Przeskocz do treści

Przed wyjazdem do Poznania próbowałam stworzyć listę rzeczy, które chcemy zobaczyć w Poznaniu. Oczywiście rzeczywistość zweryfikowała plany i w rezultacie przygotowałam realny zestaw atrakcji poznańskich do zobaczenia w trzy dni (od piątku do niedzieli), uwzględniając preferencje najmłodszych członków rodziny.

  • Do Poznania przyjechaliśmy w piątek około godziny 14. Zakwaterowaliśmy się w apartamencie i korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy do Palmiarni Poznańskiej. Właścicielka apartamentu poinformowała nas, że Palmiarnia nie jest duża i w zupełności wystarczy godzinka na jej zwiedzenia. Nie uwzględniła jednak faktu, że jesteśmy z dwóją dzieci, w tym z 4-latkiem, który jest wszystkim zainteresowany. W rezultacie spędziliśmy tam prawie 1,5 godziny i ostatnie pawilony musieliśmy zwiedzać szybszym tempem, ponieważ obiekt o godzinie 17 był zamykany. W rezultacie wybierając się z dziećmi zarezerwujcie sobie dwie godziny, tym bardziej, że oprócz roślin w palmiarni są papugi, ryby, jaszczurki, żółwie i one robią większe wrażenie na dzieciach niż cała masa roślin.  Bilety do Palmiarni można kupić do godziny 16 (dzieci do lat 3 mają wstęp bezpłatny, powyżej 3 roku życia bilet kosztuje 10 zł, a dla dorosłych 17 zł), a obiekt udostępniony jest do zwiedzania do godziny 17.
Palmiarnia Poznańska
  • Palmiarnia jest usytuowana w Parku Wilsona, który warto zobaczyć. W parku znajduje się plac zabaw, którego nie mogliśmy ominąć, więc w zasadzie spędziliśmy w tym sympatycznym miejscu całe popołudnie aż do wieczora.
  • Poznań Motor Show 2019 - Grzesiu z Hubercikiem spędzili na targach pół dnia i zobaczyli tylko niewielką część imprezy. Chcąc zobaczyć całe show z 4-latkiem trzeba byłoby przyjechać tutaj codziennie przez 3 dni na kilka godzin, bo tłumy ludzi i mnóstwo atrakcji zmęczą każde dziecko po 2-3 godzinach.
Poznań Motor Show 2019
  • Spacer po Starym Mieście i Ostrowie Tumskim- w czasie, gdy chłopaki z Kajcią wybrali się na Poznań Motor Show my z Kajcią zwiedzałyśmy Poznań przez dobrych kilka godzin (z drobnymi przerwami na jedzenie i kawkę) i muszę przyznać, że wszystkiego nie zobaczyłyśmy. Ale kto powiedział, że musimy wszystko zwiedzić za pierwszym razem? Po coś trzeba tu kiedyś wrócić...
Bazylika archikatedralna Świętych Apostołów Piotra i Pawła
  • Park Cytadela - to nie jest zwykły park. Tutaj historia wciąż jest bardzo żywa. Cmentarz żołnierzy polskich, radzieckich i brytyjskich przypomina o krwawych wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat. Poza tym, w parku toczy się codzienne życie: jest to miejsce spędzania czasu wolnego dla rodzin, aktywności fizycznych czy tresury psów.
Cmentarz Wojenny Wspólnoty Brytyjskiej

Tyle udało nam się zobaczyć przez weekend. Pogoda nam dopisała, więc całe dnie byliśmy poza hotelem. W Poznaniu dotychczas byłam kilkakrotnie, ale dopiero przyjazd z dziećmi pozwolił mi spojrzeć na to miejsce z innej perspektywy. Zainspirowała mnie historia tego miasta, a klimat wielu miejsc skłonił do głębszej refleksji. O tym zamierzam Wam opowiedzieć w kolejnych postach...

W sobotę pogoda znowu dopisała więc zdecydowaliśmy się wyjechać poza miasto. Odkryliśmy bardzo fajne miejsce 75 km od Wrocławia. W miejscowości Niedźwiedź (woj. wielkopolskie) znajduje się agroturystyka Cicho-Sza. Nie jest to jednak zwykła agroturystyka. Po pierwsze, wyróżnia się ona tym, że posiada własną stajnię, w której każdy może jeździć konno. A dla najmłodszych organizowane jest kucykowe przedszkole.  Po drugie, na terenie gospodarstwa znajduje się mini zoo, w którym obejrzeć można zwierzęta i ptactwo (zarówno odmiany tradycyjne, jak i egzotyczne). Po trzecie, jest tutaj duży plac zabaw, co w przypadku wyjazdu z dziećmi w wieku przedszkolnym jest punktem kulminacyjnym programu. Po czwarte, agroturystyka ma całkiem dobrze rozwiniętą infrastrukturę dla rodzin z dziećmi. Jest tutaj kilka miejsc zadaszonych z drewnianymi ławami, gdzie można zrobić sobie piknik. Można również w wyznaczonych miejscach rozpalić grilla i pobiesiadować na łonie natury. Na terenie gospodarstwa znajduje się też kuchnia, gdzie można zrobić sobie kawę/herbatę czy skryć się w razie deszczu.

Plac zabaw na terenie agroturystyki

Kucykowe przedszkole

Podczas pierwszych zajęć dzieci oswajają się z kucykiem. Uczą się go wyczesywać, dotykają zwierzęcia, mogą nakarmić go np. jabłuszkiem. Istotne jest, aby najmłodsi nie bali się obcować z konikiem. My oczywiście wzięliśmy udział w kucykowym przedszkolu.  Tym razem z nami była kuzynka Hubercika i Kajci- Julcia (lat 5), więc razem z naszym synkiem chętnie wzięli udział w zajęciach. Oczywiście trzeba było kilka minut, aby nasze przedszkolaki oswoiły się z kucykiem, ale muszę przyznać, że nie zajęło im to dużo czasu. Crazy (tak nazywał się nasz kucyk) bardzo przypadła im do gustu.

Po zaprzyjaźnieniu się ze zwierzęciem, przyszedł czas na przejażdżkę. Hubercik poszedł na pierwszy ogień, a zaraz za nim Julcia. Muszę przyznać, że wyglądali jak doświadczeni jeźdźcy. Uśmiechy nie znikały z ich buź. Byli rozluźnieni i chętnie rozmawiali z panią trenerką. Wykonywali ćwiczenia, które pokazywała im pani instruktorka. Jednym słowem kucykowe przedszkole bardzo spodobało się naszym przedszkolakom, co widać na zdjęciach.

Kucykowe przedszkole

Na uwagę zasługuje fakt, że udane zajęcia zawdzięczamy doświadczonej pani trenerce, która ma rewelacyjne podejście do dzieci. Umie zainteresować dzieci w wieku przedszkolnym. Jest spokojna, opanowana i ma dużo cierpliwości.

Kucykowe przedszkole

Koszt takich zajęć to 30 zł/30 min. Jak na pierwsze zajęcia 30 min to czas wystarczający. Po zakończonych zajęciach nasze dzieci stwierdziły, że musimy tu przyjeżdżać częściej.

Mini Zoo

Na stronie agroturystyki znajduje się informacja, że mini zoo jest czynne od kwietnia. Zadzwoniłam jednak do właścicielki agroturystyki z zapytaniem czy w taki piękny słoneczny dzień jak sobotni rzeczywiście zoo jest zamknięte. Okazało się, że mimo, że jest koniec marca, to większość zwierząt jest już na zewnątrz i można bez problemów je obejrzeć.

Mini Zoo

Jak na agroturystykę to liczba zwierząt jest imponująca. Teren liczy 7 hektarów. Można tutaj zobaczyć emu, makaka, alpaki, lamy, strusie, bawoły, węgierskie bydło stepowe, kangury, wiele odmian bażantów i kaczek i wiele innych.

