarcia i cennik znajdziesz na stronie: http://www.cavemk.cz/jeskyne-balcarka/provozni-doba-a-ceny-vstupneho-jeskyne-balcarka.html. Do jaskini nie trzeba rezerwować wcześniej wstępu.
  • Do jaskini można wejść tylko z przewodnikiem
  • Za możliwość fotografowania musimy dodatkowo dopłacić 40
  • Wycieczka po jaskini trwa około 60 minut
  • Długość trasy wynosi 720 metrów
  • Temperatura w jaskini wynosi 7-9 st. C, a wilgotność powietrza sięga niemal 100%, dlatego należy ubrać się ciepło
  • Odradzam zwiedzanie jaskini z niemowlętami ze względu na niską temperaturę i dużą wilgotność powietrza, a także wąskie przejścia i korytarze

Będąc na Morawach nie można przejść obok jaskiń Morawskiego Krasu. Jaskinie Punkva (Punkevní jeskyně) są najczęściej odwiedzanymi jaskiniami. Są częścią najdłuższego systemu jaskiń w Czechach.  Zostały one odkryte wprawdzie w XVIII wieku, ale przejście do przepaści Macocha i wodną część jaskiń odkryto niemal dwa wieki później w latach 1909-1933.

 Jest to jedyna z jaskiń, do której, aby wejść wcześniej trzeba zarezerwować miejsce. Przed wyjazdem przeczytałam na jednym z blogów, że rezerwacji można dokonać nawet z rocznym wyprzedzeniem. Obawiałam się, że nie uda nam się zobaczyć jaskini, ponieważ o wyjeździe na Morawy podjęliśmy decyzję spontanicznie , a prośbę o rezerwację wysłałam 2 tygodnie przed wyjazdem. Pobyt planowaliśmy w połowie sierpnia, więc jest to także sezon urlopowy. Okazało się jednak, że nie ma żadnych problemów z wolnymi terminami. W ciągu tygodnia naszego pobytu zaproponowano nam kilka terminów, w których możemy zwiedzić jaskinię.

Od Skalni mlyn do jaskini jest niecałe 2 km, dlatego należy przybyć 20-30 minut wcześniej przed zarezerwowaną godziną. Można się tam udać pieszo lub wykupić przejazd kolejką. My wybraliśmy opcję transportu mini-pociągiem, ponieważ dla Hubercika była to nie lada atrakcja. Po dotarciu do końcowego przystanku należy udać się do budynku i poczekać na umówioną godzinę na przyjście przewodnika. Gdy zbierze się grupa wyrusza się na zwiedzanie jaskini.

Zaczynamy od pieszej wędrówki tunelami, które prowadzą do jaskiń/grot z przepięknym naciekami (stalaktyty, stalagmity). Po przejściu kilku takich formacji dochodzimy do półotwartej pieczary porośniętej mchem (dno przepaści Macocha). O ile dno przepaści Macocha podziwiamy wchodząc do jaskiń, to także to samo miejsce możemy podziwiać z góry z mostów widokowych (jeden został zbudowany w 1882 roku i znajduje się w najwyższym punkcie, drugi pochodzi z 1899 roku i znajduje się 92 metry nad dnem otchłani). Można na nie dostać się kolejką linową, która znajduje się kilkadziesiąt metrów od wejścia do jaskiń albo udać się pieszo szlakami turystycznymi.

Przepaść Macocha jest przepiękna. Skalne ściany o wysokości 138,5m robią niesamowite wrażenie. Tym bardziej, że przepaść Macocha jest największą tego typu przepaścią w Czechach i Europie Środkowej. Według XVII-wiecznej legendy przepaść powstała w wyniku zawalenia się stropu jaskini.

Dnem przepaści przepływa rzeka Punkva, dlatego na tym etapie wycieczki przewodnik przekazuje grupę następnemu opiekunowi, który zabiera nas na zwiedzanie jaskiń „drogą mokrą”(rejs łódką po rzece Punkva). Zdarza się, że zwłaszcza wiosną po ulewnych deszczach w Punkvie jest tak wysoki poziom wody, że rejsy są krótsze, albo w ogóle odwołane. Płyniemy przepięknymi korytarzami, podziwiając skalne nacieki i korytarze wodne. W trakcie przepływu jest jeden przystanek, aby zwiedzić zakamarki jaskiń. Wycieczka kończy się dopłynięciem do przystani.

