Przeskocz do treści

Korfu kojarzą się przede wszystkimi z pięknymi plażami. Oczywiście tych tutaj nie brakuje, ale na wyspie jest też wiele ciekawych miejsc do zobaczenia. W związku z tym, że dosyć ciężko podróżuje się na Korfu komunikacją państwową (nie ma rozkładu jazdy, jak autobusy są zbyt zatłoczone to nie zatrzymują się na przystanku) zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód, aby objechać wyspę. Przyznam szczerze, że znacznie ułatwiło nam to przemieszczanie się, zwłaszcza, że podróżowaliśmy z dwójką dzieci.

Zdecydowanie polecamy następujące miejsca:

  • Canal D’Amour w miejscowości Sidari – znajduje się w północnej części wyspy. Sama miejscowość jest bardzo turystyczna. Oprócz pięknych plaż znajdują się liczne hotele, puby i restauracje. Kanał miłości to nic innego jak zanurzone w pięknej lazurowej wodzie piaskowe skały. Legenda głosi, że kto zanurzy się w wodzie przy kanale miłości, pozna wkrótce miłość swojego życia. Miejsce jest cenione równie przez miłośników sportów wodnych

  • Korfu Town (Kerkyra) – jest to stolica i zarazem największe miasto na wyspie. Stare miasto w Kerkyrze to doskonały przykład sztuki weneckiej i bizantyjskiej z przepięknymi wąskimi Miasto otoczone jest morzem i zamknięte pomiędzy dwoma starożytnymi fortecami. Uwagę przyciągają również stare budynki zbudowane z lokalnych kamieni, z drewnianymi poddaszami i ręcznie wykonanymi płytkami. Część z nich nie została zniszczona w czasie II wojny światowej, można więc podziwiać je w pełnej okazałości. Niektóre już wprawdzie zniszczone i zaniedbane przez ducha czasu, ale mają swój urok. Warto więc poszwendać się małymi uliczkami miasta pomiędzy wysokimi starymi domami, zakupić lokalne produkty w sklepikach mieszczących się w starożytnych piwnicach, otoczonych kamiennymi schodami i ukrytymi ogrodami.

  • Pomiędzy miastem a fortecą znajduje się spory zielony teren tzw. Esplanade. Jest to piękny park pełen drzew i miejsce rekreacji. Tutaj znajduje się plac zabaw z widokiem na morze. Tego punktu nie mogliśmy oczywiście opuścić. Tutaj znajduje się także przepiękny budynek przypominający o francuskiej okupacji: Liston. Został on zbudowany przez francuskiego inżyniera Lessepsa, który został zainspirowany Rue Rivoli w Paryżu. Liston z licznymi kawiarniami i restauracjami jest dzisiaj sercem życia towarzyskiego na Korfu.

  • Zamek Angelokastro – będąc w stolicy Korfu warto go zobaczyć. Pochodzi z XIII wieku. Jest usytuowany na wzgórzu, skąd rozpościerają się przepiękne widoki. Zamek otaczają Stara i Nowa Forteca
  • Stara i Nowa Forteca w stolicy wyspy (Kerkyra): Stara Forteca została zbudowana w VI wieku. Otoczona jest fosą. Wejście do niej znajduje się naprzeciwko Liston, w pobliżu Esplanady. Wewnątrz Starej Fortecy w 1840 roku został zbudowany kościół św. Grzegorza jako kościół garnizonowy. Nowa Forteca jest przykładem wyjątkowej zdolności Wenecjan do budowy fortyfikacji. Z powodu ciągłego zagrożenia ze strony Turków, Wenecjanie uważali, że konieczne jest dokończenie fortyfikacji miasta. W 1576 roku rozpoczęli więc budowę Nowej Fortecy na wzgórzu San Marcos. Budowa trwała do 1645 roku i była nadzorowana przez włoskiego architekta Francesco Vitelli. Podczas II wojny światowej została częściowo zniszczona, ale i tak dzisiaj można podziwiać jej wspaniałość. Prowadzi do niej stara betonowa droga i brama ze starożytnymi lwami, które są symbolami weneckimi. Forteca została odnowiona stosunkowo niedawno i uczyniono z niej miejsce przyjazne dla artystów – odbywają sie tutaj koncerty oraz organizowane są wystawy

  • Achilleion (Achillion), pałac cesarzowej Sisi
  • Mouse Island (Mysia Wyspa, Pontikonissi) oraz Vlacherna - Kanoni to półwysep położony zaledwie kilka kilometrów od stolicy wyspy. Znany jest z dwóch wysepek: Vlacherna i Pontikonissi. Na pierwszą z nich idzie się drewnianym deptakiem. Na niej znajduje się kościół z wysoką dzwonnicą poświęconą Dziewicy Maryi, zbudowany w XVII wieku jako replika i nazwany na cześć Panagia Vlacherna w Konstantynopolu. Vlacherna przyciąga także obserwatorów samolotów, bowiem tuż obok kościólka znajduje się pas startowy miejscowego lotniska, wobec czego samoloty latają tutaj niemal nad głowami. Przez prawie 20 lat mieszkałam z rodzicami blisko lotniska i codziennie obserwowałam loty tych powietrznych pojazdów. W Pontikonissi obserwacja samolotów w przepięknych okolicznościach przyrody robiła dużo większe wrażenie. Na Mysią Wyspę można dopłynąć łódką z deptaku w drodze do Vlacherny. Jak na ceny na wyspie przejażdzka jest niedroga – 3 euro, a wyspa naprawdę przepiękna. Nazwa wyspy prawdopodobnie pochodzi od kształtu wyspy i jej wielkości (rzekomo z lotu ptaka wyspa przypomina mysz, ale nie byłam w stanie tego zweryfikować). Nazwa Pontikonisi wywodzi się z faktu, że w XI wieku przebywali tutaj mnisi z rejonu Pontos. Na wyspie znajduje się tutaj bizantyjski kościół Pantokratora z XI wieku otoczony bujną roślinnością. Z uwagi na fakt, że kościół Pantokratora jest w rzeczywistości klasztorem z mnichami, świątynia nie jest otwarta cały czas dla zwiedzających.

