Przeskocz do treści

Podróże z dziećmi wymagają nieco innej organizacji niż w przypadku osób dorosłych. Przede wszystkim program wycieczki musi być dostosowany do wieku i preferencji maluchów. Plan wyprawy oczywiście należy posiadać, ale trzeba do niego podchodzić elastycznie i w każdej chwili być gotowym na jego zmianę.

Hubercik od najmłodszych lat, ba nawet miesięcy dużo podróżuje i muszę przyznać, że jest znakomitym kompanem w podróży. Po pierwsze, nie musi mieć wielu zabawek, aby umilić sobie czas. Wystarczy mu kamień, patyk czy butelka, aby dobrze się bawić. Podczas rejsu statkiem na Gozo słomka od soczku służyła mu jako śrubokręt i naprawiał nim  wszystkie sprzęty. Po drugie, nie potrzebuje tableta czy smartfona, aby przetrwać kilkugodzinną podróż. Hubercik zwraca uwagę na ptaki za oknem, samochody przejeżdżające obok, budynki, a nawet kobiety na plakatach (widząc panią w bikini na bilboardzie zawołał „mamusia patrz jaka ładna pani”). Podczas każdej wycieczki wszystko chłonie i podziwia. Umie delektować się otaczającą rzeczywistością. Po trzecie, nie nudzi go zwiedzanie nowych miejsc. Będąc na Malcie potrafił zwiedzać na równi z nami od godziny 10 do 18 i nie narzekał, że go bolą nóżki czy, że jest znudzony.

Po powrocie do kraju zapytaliśmy Hubercika, co najbardziej mu się podobało. Bez wahania wymienił następujące rzeczy:

  1. Plac zabaw w Qawrze przy Aquarium

Plac znajduje się w sąsiedztwie Aquarium i jest otwarty cały dzień. Wstęp jest bezpłatny. Jest usytuowany nad samym morzem, co przyczynia się nie tylko do tego, że najmłodsi mają radochę, ale widoki cieszą oko także dorosłych. Obok placu znajduje się restauracja i toaleta. Przy placu są liczne ławki, gdzie rodzice mogą usiąść i obserwować swoje dzieci. Plac zabaw urządzony jest w klimacie morskim. Przychodziliśmy tutaj z Hubercikiem kilkakrotnie. Miejsce to nie tylko zapewniło synkowi dobrą zabawę, ale także nauczyło go obcowania z dziećmi różnych ras, kultur oraz mówiącymi odmiennymi językami. Miło było popatrzeć, jak wszystkie maluchy z różnych zakątków świata ze sobą biegają, śmieją się i rozmawiają.

Plac zabaw przy Aquarium w Qawrze

My mieszkaliśmy w miejscowości Buggibba w Buggibba Hotel. Z hotelu na plac zabaw było około 700 metrów. Droga prowadziła wzdłuż morza, w związku z tym łączyliśmy spacer wraz z zadowoleniem synka.

  1. Rejs promem na Gozo i miejsce, gdzie morze wyrzuciło meduzy (czyli Błękitna Laguna)

Wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę z Buggibba na Gozo. Koszt takiej wyprawy to 22 Euro od osoby, dzieci do lat 5 nie ponoszą żadnych kosztów, a dzieci powyżej 5 lat 15 Euro. Takie wycieczki oferują niemal wszystkie biura podróży, znajdujące się wzdłuż promenady. My wybraliśmy biuro znajdujące się na Buggibba Square. Korzystaliśmy z tego biura kilkakrotnie i byliśmy zadowoleni z serwisu.

Z samego rana z przystani w Buggibba wyruszyliśmy statkiem na Gozo.  Statek spóźnił się o godzinę, ale przywykliśmy, że punktualność nie jest najmocniejszą stroną Maltańczyków. Już sam rejs był atrakcją dla naszego Hubercika. Przede wszystkim duża przestrzeń statku sprawiła, że miał sporo miejsca do biegania. Po drugie, podziwiał morze zza okna i inne statki płynące w niedalekiej odległości. Po trzecie, Hubercik lubi duże skupiska ludzi i miejsca, gdzie się coś dzieje. Podczas rejsu obserwował podróżujących turystów i dopytywał o to, skąd są, dlaczego mają ciemną skórę itd.

Parostatkiem w piękny rejs czyli płyniemy na Gozo

Podczas rejsu na statku można zakupić kawę/herbatę, przekąski, natomiast napoje takie jak woda czy sok są bezpłatne. Jeżeli chcemy naszym pociechom zaoferować coś konkretnego do jedzenia (danie obiadowe) musimy zadbać o to we własnym zakresie, albo poczekać aż dopłynie się na Gozo.