Mini Zoo

Opłata za osobę dorosłą wynosi 15 zł, dzieci powyżej 3 roku życia- 10 zł (do 3 lat wejście jest bezpłatne).

Muszę przyznać, że agroturystykę tą odkryliśmy po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. To, co zachęciło nas do ponownego przyjazdu to mili właściciele i obsługa. Przyjeżdżając do Cicho-Sza poczujesz przyjazną atmosferę. Już na pierwszy rzut oka widać, że pracują tu ludzie kochający przyrodę i zwierzęta. Ponadto, wszędzie można było przejechać wózkiem. Chociaż przyznam szczerze, że Kajcia sporą część dnia spędziła na rękach, ponieważ również zainteresowana była tym, co dzieje się wokół. W ładną pogodę przewinąć dziecko można na trawce lub na jednej z ławek. W razie niesprzyjającej aury można udać się do zadaszonej kuchni i tam przeprowadzić czynności higieniczne.  I ostatnia ogromna zaleta tego miejsca, to fakt, że agroturystyka położona jest blisko lasu, z dala od zabudowań mieszkalnych, można więc tutaj naprawdę cieszyć się z obcowania na łonie natury. Poza tym, to co dla nas ma ogromne znaczenie, to fakt, że nie ma tutaj tłumów turystów. Przynajmniej w sobotę (22 marca) było w Cicho-Sza spokojnie, co dodawało temu miejscu jeszcze większego uroku. Jak widać nazwa tego miejsca zobowiązuje:)

Zapraszam serdecznie na cykl dla wrocławskich mam, które planują powrót do pracy lub szukają swojej drogi zawodowej.

Przed Wami spotkania z 3 wspaniałymi kobietami- każda z nich jest mamą i każda zmieniła swoją karierę właśnie podczas urlopu macierzyńskiego:

09.04 - spotkanie z Magdaleną Karasińską- Nowak, instruktorką fitness, trenerem personalnym oraz właścicielką HomeFit Studio, gdzie pracuje z mamami i dziećmi 🙂

16.04 - spotkanie z Magdą Kinal, wirtualną asystentką, która wspiera firmy w ich bieżących działaniach- Asystentka w sieci, prywatnie szczęśliwa żona i mam dwuletniego Olka 🙂

23.04 - spotkanie z Agnieszką Wypiór- Kapałą, mistrzynią sprzedaży w branży nieruchomości, która rozbudowuje dom do wynajęcia Leśniczówka na górce:)

Na każdą uczestniczkę czekają również zniżki od Partnerów wydarzenia 🙂

Można przyjść z pociechami- spotykamy się w miejscu przyjaznym dla rodziców i dzieci- Rodzinkowo

Ilość miejsc ograniczona!
Cena: 25 zł za jedno spotkanie

Spotkanie odbędzie się, jeśli zbierze się minimalna liczba uczestniczek- 4.

Zapisy: info@kobieceeventy.pl lub sms 730 322 651

Ślęża- najważniejsze informacje

Góra Ślęża to najwyższy szczyt Masywu Ślęży (718 m n.p.m). Należy do Korony Gór Polski, Korony Sudetów Polskich oraz Korony Sudetów. Nazwa prawdopodobnie wywodzi się od starosłowiańskiego wyrazu „śleg” oznaczającego wilgotność i mokrość. Tym samym nawiązuje do lokalnego klimatu, charakteryzującego się wysokim poziomem wilgotności.

Góra Ślęża przez wieki była miejscem kultu plemion pogańskich. Na szczycie góry oddawano cześć przede wszystkim bóstwu słonecznemu, o czym świadczą liczne rzeźby ze znakiem „x”, symbolem słońca.

Aktualnie szczyt jest miejscem odwiedzanym przez turystów. Na szczycie znajdują się:

  • Kościół Nawiedzenia NMP z 1852 roku
  • Radiowo Telewizyjne Centrum Nadawcze Ślęża
  • Schronisko górskie im. Romana Zmorskiego, które zbudowane zostało w 1908 roku (obecnie Dom Turysty),
  • krzyż milenijny z granitu postawiony w 2000 roku,
  • wieża widokowa
  • granitowa rzeźba – niedźwiedź
Kamień znajdujący się u wejścia na szczyt Ślęży

Ślęża – relacja

Wybraliśmy się na Ślężę od strony Przełęczy Tąpadła. W związku z tym, że zdecydowaliśmy się wjechać z Kajcią wózkiem na górę wybraliśmy szlak żółty. Szlak ten okazał się bardzo przyjemny. Tyle tylko, że trafiliśmy na tłumy turystów i trzeba było lawirować wózkiem pomiędzy piechurami. Po drodze widzieliśmy wiele osób z dziećmi młodszymi niż Kajcia w nosidełkach i chustach, ale w związku z tym, że Kajcia nie siedzi jeszcze samodzielnie, opcja trzymania dziecka w nosidełku przez kilka godzin była dla nas nie do zaakceptowania. Opcja z wózkiem jest przyjaźniejsza dla dziecka, natomiast wiąże się z większym dyskomfortem dla rodzica pchającego wózek (w naszym przypadku to był Grześ).

Droga na sam szczyt zajęła nam 1,5 godziny spokojnym tempem, z kilkoma krótkimi przystankami. Chcieliśmy, aby wejście sprawiło radość przede wszystkim dzieciom. O ile Kajcia była zadowolona z jazdy wózkiem pod górę, o tyle zastanawialiśmy się czy Hubercik nie będzie marudził, że go bolą nóżki. W końcu ma niecałe 4 lata i jest to dla takiego dziecka spory wysiłek. Okazało się, że nasz synek zaprawiony w boju licznymi wyjazdami, znakomicie poradził sobie ze zdobyciem Ślęży. Po drodze urozmaicaliśmy sobie wędrówkę zbierając patyki, kamienie, śpiewając piosenki czy skacząc po kamieniach. Grunt to dobra zabawa w każdej sytuacji. Co więcej, byliśmy razem ze znajomymi, którzy mają synka w wieku naszego Hubercika, więc chłopaki mieli towarzystwo i wzajemnie inspirowali się do zabawy. Nasi najmłodsi piechurzy weszli więc na szczyt w bardzo dobrych humorach. Największą atrakcją dla nich na szczycie był niedźwiedź.

Droga na szczyt

Na szczycie znajduje się schronisko górskie i bar, gdzie można zjeść zarówno dania obiadowe, napić się kawy/herbaty czy kupić coś słodkiego. Generalnie do środka można byłoby wjechać wózkiem (a raczej go wnieść, bo podjazdu dla wózków nie ma), ale w związku z tym, że dniu, w którym byliśmy były tam tłumy turystów, wjechanie wózkiem do środka nie było najlepszym pomysłem. W związku z tym zostawiliśmy go na zewnątrz.

W środku schroniska znajduje się toaleta, ale na przewijak nie ma co liczyć, w końcu to schronisko górskie. W ładną pogodę można spokojnie przewinąć dziecko na trawce na kocyku, a w chłodniejszy dzień można to zrobić w środku na drewnianej ławce.

Trzeba też się liczyć z tym, że w toalecie jest tylko zimna woda (nawet nie w kranie, tylko w plastikowych baniakach), więc jakiekolwiek podmycie dziecka wiąże się z chwilą orzeźwienia.