  • Piękne plaże z lazurową wodą- nie będę wskazywała jakiś konkretnych plaż, ponieważ na Korfu jest ich mnóstwo. Są one kamieniste. Ale lazurowa i krystalicznie czysta woda w połączeniu z pięknymi widokami robią naprawdę wrażenie. Jestem osobą, która raczej woli zwiedzać niż leżeć na plaży, nie mogłam jednak tutaj się oprzeć i kilka razy zdarzyło mi się poleniuchować

2

Park w Szczodrem jeszcze do niedawna niczym nie odróżniał się od innych parków. Dzięki środkom unijnym dokonano jego rewitalizacji i obecnie naprawdę robi wrażenie. Świadczy o tym duże zainteresowanie nim nie tylko mieszkańców gminy Długołęka, ale także Wrocławian. W weekend w godzinach popołudniowych trudno tutaj znaleźć miejsce parkingowe, a na placu zabaw ustawiają się kolejki do niektórych atrakcji.

Park aktualnie oferuje mnóstwo atrakcji: kilka placów zabaw, ścieżki edukacyjne i sportowe, miejsca na piknik z hamakami, ławkami, wiklinową wioskę, labirynt oraz siłownię na świeżym powietrzu. Jeśli chodzi o plac zabaw to naprawdę imponuje ilością atrakcji. Znaleźć tutaj można plac piratów ze statkiem w centralnym punkcie, urządzenia do zabawy w wodzie i piasku, huśtawki wahadłowe, karuzela kapsułkowa i tarczowa, trampoliny, piaskownice, tunele oraz plac muzyczny.

Park w Szczodrem to dla najmłodszych prawdziwy raj…Hubercik ze swoją kuzynką nie mogli się zdecydować, z których atrakcji korzystać. Kajcia również znalazła coś dla siebie. Bardzo się cieszę, że tak blisko Wrocławia, a zwłaszcza jadąc z Psiego Pola powstało takie fajne miejsce. Nie dość, że dla najmłodszych czeka tutaj mnóstwo radości, to jeszcze park znajduje się z dala od wielkomiejskiego zgiełku.

Niecałe 10 km od stolicy Korfu, w miejscowości Gastouri znajduje się Achilleion (Achillion), pałac cesarzowej Sisi. Pałac został zbudowany w 1890 roku. Posiadłość pierwotnie należała do dyplomaty i filozofa Petrosa Vrailasa –Armenisa. To on podarował go cesarzowej Elżbiecie, która znana była jako smutna królowa Sisi. Po nabyciu majątku cesarzowa przebudowała go i nadała mu świetności. Z pomocą włoskiego architekta budynek przybrał pompejski charakter.

Sisi była młodszą córką księcia bawarskiego. Cesarz Austrii Franciszek Józef miał się ożenić z jej starszą siostrą (taka była wola jego matki), ale on zakochał się właśnie w Sisi. Po ślubie Elżbieta była przytłoczona protokołem cesarskiego dworu, teściową o władczym charakterze i życiem w Wiedniu, dlatego cierpiała na depresję i przechodziła kilkakrotnie załamania nerwowe. Jej syn popełnił samobójstwo, co jeszcze bardziej przyczyniło się do tego, że Sisi zamknęła się w sobie. Ukojenie przynosiły jej podróże. To właśnie podczas pobytu na Korfu zakochała się w majątku dyplomaty i filozofa Petrosa Vrailasa –Armenisa. Cesarzowa zmarła tragicznie – została zamordowana w Genewie w 1898 roku. Po jej śmierci pałac pozostawał niezamieszkały do 1907 roku, kiedy to kupił go cesarz Niemiec Wilhelm II. Po II wojnie światowej pałac zyskał status budynku publicznego.

Cesarzowa zafascynowała się Korfu. Uwielbiała także greckie legendy i mitologię. Jej ulubieńcem był Achilles. Zamiłowanie do bogów greckich można odnaleźć w ogrodzie pałacowym, w którym stoją właśnie ich posągi.

Obecnie zarówno budynek, jak i ogród udostępniony jest do zwiedzania. Pałac cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Nic dziwnego, ponieważ architektura obiektu przykuwa uwagę, a co więcej roztacza się stąd przepiękny widok. Sisi chcąc mieć dostęp do morza wykupuje wszystkie okoliczne grunty. To dlatego posiadłość otacza 80 ha las.

Pałac jest jednym z bardziej popularnych obiektów turystycznych na wyspie, dlatego można tutaj spotkać tłumy odwiedzających. Warto więc wybrać się wcześnie rano, kiedy nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi, a ponadto nie jest zbyt gorąco.