Po dotarciu na wyspę Gozo przesiedliśmy się do dwupoziomowych autobusów z otwartą górą, którymi zwiedzaliśmy wyspę. Przejazd autobusem to była kolejna atrakcja dla Hubercika, który podziwiał widoki. Dodatkowo miał radość ze słuchania multimedialnego przewodnika w różnych językach.

Po dotarciu do Błękitnej Laguny Hubercikowi radość sprawiało chodzenie po skalistym podłożu i podziwianie meduz wyrzuconych na brzeg przez morze.

  1. Muzeum Samochodów Klasycznych w Quawrze

Muzeum jest czynne od poniedziałku do soboty. W dni powszednie jest otwarte do 9 do 18, w soboty od 9 do 13.30. Wstęp do muzeum kosztuje 10 Euro dla dorosłych, 4,5 Euro dla dzieci.

Na zwiedzanie muzeum wybrał się Hubercik z tatusiem. Na podkreślenie zasługuje fakt, że Hubercik jest fanem motoryzacji. Muzeum stanowi prywatna kolekcja samochodów Carola Galea, obejmuje ona pojazdy od lat 40. XX wieku do współczesnych. Kolekcja jest imponująca i bogata. Już od początku przy wejściu można podziwiać piękną Corvettę Roadstera z 1962 roku czy Forda Thunderbird z 1956 roku. Takich smaczków motoryzacyjnych jest znacznie więcej, dlatego na wizytę w muzeum trzeba poświęcić 1,5-2 godziny. Tym bardziej, że oprócz samochodów można tutaj podziwiać motory i łódź motorową Albatros. Zwiedzając to muzeum czujesz się, jakbyś cofnął się w czasie do złotych lat motoryzacji. Wszystkie okazy przepięknie się prezentują, a kolekcja zapiera dech w piersiach. Hubercik przez 2 godziny chodził po muzeum z uśmiechem na twarzy, słuchając opowieści taty o specyfice poszczególnych pojazdów. O zadowoleniu świadczy fakt, że miesiąc po wizycie w muzeum Hubercik zaskoczył nas mówiąc, że w muzeum podobał mu się mały samochodzik,  do którego wchodziło się otwierając przód pojazdu (a chodziło mu o BMW Isetta 250 z 1957 roku).

Muzeum Samochodów Klasycznych
  1. Aquarium w Qawrze

Aquarium usytuowane jest nad samym morzem. Z promenady przy Aquarium rozciąga się widok na morze. Wstęp jest płatny: bilet kosztuje 13,90 Euro dla dorosłych, dzieci do 4 lat mają wstęp wolny, dzieci od 4 do 12 lat- 7 Euro, a seniorzy powyżej 60 roku życia płacą 11,90 Euro. Aquarium jest czynne codziennie od poniedziałku do niedzieli od 10 do 18 (ostatnie wejście jest o 17.30).

W Aquarium można podziwiać bogactwo ryb tropikalnych (łącznie z rekinami czy murenami). Oprócz ryb można zobaczyć także płazy i gady. Aquarium jest podzielone na kilka sekcji, a każda z nich dedykowana jest osobnemu oceanowi. Dla Hubercika odkrywanie podwodnego świata było fascynującym doświadczeniem. Dopytywał o nazwy ryb, jak one się tam znalazły, co jedzą i czy są bezpieczne. Rozczarowany był tylko, że nie ma w oceanarium delfinów.

  1. Wioska rybacka Marsaxlokk

Przejazd z Buggibba do Marsaxlokk publicznym transportem zajął nam około godziny. Najpierw z zajezdni w  Buggibba dojechaliśmy do Valetty, a stamtąd do Marsaxlokk. Nazwa wioski pochodzi od słów „port” (Marsa) oraz „płd-wschodni wiatr” Xlokk. Do miejscowości przybyliśmy w niedzielę z rana, kiedy odbywa się targ. Po wyjściu z autobusu to, co rzuciło nam się w oczy to tłumy turystów podążające właśnie w stronę targu. Można na nim znaleźć nie tylko ryby i owoce morza, ale także ubrania, lokalne wyroby, zabawki itd. Targ jest usytuowany wzdłuż morza, przy wybrzeżu którym zacumowane są maltańskie łodzie Luzzu, charakteryzujące się barwnymi kolorami (żółty, niebieski i czerwony). Łodzie przykuły uwagę Hubercika, który oczywiście chciał od razu poznać szczegóły połowu ryb na nich.