Cel osiągnięty:)

Po dłuższym odpoczynku zeszliśmy na dół tym samym szlakiem. Przy Przełęczy Tąpadła znajduje się spora działka rekreacyjna, gdzie można usiąść na ławkach (w razie deszczu skryć się pod wiatą), pobiwakość, rozpalić grilla lub ognisko, a nawet rozbić namiot (praktykowaliśmy weekendy pod namiotem na Przełęczy Tąpadła w poprzednich latach).  Obok terenu rekreacyjnego znajduje się bar, gdzie również można się posilić skromnym obiadem. My jednak wybraliśmy pizzerię w Będkowicach (Remiza Pizzeria&Noclegi). Pizzeria znajduje się w dawnej remizie strażackiej. W środku znajdują się kaski strażackie, toporki, pasy strażackie itd., co stanowiło kolejną atrakcję dla naszego synka (tym bardziej, że Hubercik chce zostać strażakiem). W środku jest sporo miejsca, aby wjechać wózkiem. W toaletach nie ma wprawdzie przewijaka dla niemowlaka, ale dla starszych dzieci jest kącik (stolik z kolorowankami i kredkami). Co więcej, pizza okazała się bardzo dobra.

Strażak Hubercik w oczekiwaniu na pizzę

Wejście na Ślężę to ciekawy pomysł na jednodniową wycieczkę z dziećmi. Góra jest usytuowana zaledwie 35 km od Wrocławia, a można tutaj pooddychać świeżym powietrzem i znakomicie się zrelaksować. Nie mówiąc, że po takim dniu pełnym wrażeń nasze dzieci o 18:00 poszły spać.

W taki wiosenny dzień jak wczoraj siedzieć w domu byłoby grzechem. Postanowiliśmy wybrać się za miasto, a dokładniej wejść na Ślężę od strony Przełęczy Topadła. Zanim jednak przystąpiliśmy do zdobycia jednego ze szczytów Korony Gór Polski, zatrzymaliśmy się w Sulistrowiczkach przy studni Św. Świerada…

Kim był św. Świerad?

Św. Świerad uchodzi za pierwszego polskiego lekarza. Wzmianki o nim można odnaleźć w kronikach Jana Długosza. Urodził się w 950 roku w chłopskiej rodzinie w Małopolsce. Uchodził za specjalistę w zakresie medycyny ludowej. Przybywali do niego chorzy z całego regionu, którym przynosił ulgę dzięki zabiegom ziołoleczniczym. Propagował picie wód źródlanych, wierząc w ich cudowne, zdrowotne właściwości.

Napis nad Studnią św. Świerada

W ostatnich latach swojego życia prowadził pustelnicze i ascetyczne życie. Wyrzekł się świata materialnego, aby swoje życie podporządkować modlitwie i ciężkiej fizycznej pracy. Gorliwie się modlił. W czasie Wielkiego Postu przestrzegał bardzo rygorystycznych zasad – żywił się jedynie orzechami włoskimi.  Świerad był misjonarzem, który szerzył chrześcijaństwo,  co też przyczyniło się do jego kanonizacji w 1083 roku. Tym samym był jednym z pierwszych Polaków wyniesionych na ołtarze. Umartwiał się poprzez spanie na siedząco na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy w czasie snu upadał, ranił się. Celem skrępowania ruchów głowy, zakładał koronę z drewna z przymocowanymi czterema kamieniami. Przy każdym skłonie uderzał o nie głową. Chodził przepasany mosiężnym łańcuchem, który wrósł w jego ciało. To też przyczyniło się do jego śmierci, bowiem w jedną z ran wdało się zakażenie, z którym nie mógł się uporać. Żył dla innych- nie tylko leczył ludzi, ale także pocieszał ich w cierpieniu i dawał nadzieję w sytuacjach beznadziejnych. Poza modlitwą, praca dla niego stanowiła kluczową wartość w życiu. Wierzył, że ciężka praca jest miarą człowieczeństwa i prowadzi do zbawienia. Jego zajęciem było karczowanie lasów.

Studnia św. Świerada

Dlaczego przybliżam akurat tą postać? Ponieważ w Sulistrowiczkach znajduje się studnia św. Świerada (tzw. Źródło Życia). Wiele osób przybywa tutaj z bańkami/butelkami, aby nabrać tej wyjątkowej wody, która ma nie tylko wyjątkowe walory smakowe, ale także właściwości lecznicze. W dniu wczorajszym staliśmy około 20 minut w kolejce, aby nalać sobie tej źródlanej wody. Były przed nami osoby, które napełniały po kilkadziesiąt 5-litrowych baniek. Zastanawiam się jednak ilu z tych ludzi zastanawia się kim naprawdę był św. Świerad i dlaczego jest patronem tej małej studzienki, usytuowanej w lasku w Sulistrowiczkach.

Będąc w Sulistrowiczkach warto jeszcze zobaczyć:

Park Krajobrazowy „Wenecja”

Zaraz obok studni znajduje się Park Krajobrazowy „Wenecja”. Swoją nazwę zawdzięcza faktowi, że na jego terenie znajdują się stawy, fontanny i wodne kaskady. Wprawdzie do prawdziwej Wenecji mu daleko, ale będąc w Sulistrowiczkach warto go zobaczyć. Przede wszystkim jest to teren zielony, otoczony pięknymi drzewami, gdzie można pooddychać świeżym powietrzem.

Brama wejściowa na teren Parku Krajobrazowego "Wenecja"

Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady

Sanktuarium zostało zbudowane w 1999 roku, a rok później kard. Henryk Gulbinowicz dokonał jego konsekracji. Kościół jest klimatyczny, zbudowany w stylu góralskim. Stanowi nie tylko miejsce zaślubin dla nowożeńców z całej Polski, ale także cel pielgrzymek.

Uwagę przyciąga dach w kształcie gwiazdy siedmioramiennej, symbolizujący dary Ducha Świętego. Świątynia została zbudowana z drewna świerkowego na podmurówce granitowej. W środku można podziwiać ołtarz trzymany przez dwa niedźwiedzie, nawiązujący do żyjących w tych rejonach plemion pogańskich.

Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady

Msze święte w Sanktuarium odbywają się w niedziele i święta w godzinach 12:00 i 19:00, poza tym w pierwsze soboty miesiąca o 19:00.

Lokalny targ

Targ to może zbyt duże słowo, ale przy Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady, jak i na parkingu usytuowanym tuż przy Parku Krajobrazowym „Wenecja” znajduje się kilka stoisk, na których lokalni mieszkańcy sprzedają m.in. domowe przetwory, warzywa i owoce z własnej uprawy, jajka, miody, wędliny, mleko i sery krowie, własne wypieki, a także rękodzieło. Produkty są wyśmienite, a co najważniejsze ekologiczne. Aby jednak zaopatrzyć się w te smakołyki trzeba przyjechać tutaj z rana (najpóźniej do godziny 12:00), ponieważ w porze obiadowej lokalni sprzedawcy udają się na zasłużony odpoczynek.

Lokalne rękodzieło

 

W związku z tym, że wszystkie atrakcje znajdują się blisko siebie w przypadku zwiedzania z niemowlakiem przyda się nosidełko lub chusta. Można też wszędzie podjechać wózkiem, choć w przypadku studni św. Świerada, szczególnie po deszczu, należy spodziewać się, że teren będzie bardzo zabłocony.

Tym razem napiszę kilka słów o służbie zdrowia na Malcie, z którą mieliśmy wątpliwą przyjemność zetknąć się podczas pobytu. Wydaje się sprawą oczywistą, że podstawą każdego wyjazdu jest zakup ubezpieczenia. Z pełną świadomością piszę, że wydaje się…bo znam osobiście takie osoby, które potrafią jechać na narty np. do Włoch i nie wykupić żadnego ubezpieczenia (a narty skądinąd to sport kontuzyjny). My w każdym razie bez ubezpieczenia nigdzie się nie ruszamy, a na pewno nie zagranicę.

Jadąc na wakacje w Europie opcje są dwie:

  1. Wyrobienie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ)

Wniosek o kartę można złożyć osobiście w oddziale NFZ, zeskanować i wysłać mailem do oddziału wojewódzkiego NFZ, wysłać pocztą lub faksem do oddziału NFZ lub przesłać za pomocą systemu ePUAP.