Dzisiaj trochę o zazdrości pomiędzy rodzeństwem…Przed przyjściem Kajci na świat sporo naczytałam się mądrych książek, które pouczały, jak przygotować starsze dziecko na pojawienie się na świecie młodszego rodzeństwa. W zasadzie od pierwszych dni ciąży informowaliśmy więc Hubercika, że w brzuchu mamusia nosi malutką dzidzię, z czym wiąże się jej pojawienie się na świecie, zapewnialiśmy o swoich uczuciach itd. Hubercik był przeszczęśliwy, że będzie miał siostrę. Raz tylko zapytał dlaczego jeden kolega będzie miał brata, drugi też, a on jako jedyny będzie miał siostrzyczkę. Jak przedstawiliśmy mu zalety z posiadania siostry, przyjął argumentację do wiadomości i był już znacznie spokojniejszy.

28 sierpnia 2018 urodziła się Kajcia. W dniu wyjścia ze szpitala Hubercik otrzymał od siostry samochód w prezencie zgodnie z tym, co doradzano w mądrych książkach. W domu przez pierwsze dni starszy brat nie odstępował siostry na krok. Dopytywał a dlaczego ona tak dużo śpi?, a dlaczego ona je z piersi?, a dlaczego ona śpi w naszej sypialni? Chętnie podawał pieluchy, krem, ubrania itd. Kołysał ją w kołysce. Idealnie…Pomyślałam sobie, że te historie o zazdrości rodzeństwa są wyssane z palca. Byłam z siebie dumna, że wspaniale przygotowaliśmy z mężem synka na pojawienie się Kajci w domu. Napawała nas duma…

I nagle…pewnego dnia…czar prysł….A wszystko to miało miejsce, gdy Kajcia skończyła 7 miesięcy. Zaczęła wówczas raczkować po całym mieszkaniu, wstawać, manifestować swoje zdanie, a także wykazywać zainteresowanie zabawkami (szczególnie tymi Hubercika). W związku z tym, że stała się osobą bardzo aktywną, absorbowała dużo więcej naszej uwagi niż dotychczas. Dla Hubercika było to zbyt dużo. Pojawiły się wówczas pierwsze przejawy zazdrości. Przede wszystkim zaczął się domagać od nas czasu i uwagi. Tym bardziej, że nie mogliśmy już spokojnie poukładać puzzli, bo Kajcia je chciała w tym czasie rozrzucać po całym pokoju. Trudno nam było przeczytać książkę, bo młodsza siostra akurat w tym czasie miała ochotę nam ją wyrwać i na niej usiąść. Hubercik nie mógł pobawić się spokojnie samochodami, bo Kajcia miała swoją koncepcję zabawy czterokołowymi pojazdami. A muszę przyznać córcia ma silną osobowość i tak szybko nie odpuszcza…ba…nawet konsekwentnie dąży do celu.

Jak Kajcia siadała mi na kolana, Hubercik też chciał w tym samym czasie. Jak brałam Kajcię na ręce, synek krzyczał, że też chce do mamusi na rączki. Jak Kajcia była karmiona piersią to Hubercik wprost umierał z głodu. Jak usypiałam Kajcię, to Hubercik w tym czasie potrzebował milion rzeczy. Nie mówiąc już o ciągłych walkach o zabawki. Hubercik dostał od znajomych pieska w prezencie, Kajcia słonia…niestety przypadł jej do gustu piesek. Po tygodniu ciągłych walk zadzwoniłam do koleżanki z pytaniem, gdzie ów nadzwyczajny jamnik został zakupiony. Pojechałam przez pól miasta, kupiłam drugi identyczny i zadowolona ze zdobyczą wróciłam do domu, spokojna, że okres wojen został zakończony. Nic bardzie mylnego…Kajcia widząc drugiego pieska ucieszyła się, że będzie miała dwa. I znowu zaczęły się wojny ze wzmożoną siłą.

Dzisiaj Kajcia ma 15 miesięcy, Hubercik 4,5 i jednego dnia bardzo się kochają, a drugiego szarpią od samego rana. W jednej chwili Hubercik mówi o siostrze „Kochana Kajcia”, a w drugiej „Kaja” z akcentem na K. Wspólna zabawa i przytulanie z prędkością wiatru potrafi się zamienić w rękoczyny. Powiem szczerze, fajnie jest poczytać mądre książki i mieć poczucie, że jest się przygotowanym na współegzystowanie naszych pociech. Człowiek czuje się spokojniejszy. Jednak powiem szczerze konfrontacja z rzeczywistością jest znacznie trudniejsza, a scenariuszy tyle, że nie ogarnie ich najlepszy psycholog. Codzienne zmagania i walka o swoją przestrzeń moich największych skarbów są nie tylko nauką życia dla nich samych, ale również dla mnie i dla męża. To największa szkoła negocjacji, argumentacji, dyplomacji i cierpliwości.