Pogoda bardzo nam sprzyjała. Kiedy wyruszaliśmy z Bugibba było tam około 15 stopni i dość wietrznie. W Marsaxlokk było kilka stopni cieplej i bezwietrznie. Mimo więc, że byliśmy w grudniu w Marsaxlokk mogliśmy chodzić w krótkim rękawie i delektować się ciepłem promieni słonecznych. Hubercik tym bardziej cieszył się z tak pięknej pogody, ponieważ mógł zjeść dużego loda.

Wioska rybacka Marsaxlokk

To, co zachwyciło czterolatka podczas pobytu w wiosce to kolorowe łodzie, kolorowe budynki (Hubercik dopytywał dlaczego drzwi i balkony są np. żółte czy czerwone), dobra świeża rybka zjedzona w restauracji po drugiej stronie morza oraz targ pełen gadżetów kuszących dzieci

Widok z Uszguli na Kaukaz

Inny świat

Uszguli to niesamowite miejsce, które powinno być na liście każdego, kto udaje się do Gruzji. Miejscowość została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to najwyżej położona wioska w Europie (ponad 2200 m n.p.m.). Zamieszkuje ją około 70 rodzin (250 osób). Charakterystyczne dla tej miejscowości są wieże obronne, wznoszące się ponad domami. Na terenie Swanetii dochodziło do licznych starć pomiędzy rodami. Wieże obronne służyły jako miejsca schronienia dla poszczególnych rodzin. Nazwa miejscowości pochodzi od gruzińskiego słowa „ushishariguli”, oznaczającego „nieustraszone serce”. Jest to jedna z niewielu miejscowości, która nigdy nie została podbita.

Uszgula

Specyfika Uszguli

Lokalna społeczność obejmuje cztery starożytne osady: Zhibiani, Chvibianu, Chazhashi i Murkmeli. W miejscowości znajduje się kilka starych cerkwi, bowiem każda z osad wzniosła swoją świątynię. Było to podyktowane trudnymi warunkami klimatycznymi i niemożliwością dotarcia do innej miejscowości. Każda z osad zadbała więc o własną świątynię.  Jedną z najbardziej znanych jest cerkiew Lamaria (św. Marii),pochodząca z XI-XII wieku. Zgodnie z tradycją do świątyni przybywają ludzie, którzy mają problem z zajściem w ciążę, aby prosić Boga o powiększenie rodziny. Z własnego doświadczenia powiem Wam, że warto tutaj przyjechać i pomodlić się o powiększenie rodziny. W naszym przypadku modlitwa była owocnaJ

Cerkiew często bywa zamknięta, ale klucze ma staruszka mieszkająca w pobliżu. My akurat mieliśmy trochę szczęścia i świątynia była otwarta, aczkolwiek z relacji innych osób wiemy, że staruszka nie robi problemów z jej otworzeniem.

Mieszkający we wsi Swanowie różnią się od reszty Gruzinów. Mają własny język, tradycję, wierzenia i obyczaje. Od dawien dawna zajmowali się polowaniami. Nie uprawiali winogron jak w pozostałych regionach kraju, więc głośne biesiady są im obce. Jest to społeczność prowadzące spokojne i ascetyczne życie, nieufna wobec obcych.

Jedna z obronnych baszt przy wjeździe do Uszguli

Droga z Mesti do Uszguli

Do Uszguli można dostać się z Mesti (położona jest około 45 km od stolicy Swanetii). Nie kursują jednak tutaj żadne autobusy publiczne. Należy wynająć taksówkę z napędem na 4 koła, która Cię zawiezie. Koszt wynajęcia taksówki to 60-80 dolarów (im więcej osób tym taniej, należy się targować wówczas cena jest korzystniejsza). Warunki drogowe są fatalne, więc nie o każdej porze roku można dojechać do Uszguli. Najłatwiej dostać się tutaj latem (od czerwca do września), pod warunkiem, że nie ma ulewnych deszczy. Zimą dotrzeć w te rejony praktycznie nie ma szans, a jedyna droga prowadząca do wioski jest wówczas zamknięta). Nawet, kiedy są dobre warunki pogodowe przejazd tych 45 km zajmuje około 3,5-4 godzin, więc na wyprawę do Uszguli trzeba zarezerwować cały dzień.