Po rozpatrzeniu wniosku i wydaniu karty, można ją odebrać osobiście w oddziale NFZ lub karta może być wysłana pocztą (jeśli taka opcja została wybrana jako sposób odbioru).

Karta w przypadku osób zatrudnionych ważna jest 18 miesięcy lub 5 lat w przypadku dzieci.

  1. Wykupienie prywatnego ubezpieczenia oferowanego przez określone Towarzystwo Ubezpieczeniowe lub bank

Wykupując takie ubezpieczenie należy kierować się nie tyle jego ceną, ale przede wszystkim kwotami i zakresem świadczeń. Czasem różnica pomiędzy poszczególnymi pakietami jest nieznaczna, a kwoty i zakres świadczeń różnią się diametralnie.

My korzystamy od lat z jednego Towarzystwa Ubezpieczeniowego, ponieważ kilka razy zdarzyło się, że musieliśmy skorzystać ze służby zdrowia za granicą (np. na Sri Lance) i to Towarzystwo spisało się bardzo dobrze.  Wychodzimy z założenia więc, że skoro na drugim końcu świata ono nas nie zawiodło, to będziemy lojalnymi klientami.

Lecąc na Maltę wykupiliśmy tylko ubezpieczenie prywatne, bo przyznam szczerze minimalizuję w swoim życiu kontakt z NFZ. Nie jest to instytucja, z którą styczność napawa mnie optymizmem. Dlatego wolę opcję drugą, tym bardziej, że takie ubezpieczenie można wykupić online w kilka minut. Poza tym, EKUZ sprawdza się tylko w przypadku publicznej służby zdrowia. Jeśli chcemy skorzystać z prywatnej opieki medycznej zagranicą druga opcja jest korzystniejsza.

Za ubezpieczenie naszej 4-osobowej rodziny na Malcie w pakiecie Large zapłaciliśmy niecałe 120 zł. Kwota więc jest przyzwoita, a ochrona ubezpieczeniowa całkiem niezła.

Tym razem również nie obyło się bez uniknięcia służby zdrowia. Lecąc na Maltę Kajcia była lekko przeziębiona. Wydawało się nic groźnego: katarek i lekki kaszelek. Silny wiatr na płycie lotniska we Wrocławiu, klimatyzacja w samolocie, taksówce i hotelu nie pomogły w zwalczeniu infekcji, a wprost przeciwnie przyczyniły się do jej zaostrzenia. Na drugi dzień po przylocie Kaja zaczęła jeszcze bardziej kaszleć i mieć problemy z przełykaniem. Skorzystaliśmy więc z wykupionego ubezpieczenia. Zadzwoniliśmy na całodobową pomoc medyczną i w ciągu godziny firma ubezpieczeniowa przysłała nam lekarza rodzinnego do hotelu. Pani doktor zbadała Kajcię i w zasadzie zaleciła tylko podawanie paracetamolu i syropu na kaszel dla dzieci od 3 miesięcy (Infant’s cough syrup firmy Benylin).

Co ciekawe, jak zapytałam o możliwość zastosowania jakichkolwiek inhalacji dla Kajci, to pani doktor się uśmiechnęła i powiedziała, że są one skuteczne tylko w przypadku astmatyków i palaczy z problemami płucnymi. Ale słyszała, że w Polsce są często stosowane w przypadku dzieci. Ona jednak nie wierzy w ich skuteczność. No cóż...co kraj to obyczaj.

Apteki na Malcie są dostępne na każdym kroku i otwarte od 9 rano do 18, więc z wykupem lekarstw nie było problemu. Trzeba jednak wiedzieć konkretnie co się chce w nich zakupić, bo na fachowe doradztwo farmaceuty nie ma co liczyć. Bolało mnie gardło i poprosiłam panią o jakieś tabletki na gardło do ssania dla kobiet karmiących. Pani mi chciała wcisnąć tabletki, gdzie na ulotce było wyraźnie napisane, że nie zaleca się stosowaniu ich w przypadku kobiet w ciąży i karmiących. Gdy pokazałam pani farmaceutce ten zapis, wzruszyła lekko ramionami i powiedziała, że nic więcej nie ma.

Co ciekawe, na Malcie w aptece można skorzystać również z konsultacji lekarza rodzinnego, który przyjmuje w określone dni i godziny. Zastanawiałam się dlaczego..Moja hipoteza zakłada, że jest to podyktowane zapewnieniem powszechnej opieki medycznej  jak najszerszej grupie mieszkańców. Przychodnie i kliniki są często oddalone o kilkadziesiąt km od siebie i nie każdy ma możliwość, aby pokonać taki dystans.

W związku z tym, że po dwóch dniach samopoczucie Kajci się nie poprawiało, a nawet pogorszyło, bo Kajcia nie chciała jeść (jadła po 30-40 ml co 6-7 godzin) ponownie musieliśmy wezwać lekarza. Znowu zadzwoniliśmy na całodobową pomoc medyczną i przyjechała ta sama Pani doktor. Tym razem zaniepokoił ją brak apetytu naszej córeczki i skierowała nas do szpitala Mater Dei Hospital w Msidzie (oddalonego około 30 km od Bugibba, w której mieszkaliśmy).

Zadzwoniliśmy do firmy ubezpieczeniowej, w której mieliśmy wykupione ubezpieczenie i okazało się, że firma ta nie ma podpisanej umowy ze wskazanym szpitalem. W związku z tym mieliśmy dwie możliwości. Pojechać do wskazanego szpitala i pokryć wszelkie koszty we własnym zakresie (a nasze towarzystwo ubezpieczeniowe zwróci nam koszty po powrocie do Polski) lub czekać aż firma ubezpieczeniowa znajdzie nam placówkę, z którą ma podpisaną umowę. Nie chcieliśmy czekać więc wybraliśmy opcję pierwszą. Poza tym pani Christina Ellul poinformowała nas, że jest to najlepszy szpital pediatryczny w okolicy. Firma ubezpieczeniowa poinformowało nas również, abyśmy brali na wszystko co dotyczy pomocy medycznej Kajci paragony (np. za transport, lekarstwa), wówczas wszystkie koszty zostaną pokryte przez nią po powrocie.

Do szpitala pojechałyśmy taksówką (ja, Kajcia i koleżanka, która z nami była na Malcie). Koszt z hotelu do szpitala w jedną stronę wyniósł 25 euro.

Po przyjeździe do Mater Dei Hospital panowie z ochrony skierowali nas do rejestracji. Na szczęście nie było kolejki i od  razu pan przyjął od nas zgłoszenie oraz opłatę w wysokości 100 euro (gdybyśmy mieli EKUZ nie musielibyśmy ponosić żadnych opłat), po czym skierował nas do sali nr 1, informując, że zostaniemy wyczytane po nazwisku jak tylko będzie nasza kolej. Pan w recepcji nie był zbyt sympatyczny. Rzec można typowy urzędnik, co to etykieta urzędnicza nie pozwala mu popatrzeć prosto w oczy pacjentowi i nie daj Boże się uśmiechnąć.