Z czym kojarzy Ci się Alexander von Humboldt? Mi jeszcze do niedawna tylko i wyłącznie z Uniwersytetem im.  Humboldta w Berlinie. To właśnie podczas wizyty kilka miesięcy temu w stolicy Niemiec, koleżanka zachęciła mnie do przeczytania książki „Człowiek, który zrozumiał naturę. Nowy świat Alexandra von Humboldta” Andrei Wulf.  Po powrocie zamówiłam więc sobie tą pozycję. Książka jest obszerna. Liczy 544 strony (z czego 414 to treść właściwa). Przy dwójce dzieci nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, więc pierwsza moja myśl jak spojrzałam na tą książkę to, że będę ją czytać przez kilka miesięcy. Okazało się jednak, że po przeczytaniu paru stron, jest ona bardzo wciągająca. Przede wszystkim z każdą stroną czytelnik odkrywa nową prawdę o tak wybitnej jednostce, jaką był właśnie Alexander von Humboldt…Okazało się, że ta inspirująca podróż po świecie tego niemieckiego uczonego trwała niecałe 2 tygodnie, bowiem czyta się naprawdę szybko. Książka napisana jest barwnym językiem, dzięki czemu pochłonęła mnie bez reszty…

Kim był Alexander von Humboldt?

 Na wikipedii możemy przeczytać, że Alexander von Humboldt był niemieckim przyrodnikiem, podróżnikiem i jednym z twórców nowoczesnej geografii. Opis jednak tej postaci jest bardzo lakoniczny i zdawkowy, jak na tak wielkiego człowieka.

Humboldt żył w latach 1769-1859. Udało mu się zwiedzić wiele państw na różnych kontynentach mimo panujących wówczas ograniczeń. Mieszkał w Niemczech, Francji, Hiszpanii. W 1799 roku dotarł do Nowej Andaluzji (obecne tereny Wenezueli), przemierzył Andy, zdobył większość wulkanów w Ameryce Południowej. Sam wielokrotnie ubolewał nad tym, że „wojna i polityka zahamowały wszystko i  że świat został zamknięty”. Jednak jego urok osobisty i inteligencja sprawiły, że potrafił te ograniczenia przełamywać i osiągać zamierzone cele. Szczególnie urzekła go Ameryka Południowa. Jak sam podkreślał tutaj ciągle coś nowego przykuwało jego uwagę: „Palmy ozdobione były wspaniałymi czerwonymi kwiatami, a ptaki i ryby zdawały się rywalizować tęczowymi barwami, nawet langusty były błękitne i żółte”. Humboldt jako naturalista wszystko skrupulatnie opisywał i dokumentował. Koncentrował się nie tylko na samych okazach przyrodniczych, ale patrzył na nie holistycznie, badając czynniki, które mają wpływ na ich funkcjonowanie.

Humboldt badał nie tylko rośliny, ale także zwierzęta. Pomimo niebezpieczeństw zafascynowała go dżungla. Uważał, że jest to miejsce, gdzie „człowiek nie zakłócał biegu natury”.  Tutaj mógł badać zwierzęta, które w Europie widywał jedynie jako wypchane okazy.

Uwieńczeniem jego pracy było 34-tomowe dzieło „Essai sur la geographie des plantes” (Esej o geografii roślin”. Książka zawierała Naturgemälde- wizualizację idei, że natura to związki i jedność. Jego dzieła bazowały głównie na rysunkach i ich objaśnianiu. Ręcznie rysowane ryciny pokazywały korelację stref klimatycznych i roślinnych według szerokości i długości geograficznej.  Poprzez wizualne podejście Humboldt chciał przemówić do wyobraźni czytelników, bowiem jak sam podkreślał „świat lubi widzieć”. Humboldt przedstawiał związki między roślinami, klimatem i geografią, a rośliny grupował według stref i regionów, a nie jednostek taksonomicznych.

Humboldta należy postrzegać także jako prekursora ekologii. Pokazywał negatywne skutki eksploatacji ziemi przez Hiszpanów w Ameryce Południowej. Według niego kolonializm jest katastrofalny dla ludzi i środowiska. Głosił, że przyszłość Ameryki Południowej należy do rolnictwa na własne potrzeby, a nie do monokultury i górnictwa. Uważał, że wszystkie problemy kolonii stanowią rezultat nierozważnych działań Europejczyków.

Humboldt obalił dotychczasową teorię jakoby Ameryka Południowa była nowym światem. Starożytne budowle jakie zobaczył świadczyły o istnieniu wyrafinowanych społeczeństw o wysokiej kulturze.

Humboldta interesowały wulkany. Zdobywając je chciał mieć pewność czy istnieją one lokalnie czy są połączone między sobą pod powierzchnią. Drugim powodem, dla których Alexander badał wulkany, było znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak powstała ziemia. Humboldt wspinał się na każdy dostępny wulkan, nie bacząc na niebezpieczeństwa. Na uwagę zasługuje fakt, że zdobywał je w trudnych warunkach klimatycznych, bez żadnego profesjonalnego sprzętu wspinaczkowego. Zważywszy, że wulkany w Ameryce Południowej osiągają wysokości nawet do 6000 metrów, ich zdobycie należy uznać za wielkie osiągnięcia.

Humboldt był żądny wiedzy. Całe życie poszukiwał informacji na temat świata. Nie było takiego miejsca, gdzie mógłby się dowiedzieć wszystkiego, ani takiej osoby, która mogła go wszystkiego nauczyć.  Jak podkreśla autorka książki „żaden człowiek w Europie i Ameryce Północnej nie wiedział więcej o Ameryce Południowej niż Humboldt, który stał się autorytetem w tej dziedzinie”.

Humboldt był przyjacielem prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Jeffersona. Alexander dostarczał amerykańskiemu politykowi wiedzy, którą ten studiował uważnie, aby dowiedzieć się jak najwięcej o zbuntowanych koloniach.