Podróżując z dziećmi trzeba zabrać jedzenie i picie. W miejscowości nie ma żadnej restauracji. Jednakże mieszkańcy są na tyle mili, że jeśli zapytasz ich o możliwość zjedzenia posiłku to zaproszą Cię do domu i ugoszczą tym, co mają (łącznie z 60 procentową czaczą). Trzeba się jednak liczyć z tym, że posiłek w Swanetii jak na ceny gruzińskie, ba nawet polskie, jest dość drogi. My skorzystaliśmy z takiej gościny w jednym z gospodarstw Uszguli i nasz błąd polegał na tym, że nie zapytaliśmy na początku o cenę. Gościna była bardzo miła. Gospodyni poczęstowała nas lokalną sałatką, pomidorami z ogródka, czymś ala „zimne nóżki” i oczywiście lokalnym alkoholem. Takie wykwintne śniadanie kosztowało nas niecałe 80 zł. Ale w zamian mogliśmy obejrzeć muzeum, znajdujące się w pokoju obok, w którym znajdowało się parę wypchanych ptaków i kilka zdjęć dziadka, który zdobył wszystkie szczyty Kaukazu.

Lokalne muzeum w Uszguli:)

Wrażenia

Wyboista droga prowadząca do Uszguli i próbujący naciągnąć na każdym kroku lokalni nie odebrali nam radości z przybycia do tej miejscowości. Tutaj czas zatrzymał się w miejscu. Ośnieżone góry przeplatające się z zielonymi połaciami podnóży zapierały dech w piersiach. Z drugiej strony ponad 30 wież obronnych przypominało o krwawej historii tego miejsca. Nie znajdziesz tutaj restauracji, hipermarketów, sklepów ani żadnych sieciówek. Tylko nieliczni mieszkańcy mają samochód i kontakt ze światem zewnętrznym. Mieszkańcy tutaj żyją w zgodzie z naturą, bez pośpiechu i zbędnego stresu. Jest to bajeczne miejsce, do którego na pewno wrócimy. Tym bardziej, że gospodyni u której jedliśmy ekskluzywne śniadanie przepowiedziała nam, że będziemy mieli dziewczynkę. Przepowiednia się sprawdziła, więc jesteśmy zobowiązani wrócić tam i jej podziękować:)

Kajcia dzisiaj kończy pół roku. Ma na swoim koncie już dwa dłuższe wyjazdy i kilka weekendowych. W ramach podsumowania chciałam przybliżyć Wam kilka gadżetów dla niemowlaków i nie tylko, które przydały nam się w podróżach i ułatwiły nam funkcjonowanie. Nie jest to artykuł sponsorowany, tylko moja subiektywna opinia na temat wybranych produktów.

  • Nadal karmię Kajcię swoim mlekiem, które odciągam za pomocą laktatora. Długo zastanawiałam się jaki laktator wybrać. Po pierwsze, zależało mi, aby na potrzeby wyjazdów był stosunkowo niewielkich rozmiarów. Po drugie, w przypadku braku zasilania zależało mi, aby był także na baterię. Znakomicie sprawdził się laktator Medela Mini Electric. Model ten jest na tyle mały, że mieści się pod bluzką/swetrem. Zasilany jest zasilaczem lub 2 bateriami AA. Dlatego siedząc w restauracji mogłam spokojnie odciągać pokarm, nie rzucając się w oczy. Laktator ten nowy jest stosunkowo drogi, ponieważ kosztuje około 300 zł. Można jednak kupić używany już od 70 zł. Wszystkie części są wymienne, więc można je w rozsądnych cenach dokupić np. w Smyku bez obaw o higienę.

  • Kolejnym dylematem, przed którym stanęłam wyjeżdzając po raz pierwszy z Kają była kwestia odgrzania odciągniętego pokarmu podczas wycieczek. Z pomocą przyszedł nam podgrzewacz podróżny Tommee Tippee. Podgrzewacz to nazwa trochę mylna dla tego produktu. Jest to zwykły termos, którzy dodatkowo ma wysoki kubek na wlanie wrzątku i włożenie butelki. Znakomicie jednak sprawdza się na wyjazdach, bowiem utrzymuje temperaturę wody nawet do 6 godzin. Co więcej, spokojnie można go wnieść na pokład samolotu, dzięki czemu w każdej chwili mogliśmy podgrzać pokarm, nie angażując załogi.