Tutaj również nie czekaliśmy długo (około 10 min), kiedy Kaję zawezwano do środka. Wewnątrz ratownik medyczny przeprowadzał krótki wywiad, mierzył tętno i kwalifikował na izbę przyjęć pediatryczną. Po przeprowadzeniu tych czynności, wystawił nam stosowny dokument i skierował nas do kolejnych drzwi, gdzie mieściła się izba przyjęć.  Przed wejściem na izbę mieścił się dzwonek. Po jego wciśnięciu, drzwi otworzyła sympatyczna pielęgniarka, która wzięła od nas wystawiony dokument i kazała czekać. I tutaj nie miałyśmy zbyt wiele szczęścia, bo czekałyśmy ponad 2 godziny (a byłyśmy drugie w kolejce, z czego pierwsze dziecko było już w środku). Dlaczego? Okazało się, że na całym oddziale był tylko jeden lekarz, który biegał pomiędzy izbą przyjęć a oddziałem. Przypomina Wam to coś? Hm… Czuliśmy się jak w domuJ

Po 2 godzinach zawezwała nas pani pielęgniarka. Młody pan doktor przeprowadził bardzo szczegółowy wywiad na temat dolegliwości Kajci i dokładnie ją zbadał. Osłuchowo była w porządku, ale to, co go zaniepokoiło  to brak apetytu. Według niego, 4-miesieczne dziecko powinno wypijać min. 300 mln na dobę, aby się nie odwodnić, a Kajcia tyle nie wypijała przez ostatnie 2 dni. Widziałam, że pan doktor tak naprawdę nie wie co z nami zrobić. Z jednej strony martwił się o stan zdrowia Kajci i bał się nas wypuścić ze szpitala. Z drugiej, nie chciał nas zostawić na oddziale. Po dłuższym namyśle skierował nas do poczekalni oddziałowej i kazał próbować karmić Kajcię, bo chciał zobaczyć jak ona je. Poczekalnia, muszę przyznać, daleko odbiegała od standardów polskich (przynajmniej od szpitala na Koszarowej we Wrocławiu, w którym byłyśmy kilka miesięcy wcześniej). Przede wszystkim była bardzo kolorowa, przestronna, pełna zabawek, gier i puzzli. Przyszło nam w niej spędzić kolejne dwie godziny, bowiem Kajcia nie zamierzała spełnić oczekiwań naszych i pana doktora. Po dwóch godzinach zapytałam co dalej…

Pan doktor zawezwał więc na konsultację profesora. Profesor po zapoznaniu się z naszym przypadkiem i namyśle odesłał nas do hotelu i kazał nam przyjechać na drugi dzień o 9 na wizytę kontrolną. Poinformował, że nie chce Kajci dawać antybiotyku, bo przecież oskrzela i płuca ma czyste, ale jeśli nie zacznie jeść do jutra to będzie to wskazane. Poinformował nas również, że nie musimy się na drugi dzień rejestrować, tylko od razu mamy udać się na izbę przyjęć.

Po kilku godzinach wróciłyśmy do hotelu, licząc na to, że jednak może stan zdrowia Kajci się polepszy przez noc. Niestety przez najbliższe godziny nie zjadła zbyt wiele, więc rano znowu wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy do szpitala.

Kiedy próbowałyśmy od razu dostać się na oddział zatrzymała nas ochrona, informując, że musimy udać się do rejestracji. Jakież było zdziwienie pana ochroniarza, jak powiedziałam mu, że tym razem procedura miała być uproszczona. Pan ochroniarz kazał nam zaczekać, a on sam wszedł na oddział upewnić się czy oby na pewno mówię prawdę. Po konsultacji z lekarzem wyszedł i poinformował, że jednak musimy przejść całą ścieżkę zdrowia od początku (rejestracja-sala nr 1- izba przyjęć). Był jednakże na tyle miły, że przy każdym okienku prosił pracownika o potraktowanie nas priorytetowo. Dzięki jego zaangażowaniu po 15 minutach byłyśmy już na oddziale.

Okazało się, że znowu na dyżurze jest ten sam pan doktor co wczoraj. A zaznaczyć chciałam, że dzień wcześniej opuszczałyśmy szpital po 22 i on cały czas aktywnie uczestniczył w procedurach medycznych. Musiał więc pełnić dyżur całą noc i rano nie wyglądał, jakby zaraz miał iść do domu. Znowu poczułam się jakoś tak swojsko…

Tym razem pan doktor od razu zawołał pana profesora, który zrobił ponownie wywiad i  zbadał Kajcię, po czym poinformował, że konieczny jest antybiotyk – Augumentin. Nawet z nim nie dyskutowałam, bo bałam się, że za chwilę Kajcia nam się odwodni.

I tutaj kolejna różnica w podejściu do leczenia. Na Malcie do antybiotyku nie zaleca się stosowania probiotyku. Jak zapytałam o priobiotyk, to pan profesor powiedział, że to nie jest konieczne, ale słyszał, że w Polsce podaje się te dwa lekarstwa, więc jeśli chcę, to mogę podać Kajci probiotyk, bo to nie zaszkodzi i nie pomoże. Wypisał nam receptę i mogłyśmy wrócić do Bugibba.

Po podaniu antybiotyku, drugiego dnia nastąpiła znaczna poprawa zdrowia i Kajcia zaczęła normalnie jeść, a także odzyskała siły witalne. Zetknięcie się z maltańską służbą zdrowia było dla nas kolejnym ciekawym doświadczeniem. Wyjazd to nie tylko przyjemne chwile. Trudne chwile też nas budują i czegoś uczą. Po powrocie znajoma zapytała mnie czy drugi raz pojechałabym za granicę z tak małym dzieckiem? Odpowiedź moja brzmi: TAK. Jadąc z niemowlakiem trzeba pamiętać tylko o kilku rzeczach:

  1. Mieć dobre ubezpieczenie, o czym wspominałam wyżej
  2. Sprawdzić poziom/jakość służby zdrowia w danym kraju (z niemowlakiem nie wybrałabym się np. do Paragwaju, gdzie byłam i gdzie standardy medyczne odbiegają znacznie od standardów europejskich)
  3. Znać język angielski (bez tego trudno byłoby sobie poradzić w sytuacji kryzysowej)
  4. Nie panikować (w sytuacjach kryzysowych paradoksalnie, ja, choleryk z natury, jestem osobą opanowaną i zachowuję zimną krew, a mój mąż panikuje i widzi czarne scenariusze). Dlatego, gdy musiałam jechać do szpitala na Malcie poprosiłam koleżankę o to, aby pojechała ze mną i z Kajcią, a nie męża, bo wiedziałam, że panika nam w niczym nie pomoże.

Tym razem postanowiliśmy wybrać się do Frydlantu w Czechach. Tym bardziej, że naczytałam się samych dobrych rzeczy na temat tej miejscowości. Na liście priorytetów, które chcieliśmy zobaczyć znalazły się:

Zamek Frydlant

Zamek jest usytuowany 12 km od granicy polsko- czeskiej, a ok. 50 km od Jeleniej Góry. Będąc w Górach Izerskich wiele osób polecało nam, podkreślając, że jest to najładniejszy zamek w okolicy. Postanowiliśmy to sprawdzić. Jednakże zanim się do niego wybraliśmy przybliżyliśmy sobie jego historię, ponieważ lubimy wiedzieć co nie co o miejscu, do którego się wybieramy.

Nie jest znana dokładnie data budowy zamku. Przypuszcza się, że około XIII wieku został zbudowany jako miejsce obrony przed najazdem tatarskim. Na uwagę zasługuje fakt, że przebiegał tutaj ważny szlak handlowy, co budziło szczególne zainteresowanie Tatarów. Warownia miała więc stanowić skuteczną obronę tego istotnego szlaku.

Zamek Frydlant

Zamek wielokrotnie zmieniał właścicieli, przez których był przebudowywany według własnych preferencji. Do jego zarządców należała m.in. rodzina von Biebersteinów, von Redern oraz Albrecht  von Wallenstein.

Za czasów zarządu Redernów dokonano rekonstrukcji zamku w stylu renesansowym. Stary budynek odrestaurowano, dzięki czemu nabrał nowego kolorytu. Zbudowano dwukondygnacyjny pałac z wieżyczką, bogato zdobiony. Wszystkie zmiany zostały dokonane przez włoskiego architekta Marco Spazio di Lancio i trwały ponad 20 lat.