Po przeczytaniu tej książki było mi wstyd, że o tak wielkim człowieku, wiem tak nie wiele. Powiem szczerze, nie słyszałam o nim, ani w szkole średniej, ani na studiach. Co więcej, zapytałam kolegę, który studiował germanistykę czy kiedykolwiek słyszał o osiągnięciach tego niemieckiego uczonego. Okazało się, że też o nim nie wspominano. Jest to tym bardziej smutne, że naukowiec ten uzmysłowił nam dlaczego postrzegamy naturę tak, a nie inaczej. To on pisał o negatywnych skutkach ocieplenia globalnego, a także ukazywał związki pomiędzy ekonomią i zmianami klimatycznymi. Tematy te dzisiaj są bardzo aktualne w przestrzeni publicznej, szkoda tylko, że nie wiąże się je z tak wybitną jednostką jaką był właśnie Alexander von Humboldt.

Tym razem przejeżdżając przez Trzebnicę postanowiliśmy zajrzeć do Lasu Bukowego. Jaka sama nazwa sugeruje Las obfituje w buki w różnym wieku. Przypuszcza się, że te najstarsze mają ponad 200 lat. Las ten pełnił na przełomie XIX i XX wieku rolę parku zdrojowego. W tym okresie Trzebnica była miejscowością uzdrowiskową, do której tłumnie przybywali mieszkańcy Wrocławia w celach leczniczych i relaksacyjnych.

Las położony jest na wzgórzu. Najwyższy punkt tego miejsca ma 244 m n.p.m i określany jest jako Trzy Widoki.  Dawniej na tym wzgórzu stała wieża widokowa, z której roztaczał się widok na miasto i okolicę. Aż szkoda, że wieża ta nie przetrwała do dzisiaj…Tym bardziej, że okolica jest przepiękna i byłoby co z niej podziwiać.

Ścieżki w Lesie są dość szerokie, więc na większości odcinków można bez problemów przejechać wózkiem. Na pewnych etapach podejście z wózkiem jest bardziej wymagające, niemniej jednak możliwe. Idąc główną ścieżką napotkać można kapliczki Drogi Krzyżowej. W lasku znajduje się też przepiękny Kościół pw. Czternastu Świętych Wspomożycieli. Obok świątyni znajduje się grób Feliksa Plitzko, ostatniego pustelnika opiekującego się Kościołem. W Lesie Bukowym napotkać można liczne tablice edukacyjne, które dodatkowo uatrakcyjniają spacer najmłodszym.

Wizyta w Lesie Bukowym to fajna opcja na niedzielne przedpołudnie. Spacer w jesienny poranek pośród drzew i mieniącej się kolorystyki liści był bardzo przyjemnym akcentem tego refleksyjnego weekendu.

Spacer po Lasku Bukowym można połączyć także z wizytą w Trzebnickim Parku Wodnym "Zdrój" czy zabawą na całkiem sporym placu zabaw w Parku Solidarności.

Gdzie zaparkować samochód?

Przy wejściu do Lasu Bukowego znajduje się niewielki parking. My przyjechaliśmy do Lasu w niedzielę z rana około godz. 10, więc nie było problemu z zaparkowaniem. Kiedy wyjeżdżaliśmy około 13, parking był już pełny. Alternatywą jest także zaparkowanie pojazdu na parkingu przy Aquaparku.

Gdzie zjeść?

Po długim spacerze i zabawie na placu zabaw porządnie zgłodnieliśmy. Na ucztę udaliśmy się do czeskiej restauracji Česká Beseda https://www.facebook.com/besedaceska. Zjedliśmy tutaj naprawdę pyszne dania, a sam fakt, że chwilę czekaliśmy na stolik świadczy o tym, że miejsce cieszy się dużym zainteresowaniem. Ponadto, personel jest przemiły. Mimo tłoku kelnerzy znaleźli czas, aby wydzielić nam strefę z miejscem na wózek i przestrzenią dla dzieci.

Jak dojść na Gromnik?

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się na Gromnik. Aby wejść na ten niewielki szczyt są dwie możliwości:

  • Wersja dla ambitnych – zielonym szlakiem z miejscowości Jegłowa, trasa liczy ponad 6 km. Wchodzenie z czwórką dzieci (tym razem towarzyszyli nam znajomi) zajęło nam prawie 3 godziny, ale po drodze robiliśmy przerwy, Hubercik ze swoim kolegą Jankiem zbierali grzyby, wchodzili na ścięte drzewo, przegrzebywali liście patykami, a więc czas był dla nas sprawą względną

  • Wersja dla leniwych- można wjechać na parking u podnóża Gromnika, należy pojechać około 10 km dalej za miejscowość Jegłowa w kierunku wsi Miłocice i stamtąd udać się na parking u podnóża góry. Wejście z parkingu na Gromnik zajmuje 5 minut. Przy parkingu znajdują się miejsca biwakowe (stoły drewniane z ławami), można więc tutaj rozpalić grilla, a niektórzy nawet rozpalali ognisko w wyznaczonych miejscach.