  • Przewijak turystyczny (mata) wodoodporny. Jego zaletą jest to, że zajmuje mało miejsca. Można go używać bez ograniczeń, a w przypadku zabrudzenia wystarczy umyć i zdezynfekować.
  • W związku z tym, że jak wyjeżdżaliśmy kilkakrotnie to dzieci były podziębione, musieliśmy zabrać ze sobą inhalator. Standardowe urządzenie jest dość dużych gabarytów, dlatego pożyczyliśmy od znajomych inhalator przenośny turystyczny. Zajął nam mało miejsca w plecaku i w wielu sytuacjach rzeczywiście okazał się bardzo przydatny. Przed zakupem urządzenia trzeba dokładnie przeczytać instrukcje, ponieważ w wybranych modelach nie można stosować określonych leków do nebulizacji. Warto też zabrać lekarstwa do inhalacji ze sobą, ponieważ nie w każdym kraju inhalacje są uznawane za skuteczne. Będąc na Malcie musieliśmy skorzystać z lokalnej służby zdrowia, bowiem Kajcia nam się rozchorowała. Kiedy zapytaliśmy pediatrę co sądzi o inhalacjach zaczęła się śmiać i stwierdziła, że inhalacje są skuteczne w przypadku „palaczy, mających problem z oddychaniem”. Cóż…co kraj to obyczaj…
  • W przypadku starszego dziecka bardzo nam się sprawdziła dostawka do wózka Buggy Board Maxi. Jest ona uniwersalna i pasuje do każdego wózka. Należymy do osób, które dużo zwiedzają. Czasem pod koniec dnia Hubercik był już bardzo zmęczony i wtedy dostawka okazywała się niezawodna.

Jeśli macie jakieś gadżety, które ułatwiają Wam podróżowanie z dziećmi,  podzielcie się swoimi doświadczeniami. Chętnie przetestujemy.

We Wrocławiu dużymi krokami zbliża się wiosna.  Nam  jednak  trudno rozstać się z nartami. Tym bardziej, że w tym roku postanowiliśmy oswoić Hubercika z nartami. Zaznaczę tylko, że Hubercik ma niecałe 4 lata, więc chcieliśmy zobaczyć czy w ogóle spodoba mu się taka forma aktywności. Przed wyjazdem dużo rozmawialiśmy z synkiem tym, że będziemy go uczyć jeździć na nartach. Pokazywaliśmy mu filmiki na You Tubie celem przybliżenia na czym ta aktywność polega. Hubercikowi bardzo spodobał się pomysł i będąc w górach codziennie dopytywał kiedy pojedziemy jeździć  na stok.

Będąc w Górach Izerskich postanowiliśmy podjechać do Świeradowa Zdroju, gdzie funkcjonuje kilka przedszkoli narciarskich. My podczas pobytu skorzystaliśmy z dwóch: Ski&Sun (https://skisun.pl/) oraz  Izer-ski (www.izer-ski.pl). Według nas pierwszy wyciąg jest znacznie lepszy, ponieważ jest na nim więcej miejsca i dzięki temu przy większej ilości osób nie odczuwa się zatłoczenia. Zaletą jednak tego drugiego jest lokalizacja w pobliżu znakomitej restauracji „Izerska Chata”, gdzie serwują przepysznego świeżego pstrąga.

Wypożyczyliśmy dla Hubercika instruktora (koszt waha się od 90 zł do 100 zł za godzinę w zależności od szkółki).  Sprzęt narciarski  pożyczyliśmy od bratanicy męża. Tym bardziej, że na początek nie warto kupować sprzętu. Wypożyczalnie znajdują się przy każdej szkółce, a lepiej sprawdzić czy dziecko w ogóle będzie zainteresowane tym sportem.

Instruktor okazał się strzałem w dziesiątkę. Przede wszystkim miał podejście do dzieci. Na początek sprawdził czy sprzęt jest dobrze zapięty. Rozpoczął spotkanie od krótkiej rozgrzewki w formie zabawy. Następnie wziął Hubercika na ręce i zjechał z nim, aby pokazać na czym polega jazda na nartach. Podczas wspólnego zjazdu z instruktorem widok uśmiechniętego Hubercika był bezcenny. Już wiedzieliśmy, że mu się spodobało. Potem zaczął się instruktaż jazdy na nartach. Godzinne szkolenie stanowiło naprawdę duży wysiłek dla niespełna 4-letniego dziecka. Z drugiej strony był to dobrze spożytkowany czas, ponieważ godzina wystarczyła, aby Hubercik samodzielnie zjechał z łagodnego zbocza bez wywrotki.