Zamek Frydlant

Za szczególną postać w historii zamku uważa się Albrechta  von Wallensteina, który otrzymał go od cesarza Ferdynanda II (jak na ironię losu tego samego, który zlecił jego zabójstwo). Historia zapamiętała go jako wybitnego wodza w okresie wojny 30-letniej (był wodzem naczelnym wojsk cesarza Ferdynanda II). Po śmierci swojej zony w spadku otrzymał rozległe wioski, z główną siedziba we Frydlancie. W 1634 roku został zamordowany na polecenie austriackiego cesarza, który prawdopodobnie obawiał się talentu Wallensteina. Oficjalna wersja jednak mówi, że cesarz zlecił jego zamordowanie z powodu samowolnych pertraktacji Wallensteina z protestantami. Zwiedzając zamek, najwięcej uwagi poświęcone jest właśnie Albrechtowi  von Wallenstein i wojnie 30-letniej.

W XVII wieku wnętrze zamku zostało zmienione na styl barokowy. W drugiej połowie XVIII wieku miała miejsce kolejna rekonstrukcja warowni w stylu barokowym.

Sklep z pamiątkami przy zamku

Zamek został udostępniony jako muzeum do zwiedzania w 1800 roku (jako pierwsze nie tylko w Czechach, ale Europie Środkowo- Wschodniej) i jest uznawany za jeden z najpiękniejszych warowni w Czechach.Zamek składa się z dwóch części: zamku górnego w stylu gotyckim i renesansowego zamku dolnego. Do dziś zachowało się wiele eksponatów, będących w posiadaniu ówczesnych właścicieli.

Zamek można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Zwiedzanie odbywa się dwoma trasami. Pierwsza obejmuje dziedziniec zamkowy i wnętrza zamkowe (Sala Rycerska, arsenał, dawne biuro), Kaplicę św. Anny i wnętrza pałacowe (pokoje hrabiny, łazienka,pokoje dziecięce, pokój hrabiego, pokoje gościnne, jadalnia i kuchnia). Czas trwania 90-120 min.

Druga opcja to zwiedzanie arsenału (gdzie zobaczyć można kolekcje historycznych broni) i trwa 60 min.

Zamek jest zamknięty dla turystów od listopada do marca. Można go zwiedzać od kwietnia do października w następujących godzinach:

Kwiecień- od wtorku do niedzieli od 9 do 15.30

Maj, czerwiec - od wtorku do niedzieli od 9 do 16.00

Lipiec, sierpień - od wtorku do niedzieli od 9 do 16.30

Wrzesień - od wtorku do niedzieli od 9 do 16.00

Październik - od wtorku do niedzieli od 9 do 15.30

Opłaty:

Podstawowa trasa zwiedzania: 180 CZK (opłata ulgowa 130 CZK, wykład w języku obcym 260 CZK)

Arsenał: 150 CZK (opłata ulgowa 110 CZK, wykład w języku obcym 230 CZK)

Browar

Niedaleko zamku znajduje się browar, którego powstanie datuje się na XIII wiek. Pierwsze wzmianki o warzeniu piwa we Frydlancie pochodzą właśnie z 1381 roku. Browar przez wieku należał do właścicieli zamku, jednak czasy świetności przeżywał podczas zarządu Albrechta von Wallensteina (stąd nazwa lokalnego piwa Albrecht). Po II wojnie światowej zaprzestano produkcji piwa. Dopiero w 2014 roku browar został odrestaurowany i obecnie można tutaj nie tylko zasmakować pysznego piwa Albrecht w różnych odmianach, ale jest to także miejsce różnorodnych wystaw i festiwali. Co więcej, produkowane w browarze piwo otrzymało wiele nagród krajowych i międzynarodowych.

Odmiany piwa Albrecht:

  1. Albrecht 11° - lekkie piwo
  2. Albrecht 12° - lekkie piwo
  3. Albrecht Pale Ale – piwo powstające w wyniku wysokiej fermentacji
  4. Albrecht IPA – piwo typu indyjskiego (gorzkie, z posmakiem ziołowym)
  5. Albrecht Weizen – piwo pszeniczne

Browar można zwiedzać (wraz  z degustacją) codziennie od poniedziałku do niedzieli (od poniedziałku do czwartku czynny jest od 14 do 22, w piątek i sobotę od 12 do 24, a w niedzielę od 12 do 21).

Ratusz

Będąc w miasteczku warto odwiedzić neorenesansowy ratusz, który został zbudowany w latach 1893-1896 za sprawą wiedeńskiego architekta Franza Neumanna. W holu ratusza można zobaczyć popiersie Albrechta von Wallensteina. W ratuszu obecnie znajduje się muzeum miejskie, w którym można podziwiać makietę pierwotnego ratusza.

Ratusz
Piękne kamieniczki we Frydlancie
Piękne kamieniczki we Frydlancie

Lodowisko

Zostało ono całkowicie przebudowane w 2014 roku i jest uważane jako jedno z fajniejszych miejsc do jazdy na łyżwach w okolicy. Ceny są bardzo atrakcyjne: dorośli 30 K za 1,5 godziny, a dzieci do 15 lat 15 K.

 

Przyjeżdżając do Frydlantu rozczarowaliśmy się trochę. Po pierwsze, nie doczytaliśmy, że zamek o tej porze roku jest nieczynny. Byliśmy z samego rana, więc zwiedzanie browaru również nie było nam pisane. Czekanie z dwójką dzieci do godziny 14 nie było zbyt obiecujące, zwłaszcza, że na dworze temperatura wynosiła niecałe 3 stopnie C. Pojechaliśmy więc na zwiedzanie ryneczku. Rynek okazał się całkiem klimatycznym miejscem. Ratusz prezentował się dostojnie. Obok można było podziwiać piękne, zdobione kamienice. Jednakże to, co nas zdziwiło to puste lokale niemal w każdym budynku. Trudno było tutaj znaleźć jakąś restaurację czy kawiarnię. Lokale przysłonięte były prześcieradłami i zasłonami, co nie dodawało uroku temu miejscu. Gdzieniegdzie można było spotkać starszą osobę, przechadzającą się po rynku nieśpiesznym krokiem. Dla nas to miasto było jak wymarłe. Zastanawialiśmy się czy to kwestia pory roku czy taki urok miasteczka. W związku z tym, że mamy niedosyt tego miejsca (koniecznie chcemy wrócić na zamek), na pewno powrócimy tutaj wiosną lub latem, aby sprawdzić czy Frydlant ożył.

Jeden z lokali w centrum miasteczka

 

Kolejny zamknięty lokal w centrum miasteczka

Zapraszam Was na spotkanie podróżnicze z naszym kwartetem już 8 kwietnia o godzinie 18:00 do Pubu Wędrówki przy ul. Podwale 37/38 we Wrocławiu. Chcemy się podzielić z Wami naszymi doświadczeniami i pokazać Wam, na przykładzie Malty, że wyjazdy z maluchami inspirują i są fantastyczną formą spędzania czasu wolnego. Podczas wspólnych wyjazdów odkrywamy nowe miejsca oraz siebie nawzajem. Jeśli jesteś zainteresowany poznaniem Malty z innej perspektywy, widzianej oczami 4-miesięcznego i 4-letniego dziecka zapraszamy na spotkanie.

Dzień Kobiet najczęściej kojarzy nam się z okresem PRL i wręczanymi wówczas rajstopami i goździkami. Geneza tego święta sięga jednak do początków XX wieku, kiedy po raz pierwszy zostało ono zainaugurowane w Stanach Zjednoczonych. W Polsce aktualnie święto to obchodzone jest bez specjalnego entuzjazmu. Jedni uważają, że o kobietach należy pamiętać codziennie a nie tylko od święta. Inni obdarowują swoje panie upominkami i kwiatami. W wielu krajach Dzień Kobiet obchodzony jest jednak hucznie, a kobiety wykorzystują je jako okazję do walki o własne prawa.