Informacje praktyczne

  • Prośbę o rezerwację należy wysłać mailowo na adres: info@caves.cz. Bilety natomiast można kupić w punkcie informacyjnym przy hotelu i restauracji Skalní mlýn. Godziny zwiedzania i cennik dostępny jest na stronie: http://www.cavemk.cz/punkevni-jeskyne/provozni-doba-a-ceny-vstupneho-punkevni-jeskyne.html
  • Cała wycieczka trwa 60-70 minut. W jaskiniach temperatura wynosi 7-8 st. i nie zmienia się przez cały rok. Należy więc ubrać się ciepło.
  • Jaskinie są czynne przez cały rok. Właścicielka naszego pensjonatu polecała nam zwiedzanie jaskiń zimą, wówczas nie ma ta tłumów turystów i można zarezerwować bez problemu przewodnika w języku innym niż czeski.
  • Odradzam zwiedzanie jaskiń z niemowlakami- w jaskiniach jest ciemno i wilgotno, co nie każde maleństwo zaakceptuje. Przewodnik opowiada ciekawe rzeczy na temat kompleksu jaskiń, a krzyk dziecka w jaskiniach o niesamowitej akustyce może uprzykrzyć życie przewodnikowi oraz innym turystom. My się rozdzieliliśmy. Grzesiu zwiedzał jaskinię wyłącznie z Hubercikiem, a ja w tym czasie z Kajcią korzystałyśmy z innych atrakcji.
  • Nie ma możliwości na pewnych odcinkach, aby poruszać się wózkiem- są wąskie przejścia oraz nierówna nawierzchnia.

Będąc na Morawach warto zobaczyć jaskinie Punkva wraz z przepaścią Macocha. Można tutaj podziwiać piękne formacje skalne, niesamowite nacieki, ścianę skalną porośniętą roślinnością oraz zbiorniki wodne pomiędzy jaskiniami. Hubercik był zachwycony wycieczką. Długo opowiadał o tym, co widział. Co więcej, na wycieczkę wziął swoją latarkę, więc miał radość z oświetlania drogi i nacieków skalnych.

2

Dzisiaj jeden z najtrudniejszych momentów w moim macierzyńskim życiu. Jutro po 1,5 roku wracam do pracy. Miotają mną różne emocje. Z jednej strony, żal, że zostawiam moją małą córeczkę. Spędzałyśmy ze sobą niemal 24h/dobę 7 dni w tygodniu. Byłyśmy ze sobą, kiedy pojawił się pierwszy ząbek, kiedy Kajcia zaczynała raczkować, kiedy wstała po raz pierwszy. Od jutra wiele momentów zostanie przeze mnie przeoczonych, w końcu kilka godzin dziennie spędzi w żłobku. Co więcej, adaptacja w żłobku nie przebiega nam najlepiej- Kajcia nie chce tam jeść. A jak jest głodna to nie chce spać. W zeszłym tygodniu moje dziecko było 5 godzin w żłobku i nic nie jadło. Serce się kraje i pęka. I mam wyrzuty sumienia, że muszę ją tam zostawić. Tym bardziej, że w swoim środowisku słyszę komentarze „jak można tak małe dziecko dać do żłobka”. Mówią to osoby, którym babcia zajmuje się dzieckiem do 3 roku życia. My takiego komfortu nie mamy. A takie komentarze wzbudzają we mnie tylko jeszcze większe poczucie winy i tak w niełatwym czasie.

Z drugiej strony, cieszę się, że wracam do pracy. W końcu będę mogła usiąść na krześle na dłużej niż minutę. Pójdę spokojnie do toalety, a co najważniejsze będę w niej sama i nikt nie będzie mnie ciągnął za spodnie. Wypiję ciepłą kawę lub zjem ciepły posiłek. Ostatni rok był bardzo dynamiczny. Mam wrażenie, że ciągle byłam w biegu. W piątek, kiedy Kajcia poszła do żłobka, a ja miałam 2 godziny wolne złapałam się na tym, że mam problem z odpoczynkiem. Wpadłam do domu i zaczęłam ogarniać różne rzeczy, zamiast po prostu chwilę odpocząć.

Z trzeciej strony, boję się…tak…boję się jak to będzie po powrocie do pracy. Obowiązków więcej, a czasu tyle samo. Jak ogarnąć logistycznie obsługę dwójki dzieci. Tutaj zajęcia dodatkowe, tam terapia logopedyczna, a kolejnego dnia wizyta u lekarza. Ponadto, zbliża się okres jesienno-zimowy i zaczną się infekcje. Nie mamy żadnej babci do pomocy, więc z Grzesiem zacznie się żonglerka- kto tym razem idzie na l4.

Niektórzy twierdzą, że przy drugim dziecku jest łatwiej się rozstać. W moim przypadku to nieprawda. Z Kajcią stworzyłyśmy szczególną więź i powiem szczerze, nawet trudniej mi się z nią rozstać niż kilka lat wcześniej z Hubercikiem. W końcu to dziewczynka, bardziej wrażliwa, chętniej tuląca się do mnie, w dużo większym stopniu manifestująca swoje niezadowolenie. Może też dlatego, że z Kajcią miałam ciążę zagrożoną i przez kilka miesięcy żyłam w obawie o jej zdrowie, po jej urodzeniu chuchaliśmy i dmuchaliśmy na nią z podwójną siłą. Tym bardziej trudniej teraz oddać ją do żłobka, gdzie przecież nikt nie będzie traktował ją w sposób wyjątkowy.

Wiem, że nie jesteśmy jedyni, którzy borykają się z podobnymi rozterkami i dylematami. Wiele osób to przechodziło lub przechodzi i na pewno można to wszystko ogarnąć. Niemniej jednak dzisiaj szybko nie zasnę, ponieważ towarzyszy mi natłok wielu myśli. A przede wszystkim łzy cisną mi się do oczu, że jutro przez kilka godzin nie zobaczę mojej małej Kajci.