Rozmowa z trenerem zainspirowała mnie do napisania kilku porad, o których należy pamiętać, zanim zaczniesz uczyć dziecko w wieku przedszkolnym jeździć na nartach:

  1. Nie można zmuszać dziecka do nauki na nartach. Dziecko nie może realizować ambicji rodziców. Jeśli maluch nie chce jeździć lepiej poczekać do następnego sezonu, niż wymuszać na nim postępy
  2. Dla dziecka musi to być zabawa, dlatego nie poganiaj malucha, nie krzycz, nie wymagaj zbyt dużo. Instruktor powinien się komunikować w sposób zrozumiały dla dziecka. Dla przedszkolaka komendy typu „przenieś ciężar” nie mówią zbyt wiele
  3. Na początku zadbaj o to, aby dziecko oswoiło się z butami narciarskimi, nartami, kaskiem itd. Załóż sprzęt i pozwól maluchowi pochodzić w nim po śniegu
  4. Pamiętaj, aby sprzęt był dobrze dobrany. Zbyt ciasne buty lub za długie narty mogą dziecko tylko zniechęcić. Podczas wyjazdu w góry znajomi wypożyczyli córce buty, które ją obcierały. Zabawa skończyła się płaczem i rezygnacją z dalszej jazdy. A gdyby nie te buty mogło być zupełnie inaczej

Nasz Hubercik po pierwszych próbach „złapał bakcyla”. Aby nie zakończyć sezonu na kilku lekcjach w najbliższy weekend wybieramy się kontynuować naukę. Na pewno podzielę się z Wami wrażeniami…

Jeśli znacie jakieś fajne miejsca do jazdy na nartach niedaleko Wrocławia (szczególnie pod kątem dzieci) to podzielcie się swoimi sugestiami w komentarzach.

Flaga Malty

Zanim wybierzecie się na Maltę warto wiedzieć kilka istotnych rzeczy:

  1. Lot z Wrocławia na Maltę trwa około 2h 40'
  2. Obowiązującą walutą jest Euro
  3. Bankomaty są ogólnodostępne, więc nie ma problemu z wypłatą gotówki
  4. Niemal w każdym sklepie, restauracji, hotelu, aptece, a nawet szpitalu można płacić kartą
  5. Malta należy do strefy Schengen, w związku z tym nie potrzebujesz wizy. Dla obywateli Unii Europejskiej wymagany jest tylko dowód osobisty. Paszport nie jest konieczny
  6. Jeżeli wybierasz się w lecie na Maltę musisz uwzględnić różnicę w czasie (plus 1h), w trakcie obowiązywania naszego czasu zimowego zarówno w Polsce jak i na Malcie obowiązuje ten sam czas
  7. Najgorętszymi miesiącami na Malcie są czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień. Temperatura wówczas waha się średnio od 26 stopni do 30 stopni C. W tym okresie temperatura wody jest także najwyższa - od 22 st. C w czerwcu do 24-25 st. C w kolejnych miesiącach. My na Malcie byliśmy na przełomie grudnia i stycznia, więc pogoda przypominała naszą wiosnę (a są to najzimniejsze miesiące:)) . Temperatury oscylowały w granicach 13-18 st. C. Czasami popadał przelotny deszcz, a od morza czasami powiał silniejszy wiatr. Generalnie było jednak słonecznie i ciepło
  8. Ceny na Malcie są bardzo zbliżone jak w Polsce. Za 11 noclegów ze śniadaniem w miejscowości Buggibba, w trzygwiazdkowym hotelu zapłaciliśmy niecałe 2000 zł + 10 euro opłata klimatyczna. Ceny produktów spożywczych i higienicznych w sklepach są również podobne do cen w Polsce. Jedynie warzywa i owoce są znacznie droższe - 1 kg jabłek kosztuje ok. 3 euro, pomarańcze około 4 euro, melon - ok. 3,5 euro, pomidory ok. 3 euro
    • nieco droższe są bilety wstępu do atrakcji turystycznych np. bilet wstępu do Muzeum Samochodów Klasycznych w Quawrze kosztuje 10 euro dla dorosłych i 4,5 euro dla dzieci
    • bilety do aquarium w Quawrze kosztują 13,90 euro dla dorosłych, 7 euro dla dzieci od lat 4 do 12, dzieci poniżej 4 lat wchodzą bez za darmo
    • ceny jednodniowych wycieczek różnią się w zależności od sezonowości. My byliśmy poza sezonem więc wiele wycieczek było o połowę tańsze (np. wycieczka zorganizowana z Buggibba na wyspę Gozo & Comino kosztowała 22 euro od osoby (w sezonie trzeba liczyć 44 euro od osoby), większość biur oferuje wycieczki dla dzieci poniżej 5 lat za darmo
  9. Sklepy są czynne od poniedziałku do niedzieli od rana do późnych godzin wieczornych (najczęściej do 22, ale zdarza się, że i dłużej). Malta jest krajem tylko w 20% samowystarczalnym gospodarczo, dlatego w sklepach znajdziesz przeważnie produkty z Włoch i Hiszpanii. Co więcej, jest też wiele produktów sprowadzanych z Polski (słodycze, proszki do prania, żele pod prysznic, napoje)
  10. Malta jest bardzo dobrze skomunikowana. Autobusem możesz dotrzeć w każde miejsce. Jeżdżą też one dość często. Bilety wahają się od 1,5 euro do 3 euro (dzieci do lat 4 jeżdżą bezpłatnie). Jedynym mankamentem jest fakt, że w przypadku, gdy autobus jest zatłoczony to kierowca nie zatrzymuje się na kolejnych przystankach. My mieszkaliśmy w Buggibba blisko zajezdni autobusowej więc mieliśmy pewność, że wsiądziemy do autobusu, co szczególnie w przypadku podróży z dziećmi miało ogromne znaczenie. W innych miejscowościach także staraliśmy się wsiadać na zajezdniach, aby nie tracić czasu na wyczekiwanie na przystankach
    Valletta - stolica Malty
    • większość autobusów przejeżdża przez Vallettę, skąd przesiadając się do innego autobusu można dostać się w inne turystyczne miejsce. Dobrze jest sprawdzić trasę autobusu, którym zamierzamy jechać, ponieważ niektóre z nich docierają do punktu docelowego okrężną drogą np. z Buggibba do Valletty jednym autobusem można jechać pół godziny, a innym 1,5 godziny
    • bilety kupuje się u kierowcy - dobrze mieć odliczone drobne pieniądze, ponieważ często kierowcy nie mają wydać
  11. Sieć taksówek na Malcie również jest dobrze rozwinięta, ale przejazd nimi jest korzystny jeśli podróżuje się w kilka osób np. przejazd z Bugibba do Marsaxlokk kosztuje 30 euro w jedną stronę (odległość między miejscowościami wynosi 40 km). Polecam korporację taksówkarką Blue Bird (oferuje atrakcyjne ceny, kierowcy są punktualni i bardzo pomocni, obsługa na centrali również jest bardzo pomocna, telefony kontaktowe: +356 21 571700, +356 21 574891, +356 99 497170, email: bbirdtaxis@yahoo.com
  12. Wypożyczenie samochodu na Malcie nie jest drogie (można znaleźć auto już za 200/300 zł za tydzień), aczkolwiek poruszanie się samochodem po Malcie nie jest proste. Wynika to z faktu, że we wszystkich miejscowościach na wyspie są bardzo wąskie uliczki, zamknięte dla ruchu kołowego. W związku z tym auto należy zostawić na obrzeżach miasta, a dalej udać się pieszo. Ponadto, na wyspie obowiązuje ruch lewostronny
  13. Dużo lepszym pomysłem jest wypożyczenie motoru lub skutera. Cena wypożyczenia skutera waha się w zależności od modelu i długości najmu, aczkolwiek średnia cena wynosi 30-35 euro/dzień. Dodatkowo płatne jest ubezpieczenie. Skuter może wypożyczyć osoba, która ukończyła 21 lat
  14. Z lotniska autobusem można dojechać do wszystkich turystycznych miejscowości. Autobusy z lotniska i na lotnisko oznaczone są literą X (np. X1, X2 itd.)
  15. My z tego względu, że jechaliśmy z małymi dziećmi zarezerwowaliśmy sobie taksówkę ze strony maltatransfer.com. Rozwiązanie to okazało się dość kosztowne. Jechali z nami znajomi, więc za 4 osoby dorosłe+2 dzieci zapłaciliśmy 54 euro w jedną stronę. Firma, oprócz opłat za osoby, dolicza sobie dodatkowe opłaty za sprzęt nurkowy, wózek dla dziecka i foteliki. Na miejscu okazało się, że foteliki są niedostosowane do wieku dziecka i Kajcia musiała jechać u mnie na kolanach
  16. Malta jest krajem katolickim, nie tylko z nazwy, ale bardzo praktykującym. Dlatego w katolickie święta spora część sklepów, restauracji, obiektów turystycznych, aptek jest zamknięta. My byliśmy na Malcie w trakcie Bożegonarodzenia. Mieszkańcy wyspy szczególnie religijnie obchodzą pierwszy dzień świąt (25 grudnia), wówczas rzeczywiście większość punktów handlowo-usługowych jest zamknięta (chociaż można oczywiście znaleźć otwarty sklep spożywczy czy restaurację). Na ulicy odbywają się natomiast liczne procesje i pochody. Mieszkańcy pozdrawiają wszystkich serdecznym "Merry Christmas"
  17. Udając się na Maltę musisz zabrać przejściówkę na brytyjskie gniazdka. Oczywiście można kupić też taką przejściówkę na miejscu. W naszym hotelu można było wypożyczyć taką przejściówkę za 1 euro
  18. Na Malcie mieszkańcy mają dość elastyczne podejście do czasu, dlatego uzbrój się w cierpliwość czekając np. na taksówkę. Kilkunastominutowe spóźnienia są normą