Historia Dnia Kobiet

Po raz Dzień Kobiet obchodzono w Stanach Zjednoczonych 28.02.1909 roku. Socjalistyczna Partia Ameryki ustanowiła ten dzień, aby uczcić strajki kobiet w Nowym Jorku, gdzie protestowały przeciwko fatalnym warunkom pracy i płacy. Wówczas w obawie przez nagłośnieniem sprawy właściciel zamknął je w fabryce, gdzie wybuchł pożar. W jego rezultacie zginęło 129 kobiet.

W 1910 roku w Kopenhadze Międzynarodówka Socjalistyczna ustanowiła Międzynarodowy Dzień Kobiet dla upamiętnienia walk kobiet o swoje prawa. Inicjatorką tej idei była niemiecka feministka Klara Zetkin. Rok później Międzynarodowy Dzień Kobiet obchodzony był w Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii.

W Polsce po raz pierwszy to święto zostało zorganizowane w marcu 1924 roku przez Centralny Wydział Kobiecy Polskiej Partii Socjalistycznej. W trakcie obchodów poruszano takie kwestie, jak godziwe warunki pracy i płacy dla kobiet. W okresie PRL dzień ten stał się świętem państwowym.

Wietnam

Wietnam jest krajem, gdzie kobiety musiały na przestrzeni lat stoczyć wiele walk o swoje prawa. Wywalczyły sobie prawo do edukacji, zatrudnienia czy głosowania. Jednakże na prowincjach kobiety są nadal dyskryminowane i zdominowane przez mężczyzn.

W Wietnamie Święto Kobiet obchodzone jest dwa razy w roku – 20 października i 8 marca. Pierwsza data upamiętnia 20.10.1930 roku, kiedy to założono związek Kobiet Wietnamskich przeciwko imperializmowi. 8 marca jest natomiast obchodzony Międzynarodowy Dzień Kobiet.

Obie daty są bardzo istotne dla Wietnamczyków. Organizowane są wówczas przez rząd, organizacje pozarządowe oraz firmy prywatne liczne imprezy, poprzez które zachęca się kobiety do aktywnego udziału w życiu publicznym. Ponadto, w trakcie tych świąt w dyskursie publicznym podkreśla się znaczenie kobiet w historii kraju i ich zaangażowanie w trakcie licznych wojen. Kobiety podczas obu świąt obdarowywane są prezentami i kwiatami.

Brazylia

W Brazylii Dzień Kobiet obchodzony jest 8 marca. Kobietom wręcza się wówczas prezenty i prawi komplementy. W tym dniu płeć piękna jest witana przez mężczyzn w sposób szczególny słowami „parabens” oznaczającymi „gratulacje”. W Brazylii Święto Kobiet jest wykorzystywane do manifestowania przez kobiety swoich praw oraz do uczenia szacunku do płci przeciwnej. W tym kraju jest to istotne, ponieważ Brazylia to kultura „macho”. Wiele kobiet w tym kraju wciąż doświadcza przemocy domowej, a statystyki mówią, że cztery kobiety dziennie są zabijane.

W tym dniu kobiety podczas licznych obchodów przypominają postać Marii da Penha Fernandes, którą mąż próbował kilkakrotnie zabić. Mimo, że kobieta wniosła sprawę do sądu, jej oprawca nie został skazany. Mimo cierpienia Maria nie poddawała się i walczyła o prawa kobiet. W wyniku jej aktywności w 2006 roku rząd Brazylii uchwalił ustawę o przemocy domowej w rodzinie. Jednak w wielu miejscach pozostaje ona martwą literą. Jak podkreślają mieszanki Brazylii problemem nie jest ustawa, ale jej zastosowanie. Instrumenty egzekwowania prawa funkcjonują w dużych miastach, prowincja wciąż pozostaje bezkarna wobec aktów przemocy ze strony mężczyzn.

Gruzja

W Gruzji marzec jest generalnie uznawany za miesiąc kobiet, a 8 marca obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Kobiet. W tym dniu przypomina się społeczne, ekonomiczne, polityczne i kulturalne osiągnięcia pań. Kobiety są obdarowywane kwiatami i prezentami.

W Gruzji to święto ma szczególne znaczenie dla kobiet, ponieważ nadal w tym kraju są one dyskryminowane. Szacuje się, że 1 na 7 kobiet doświadcza przemocy domowej, 9% kobiet była molestowana w dzieciństwie, a 20% pań deklaruje, że doświadczyło molestowania po wejściu w dorosłość.

Rosja

W Rosji od 1918 roku jest to święto państwowe. W zasadzie nie jest ono nazywane „Świętem Kobiet” tylko „Świętem 8 marca”. Mężczyźni w tym dniu obdarowują kobiety prezentami i kwiatami i pozdrawiają je „szczęśliwy 8 marca” („z ósmym marca, z prazdnikiem”. Dzień ten został ustanowiony dniem wolnym od pracy.

W Rosji jest to najważniejsze święto po Sylwestrze i Nowym Roku. W związku z tym, że w tym kraju nie obchodzi się osobno Dnia Matki i Walentynek, 8 marca jest połączeniem tych wszystkich świąt.

W wielu krajach Święto Kobiet to nie tylko prezenty i kwiaty, ale przede wszystkim pamięć o ich trudnej sytuacji, o konieczności walki o swoje miejsce w przestrzeni publicznej, to wołanie o pomoc. Szczególnie tam, gdzie panie nadal są dyskryminowane, a mężczyźni czują się bezkarni w sytuacjach bezwzględnego traktowania kobiet, święto to daje nadzieję na lepsze jutro. W tym szczególnym dniu pamiętajmy więc nie tylko o naszych najbliższych paniach, ale także o tych z całego świata, które swoją heroiczną postawą i odwagą próbują zmienić brutalną dla nich rzeczywistość.

Podróże z dziećmi wymagają nieco innej organizacji niż w przypadku osób dorosłych. Przede wszystkim program wycieczki musi być dostosowany do wieku i preferencji maluchów. Plan wyprawy oczywiście należy posiadać, ale trzeba do niego podchodzić elastycznie i w każdej chwili być gotowym na jego zmianę.

Hubercik od najmłodszych lat, ba nawet miesięcy dużo podróżuje i muszę przyznać, że jest znakomitym kompanem w podróży. Po pierwsze, nie musi mieć wielu zabawek, aby umilić sobie czas. Wystarczy mu kamień, patyk czy butelka, aby dobrze się bawić. Podczas rejsu statkiem na Gozo słomka od soczku służyła mu jako śrubokręt i naprawiał nim  wszystkie sprzęty. Po drugie, nie potrzebuje tableta czy smartfona, aby przetrwać kilkugodzinną podróż. Hubercik zwraca uwagę na ptaki za oknem, samochody przejeżdżające obok, budynki, a nawet kobiety na plakatach (widząc panią w bikini na bilboardzie zawołał „mamusia patrz jaka ładna pani”). Podczas każdej wycieczki wszystko chłonie i podziwia. Umie delektować się otaczającą rzeczywistością. Po trzecie, nie nudzi go zwiedzanie nowych miejsc. Będąc na Malcie potrafił zwiedzać na równi z nami od godziny 10 do 18 i nie narzekał, że go bolą nóżki czy, że jest znudzony.

Po powrocie do kraju zapytaliśmy Hubercika, co najbardziej mu się podobało. Bez wahania wymienił następujące rzeczy:

  1. Plac zabaw w Qawrze przy Aquarium

Plac znajduje się w sąsiedztwie Aquarium i jest otwarty cały dzień. Wstęp jest bezpłatny. Jest usytuowany nad samym morzem, co przyczynia się nie tylko do tego, że najmłodsi mają radochę, ale widoki cieszą oko także dorosłych. Obok placu znajduje się restauracja i toaleta. Przy placu są liczne ławki, gdzie rodzice mogą usiąść i obserwować swoje dzieci. Plac zabaw urządzony jest w klimacie morskim. Przychodziliśmy tutaj z Hubercikiem kilkakrotnie. Miejsce to nie tylko zapewniło synkowi dobrą zabawę, ale także nauczyło go obcowania z dziećmi różnych ras, kultur oraz mówiącymi odmiennymi językami. Miło było popatrzeć, jak wszystkie maluchy z różnych zakątków świata ze sobą biegają, śmieją się i rozmawiają.