My wybraliśmy pierwszą opcję. Samochód zapakowaliśmy w miejscowości Jegłowa na ul. Korczaka tuż przy świetlicy wiejskiej. Stamtąd rozpoczęliśmy nasz trekking. Szliśmy cały czas zielonym szlakiem. Początkowo szlak jest bardzo łagodny. Można bez problemu poruszać się wózkiem dziecięcym. Po bokach rozpościerają się piękne widoki. Trasa jest bardzo dobrze oznakowana. Liczy ona ponad 6 km. Na ostatnim etapie szlak staje się bardziej wymagający. Trzeba podejść pod górę, co w przypadku wózka dziecięcego jest sporym wyzwaniem. Niemniej jednak można wózkiem przemierzyć całą trasę. Wybraliśmy się w ostatni weekend października, kiedy temperatura wynosiła 20 st. C. Złota polska jesień zachwyciła nas w tym miejscu. Ogromne połacie leśne pokryte kolorowymi liśćmi zrobiły na nas wrażenie.

Po dotarciu na Gromnik zeszliśmy na parking, gdzie czekał mój brat, który podwiózł Grzesia na parking w Jegłowie. Ja z dziećmi czekałam na parkingu, a Grzesiu podjechał po nas za jakieś 20 minut. Widząc zmęczenie najmłodszych piechurów, nie mieliśmy ochoty fundować im kolejnych 6,5 km do przemierzenia.

Trochę historii…

Gromnik jest najwyższym wzniesieniem Wzgórz Strzelińskich (393 m n.p.m). Prowadzone od 2005 roku badania archeologiczne przyczyniły się do ustalenia ciekawych faktów na temat wzniesienia. Pozytywnie zweryfikowano obecność grodu słowiańskiego, precyzując jego chronologię na okres od połowy IX do połowy X wieku. Zdecydowana większość poczynionych od 2005 roku badań archeologicznych związana jest z XV-wiecznym zamkiem rodziny Czirn. Zamek został wzniesiony w 1439 roku, kiedy bracia Opitz i Hayn Czirnowie uzyskali zgodę od księżnej brzeskiej Elżbiety na budowę w tym miejscu murowanego zamku. Podczas wykopalisk  odsłonięto liczne relikty XV-wiecznej architektury zamkowej. Zdumienie archeologów i historyków budził rozmach inwestycji rodziny Czirn. Była to rezydencja zaprojektowana i zrealizowana według najnowszych na ówczesne czasy europejskich wzorców. Około 1475 roku Czirnowie opuścili zamek, udając się do Przeworna, gdzie zbudowali nową rezydencję. Po opuszczeniu przez nich szczytu nie wiele się na Gromniku działo. Sytuacja zmieniła się dopiero wówczas, gdy zbudowano tutaj wieżę widokową w XIX wieku. Zbudowano ją poprzez nadbudowanie o kilkanaście metrów dawnej wieży zamkowej. W XIX wieku i w pierwszej połowie XX wieku Gromnik był popularnym celem turystów. Na atrakcyjności szczyt stracił po II wojnie światowej, z tego względu, że wszystkie obiekty murowane zostały zniszczone przez wycofujące się wojska niemieckie. Dopiero spopularyzowanie wiedzy na temat Gromnika na początku XXI wieku i zbudowanie w 2011-2012 roku wieży widokowej sprawiło, że Gromnik stał się znowu przedmiotem zainteresowania turystów.

Polecam Wam wyprawę na Gromnik zielonym szlakiem. Na trasie spotkaliśmy tylko jedną rodzinę. Poza tym byliśmy tylko my i przepiękna przyroda. W XXI wieku trudno o miejsca bez turystów, dlatego tym bardziej się cieszę, kiedy trafiamy w takie miejsca gdzie można delektować się ciszą i spokojem. Za to na parkingu pod Gromnikiem stało mnóstwo samochodów. W przypadku sporej części społeczeństwa wygoda wygrywa z podejmowaniem trudności. Tym bardziej mieliśmy satysfakcję, że szczyt zdobyliśmy pewnym wysiłkiem. Byłam też dumna z mojego 4-letniego synka, który przemierzył całą trasę ani razu nie narzekając.

Gdzie zjeść?

Po wyczerpującym spacerze postanowiliśmy coś zjeść. Wszystkich nas naszła ochota na pizzę. Znaleźliśmy w Strzelinie pizzerię Kotłownia: https://www.facebook.com/kotlowniapizzazpieca/. Lokalizacja jest dość niepokaźna. Pizzeria znajduje się wśród magazynów, nie ma żadnego szyldu. Zobaczyliśmy ją w ostatniej chwili, dzięki wystawionym na zewnątrz stolikom i krzesełkom. Pizza jednak okazała się przepyszna. Wypiekana w piecu opalanym drewnem z dobrze dobranymi składnikami przypadła nam do gustu. Nawet Kajcia, nasz niejadek, skusiła się na kawałek.

Stefan Białobok był dyrektorem Instytutu Dendrologii PAN w Kórniku, a także członkiem honorowym  Polskiego Towarzystwa Botanicznego. Od najmłodszych lat rozwijał pasje związane z ogrodnictwem, bowiem jego ojciec był nauczycielem ogrodnictwa w szkole rolniczej. Doświadczenie dendrologiczne zdobywał nie tylko w Polsce, ale także w Czechach, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii i Belgi. Do najważniejszych zasług profesora Białoboka należy:

  • Wspólnie z ojcem założyli Zakład Sadownictwa przy Państwowym Instytucie Naukowym Gospodarwstwa Wiejskiego
  • Wraz z ojcem stworzyli największą wówczas w kraju kolekcję wierzb w Sadłowicach pod Puławami
  • W 1945 roku przejmuje kierownictwo Zakładem Badania Drzew i Lasu oraz Ogrodów Kórnickich wraz z Arboretum prowadząc liczne badania z genetyki drzew oraz wpływu zanieczyszczeń na rozwój krzewów i drzew.

Biorąc pod uwagę miłość profesora do dendrologii, nie dziwi mnie fakt, że Arboretum Leśnie w Stradomi zostało nazwane jego imieniem. Można tutaj spotkać tysiące gatunków roślin na powierzchni około 650 ha. Tym samym jest to jeden z największych tego typu terenów w Polsce. Arboretum uczestniczy także w licznych badaniach naukowych, a także podejmuje działania na rzecz popularyzacji wiedzy przyrodniczo-naukowej. Podczas spaceru można napotkać tutaj liczne gatunki: sosen, magnolii, traw ozdobnych, azalii i różaneczników, liliowców, kosaćców, funkii i wielu innych. Wiosną i latem wiele gatunków roślin kwitnie i wówczas można podziwiać je w całej okazałości. Jesienią natomiast można delektować się mieniącymi kolorami liści. Arboretum położone jest w otoczeniu lasów i stawów, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Jest to więc idealne miejsce na odpoczynek.

My podczas jesiennego spaceru po Arboretum zbieraliśmy grzyby i szyszki, Huberciki z tatusiem weszli na wieżę obserwacyjno-widokową, a także idąc ścieżką edukacyjną zapoznaliśmy Hubercika ze specyfiką życia w lesie. W sobotni poranek była tutaj zaledwie garstka zwiedzających, co też jest ogromną zaletą tego miejsca. Nieraz wspominałam w swoich wpisach, że staramy się wyszukiwać miejsc, gdzie nie ma tłumów ludzi. Arboretum na pewno należy do jednego z nich. I właśnie, żeby nadelektować się ciszą i spokojem, warto tutaj przyjechać.

 

Informacje praktyczne:

  • Wstęp do Arboretum kosztuje 3 zł, dzieci do lat 7 wchodzą na teren parku bezpłatnie
  • Na terenie Arboretum można jeździć rowerem czy hulajnogą. Nasz Hubercik czerpał ogromną radość z jeżdżenia rowerem po tak ogromnym terenie

  • Na terenie Arboretum są wyznaczone miejsca na piknik (wiaty z ławkami i stołami)

  • Przy wejściu do Arboretum jest tzw. kawiarnia. Jest to pomieszczenie zamknięte, w którym znajdują się automaty z kawą/herbatą, napojami i przekąskami. Są też stoły i krzesła, więc można sobie tutaj spokojnie usiąść i przekąsić małe co nie co.
  • Toalety znajdują się zaraz po wejściu na teren Arboretum
  • Po terenie Arboretum można bez większych trudności przemieszczać się wózkiem

Po intensywnej sobocie (cały dzień chodziliśmy po górach) niedzielę chcieliśmy spędzić spokojnie. Tym bardziej, że Hubercik narzekał troszkę, że go nóżki bolą. Trzeba więc było dawkować wysiłek fizyczny. W ramach relaksującej niedzieli wybraliśmy się do Jedliny Zdroju. Nie nastawialiśmy się na jakieś wielkie zwiedzanie. Chcieliśmy spędzić spokojny dzień na świeżym powietrzu.

Przyznam szczerze, że ostatni raz w Jedlinie Zdroju była co najmniej 10 lat temu. A od tego czasu wiele się zmieniło…

Miasteczko położone jest na wysokości około 500 m n.p.m pomiędzy dwoma wzgórzami. W zasadzie, z której strony się nie wjedzie do Jedliny rozpościerają się piękne widoki na Góry Wałbrzyskie i Sowie. Sam spacer wokół Jedliny w piękny jesienny ciepły dzień był dla nas ogromną przyjemnością. Górski pejzaż przeplatany czerwono-żółtą kolorystyką liści bardzo nas zachwycał. Hubercik nazbierał całą torbę kolorowych liści i kasztanów z naszej weekendowej wyprawy.

Dom Zdrojowy i Park Zdrojowy

Nasz spacer zaczęliśmy od Domu Zdrojowego. Warto wspomnieć, że pierwszy Dom Zdrojowy w Jedlinie Zdroju powstał w XVIII wieku, a rozkwit ośrodka zdrojowego nastąpił prawie 100 lat później. Dom Zdrojowy w Jedlinie Zdroju charakteryzował się możliwością kąpieli w mleku kozim i owczym, co było metodą innowacyjną jak na ówczesne czasy. W wyniku II wojny światowej działalność uzdrowiskowa została zawieszona i dopiero w 1962 roku ją wznowiono.

Aktualnie w Domu Zdrojowym można skorzystać z następujących zabiegów: hydroterapia (wodolecznictwa), aerosoloterapia (inhalacje), światłolecznictwo, elektroterapia, ultrasonoterapia, laseroterapia, magnetoterapia, krioterapia i masaże. Zabiegi dostępne są tylko w dni robocze. Umówić można się pod nr telefonu 748 493 200.

Chcieliśmy udać się do pijalni wód, ale Pani w Domu Zdrojowym poinformowała nas, że pijalnia w ten weekend jest nieczynna, bo obsługuje ją tylko jedna osoba, która akurat musiała wziąć wolne.