Plac zabaw przy Aquarium w Qawrze

My mieszkaliśmy w miejscowości Buggibba w Buggibba Hotel. Z hotelu na plac zabaw było około 700 metrów. Droga prowadziła wzdłuż morza, w związku z tym łączyliśmy spacer wraz z zadowoleniem synka.

  1. Rejs promem na Gozo i miejsce, gdzie morze wyrzuciło meduzy (czyli Błękitna Laguna)

Wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę z Buggibba na Gozo. Koszt takiej wyprawy to 22 Euro od osoby, dzieci do lat 5 nie ponoszą żadnych kosztów, a dzieci powyżej 5 lat 15 Euro. Takie wycieczki oferują niemal wszystkie biura podróży, znajdujące się wzdłuż promenady. My wybraliśmy biuro znajdujące się na Buggibba Square. Korzystaliśmy z tego biura kilkakrotnie i byliśmy zadowoleni z serwisu.

Z samego rana z przystani w Buggibba wyruszyliśmy statkiem na Gozo.  Statek spóźnił się o godzinę, ale przywykliśmy, że punktualność nie jest najmocniejszą stroną Maltańczyków. Już sam rejs był atrakcją dla naszego Hubercika. Przede wszystkim duża przestrzeń statku sprawiła, że miał sporo miejsca do biegania. Po drugie, podziwiał morze zza okna i inne statki płynące w niedalekiej odległości. Po trzecie, Hubercik lubi duże skupiska ludzi i miejsca, gdzie się coś dzieje. Podczas rejsu obserwował podróżujących turystów i dopytywał o to, skąd są, dlaczego mają ciemną skórę itd.

Parostatkiem w piękny rejs czyli płyniemy na Gozo

Podczas rejsu na statku można zakupić kawę/herbatę, przekąski, natomiast napoje takie jak woda czy sok są bezpłatne. Jeżeli chcemy naszym pociechom zaoferować coś konkretnego do jedzenia (danie obiadowe) musimy zadbać o to we własnym zakresie, albo poczekać aż dopłynie się na Gozo.

Po dotarciu na wyspę Gozo przesiedliśmy się do dwupoziomowych autobusów z otwartą górą, którymi zwiedzaliśmy wyspę. Przejazd autobusem to była kolejna atrakcja dla Hubercika, który podziwiał widoki. Dodatkowo miał radość ze słuchania multimedialnego przewodnika w różnych językach.

Po dotarciu do Błękitnej Laguny Hubercikowi radość sprawiało chodzenie po skalistym podłożu i podziwianie meduz wyrzuconych na brzeg przez morze.

  1. Muzeum Samochodów Klasycznych w Quawrze

Muzeum jest czynne od poniedziałku do soboty. W dni powszednie jest otwarte do 9 do 18, w soboty od 9 do 13.30. Wstęp do muzeum kosztuje 10 Euro dla dorosłych, 4,5 Euro dla dzieci.

Na zwiedzanie muzeum wybrał się Hubercik z tatusiem. Na podkreślenie zasługuje fakt, że Hubercik jest fanem motoryzacji. Muzeum stanowi prywatna kolekcja samochodów Carola Galea, obejmuje ona pojazdy od lat 40. XX wieku do współczesnych. Kolekcja jest imponująca i bogata. Już od początku przy wejściu można podziwiać piękną Corvettę Roadstera z 1962 roku czy Forda Thunderbird z 1956 roku. Takich smaczków motoryzacyjnych jest znacznie więcej, dlatego na wizytę w muzeum trzeba poświęcić 1,5-2 godziny. Tym bardziej, że oprócz samochodów można tutaj podziwiać motory i łódź motorową Albatros. Zwiedzając to muzeum czujesz się, jakbyś cofnął się w czasie do złotych lat motoryzacji. Wszystkie okazy przepięknie się prezentują, a kolekcja zapiera dech w piersiach. Hubercik przez 2 godziny chodził po muzeum z uśmiechem na twarzy, słuchając opowieści taty o specyfice poszczególnych pojazdów. O zadowoleniu świadczy fakt, że miesiąc po wizycie w muzeum Hubercik zaskoczył nas mówiąc, że w muzeum podobał mu się mały samochodzik,  do którego wchodziło się otwierając przód pojazdu (a chodziło mu o BMW Isetta 250 z 1957 roku).

Muzeum Samochodów Klasycznych
  1. Aquarium w Qawrze

Aquarium usytuowane jest nad samym morzem. Z promenady przy Aquarium rozciąga się widok na morze. Wstęp jest płatny: bilet kosztuje 13,90 Euro dla dorosłych, dzieci do 4 lat mają wstęp wolny, dzieci od 4 do 12 lat- 7 Euro, a seniorzy powyżej 60 roku życia płacą 11,90 Euro. Aquarium jest czynne codziennie od poniedziałku do niedzieli od 10 do 18 (ostatnie wejście jest o 17.30).

W Aquarium można podziwiać bogactwo ryb tropikalnych (łącznie z rekinami czy murenami). Oprócz ryb można zobaczyć także płazy i gady. Aquarium jest podzielone na kilka sekcji, a każda z nich dedykowana jest osobnemu oceanowi. Dla Hubercika odkrywanie podwodnego świata było fascynującym doświadczeniem. Dopytywał o nazwy ryb, jak one się tam znalazły, co jedzą i czy są bezpieczne. Rozczarowany był tylko, że nie ma w oceanarium delfinów.

  1. Wioska rybacka Marsaxlokk

Przejazd z Buggibba do Marsaxlokk publicznym transportem zajął nam około godziny. Najpierw z zajezdni w  Buggibba dojechaliśmy do Valetty, a stamtąd do Marsaxlokk. Nazwa wioski pochodzi od słów „port” (Marsa) oraz „płd-wschodni wiatr” Xlokk. Do miejscowości przybyliśmy w niedzielę z rana, kiedy odbywa się targ. Po wyjściu z autobusu to, co rzuciło nam się w oczy to tłumy turystów podążające właśnie w stronę targu. Można na nim znaleźć nie tylko ryby i owoce morza, ale także ubrania, lokalne wyroby, zabawki itd. Targ jest usytuowany wzdłuż morza, przy wybrzeżu którym zacumowane są maltańskie łodzie Luzzu, charakteryzujące się barwnymi kolorami (żółty, niebieski i czerwony). Łodzie przykuły uwagę Hubercika, który oczywiście chciał od razu poznać szczegóły połowu ryb na nich.

Pogoda bardzo nam sprzyjała. Kiedy wyruszaliśmy z Bugibba było tam około 15 stopni i dość wietrznie. W Marsaxlokk było kilka stopni cieplej i bezwietrznie. Mimo więc, że byliśmy w grudniu w Marsaxlokk mogliśmy chodzić w krótkim rękawie i delektować się ciepłem promieni słonecznych. Hubercik tym bardziej cieszył się z tak pięknej pogody, ponieważ mógł zjeść dużego loda.

Wioska rybacka Marsaxlokk

To, co zachwyciło czterolatka podczas pobytu w wiosce to kolorowe łodzie, kolorowe budynki (Hubercik dopytywał dlaczego drzwi i balkony są np. żółte czy czerwone), dobra świeża rybka zjedzona w restauracji po drugiej stronie morza oraz targ pełen gadżetów kuszących dzieci