Poszliśmy więc do Parku Zdrojowego. Tutaj obowiązkowym punktem programu był plac zabaw. Spędziliśmy w nim prawie godzinę. W niedzielny poranek zarówno Park Zdrojowy, jak i plac zabaw był niemal pusty. Hubercik korzystał więc z dostępnych atrakcji dla dzieci pod okiem tatusia, a ja spacerowałam po parku z Kajcią, która smacznie sobie spała na świeżym powietrzu.

Park Aktywności Czarodziejska Góra

Kolejnym punktem naszej wizyty w Jedlinie Zdroju był Park Aktywności Czarodziejska Góra. Park składa się z: z parku linowego, wieży wspinaczkowej o różnym stopniu trudności, toru saneczkowego, toru saneczkowego oraz toru pontonowego. W parku linowym dostępnych jest 5 tras o różnym stopniu trudności i dedykowanych dzieciom w określonych przedziałach wiekowych:

  • Trasa Maluch – dedykowana dla dzieci w wieku od 3 do 8 lat, długość trasy wynosi 108 metrów i obejmuje 16 przeszkód. Przeszkody zabezpieczone są siatką, aby zapewnić bezpieczeństwo najmłodszym.
  • Trasa Junior – dedykowana jest dzieciom od 8 roku życia, wynosi 112 metrów i obejmuje 15 przeszkód. Dzieciom, które chcą pokonać tą trasę zakłada się uprzęże asekuracyjne
  • Trasa standard- dedykowana jest dla młodzieży od 14 roku życia i dorosłych, jej długość wynosi 120 metrów i obejmuje 14 przeszkód
  • Trasa Extremum- dedykowana jest osobom od 16 roku życia, jej długość wynosi ponad 300 metrów i obejmuje 20 przeszkód
  • Trasa Tyrolska – dedykowana jest osobom od 15 roku życia, ma długość ponad 500 metrów i obejmuje 21 przeszkód

Park czynny jest od kwietnia do października. W okresie zimowym park zamienia się w ośrodek narciarski. Cennik dostępny jest na stronie: http://polskieparkilinowe.pl/mapa,116,park.

Park Aktywności była dla Hubercika prawdziwą frajdą. Chociaż w zasadzie nie wiem kto czerpał większą radość- Hubercik czy jego tatuśJ Najbardziej jednak  podobała się naszemu synkowi przejażdżka na torze saneczkowym.

Czas na małe co nie co

Tuż przy Parku Linowym znajduje się kawiarnia „Słodkie sny”. Muszę o niej wspomnieć, ponieważ mieliśmy okazję spróbować tutaj obłędne tarty. Pani właścicielka przygotowuje je sama. Warto więc przyjść tutaj zarazo otwarciu kawiarni, ponieważ rozchodzą się one w piorunującym tempie.

Bardzo lubimy chodzić po górach, ale z tego względu, że nasza Kajcia nie lubi siedzieć za długo w nosidle wybieramy łagodne trasy, gdzie możemy przynajmniej częściowo przejechać wózkiem. Będąc w Sokołowsku wybraliśmy się w Góry Suche. Nazywane są one „sudeckimi Tatrami” ze względu na strome podejścia. Szlak zielony okazał się jednak bardzo przyjazny dla rodzin z dziećmi.

Wyruszyliśmy z centrum Sokołowska. Drogowskaz kierował nas w stronę Schroniska Andrzejówka. Szlak zielony na pewnym odcinku pokrywa się z żółtym. Ten drugi zdecydowanie nam odradzano ze względu właśnie na strome kamieniste podejście.

Szlak zielony okazał się naprawdę przyjemny. Podejście jest łagodne, a droga szeroka, więc można było wózkiem przejechać całą trasę. Na pewnych odcinkach szlak jest pokryty dość sporymi kamieniami, przez co trzeba włożyć więcej energii, aby małą pociechę dowieźć do celu. Dlatego też na ostatniej prostej zdecydowaliśmy się zostawić wózek na szlaku (schowaliśmy go w drewnianej chatce Marianka- weterana wędrówek) i przesadzić Kajcię do nosidełka. Nie była najszczęśliwsza z tego powodu, ale po kilkunastu metrach i ona zaczęła doceniać piękno otaczającego krajobrazu.  A w drodze powrotnej nawet nam śpiewała…

W każdym razie warto było dotrzeć do Schroniska PTTK Andrzejówka, usytuowanego na Przełęczy Trzech Dolin u podnóża szczytu Waligóry. Schronisko powstało w 1933 roku. W trakcie II wojny światowej służyło ono jako miejsce szkoleń dla Hitlerjugend. Pod koniec wojny obiekt został przejęty przez wojska Wehrmachtu. Po wojnie schronisko zostało otwarte w 1953 roku i od tego czasu funkcjonuje nieprzerwanie do chwili obecnej. Schronisko od kilku lat pozostaje w czołówce rankingu schronisk górskich, przygotowywanego przez polski magazyn turystyki górskiej. Wcale mnie to nie dziwi, bo schronisko naprawdę wyróżnia się na tle innych tego typu obiektów. Po pierwsze, jest pięknie usytuowane. Po drugie, menu schroniska jest naprawdę bogate, a co najważniejsze dania są przepyszne. Przyznam szczerze, że dania obiadowe w schroniskach, w których bywaliśmy, nie powalały na kolana. A tutaj wszystko smakowało znakomicie. Po trzecie, schronisko jest przestrzenne, a wystrój klimatyczny.