Wybierając się do Przecznicy niewiele wiedzieliśmy na jej temat. Na miejscu okazało się, że miejscowość ma bogatą historię. Szkoda, że tak urokliwa miejscowość jest tak mało znana. Postanowiłam przybliżyć Wam trochę historii. Być może ona zainspiruje Was do odwiedzenia tego miejsca...

Przypuszcza się, że początki stałego osadnictwa na terenie wioski mogły mieć miejsce już w średniowieczu za sprawą przybywających z północy pasterzy. Następnie na tych terenach rozwija się kultura przedłużycka, potem łużycka, a następnie docierają tutaj Celtowie. W pierwszych wiekach nowej ery pojawiają się plemiona germańskie, a następnie między IV a VI wiekiem słowiańskie. W X wieku, gdy powstawały pierwsze granice między wspólnotami plemiennymi tereny te znalazły się na pograniczu trzech państwowości: czeskiej, niemieckiej i polskiej.

Zainteresowanie osadnictwem na terenie dzisiejszej Przecznicy było podyktowane kilkoma względami. Po  pierwsze, położona była na szlaku handlowym zwanym drogą chmielu i żelaza, łączącym Żytawę z Jelenią Górą. Po drugie, korzystne warunki terenowe zapewniały dostęp do materiałów budowlanych (drewna i kamienia) oraz wody. Po trzecie, liczne grunty sprzyjały rozwojowi gospodarki rolnej. Po czwarte, osadnicy mieli dostęp do naturalnej żywności (zwierzyna, runo leśne, zioła).

Pierwsze zapiski na temat miejscowości mówią, że Joachim Neumann zbudował przydrożną karczmę, wokół której zaczęły powstawać zabudowania. Pierwsi mieszkańcy trudnili się przede wszystkim zbieractwem i rolnictwem oraz obsługą podążających szlakiem handlowym kupców. Niestety nie zachowały się dokumenty dotyczące początków osadnictwa na terenie Przecznicy, bowiem w latach 20. XX wieku zostały sprzedane jako makulatura. A szkoda....

Bardziej znana historia Przecznicy sięga czasów reformacji. Kiedy idee Marcina Lutra docierają na Dolny Śląsk, mieszkańcy Przecznicy na tyle są ich fascynatami, że decydują się na przejście na protestantyzm.

Mniej więcej w tym samym czasie na obszarze wioski rozwija się górnictwo. Dzieje się to za sprawą dwóch górników pochodzących z czeskiego Jachymowa- Jana Weise i Mateusza Sohnela, którzy kopiąc studnię natrafili na rudę cyny. Podejmując dalsze poszukiwania kruszca okazało się, że ich złoża występują w kilku okolicznych miejscach, dlatego zdecydowano się na podjęcie jego eksploatacji.

Wkrótce potem w 1551 roku rozpoczęto prace górnicze w pierwszej w tej okolicy sztolni "Trzech Braci". Sztolnia znajduje się kilkaset metrów na zachód od Przecznicy i aktualnie jest to najlepiej zachowane podziemne wyrobisko na tym terenie.

Odkrycie kruszców na tym terenie przyczyniło się do ożywienia gospodarczego regionu, bowiem wcześniej Przecznica funkcjonująca głównie w oparciu o gospodarkę rolną uzależniona była ściśle od warunków klimatycznych, które nie były zbyt łaskawe. Wioskę nawiedzały na przestrzeni wieków liczne klęski żywiołowe (powodzie, trzęsienia ziemi oraz pożary), co przyczyniało się do zubożania lokalnej społeczności. Dodatkowo w trakcie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) okolica była plądrowana przez przemieszczające się wojska: czeskie, saskie, bośniackie, chorwackie, austriackie, węgierskie, szwedzkie, a także "Lisowszczyków" (tzw. Polscy Kozacy). Na mieszkańców nakładano kontrybucje, dodatkowe podatki oraz obciążenia w naturze na rzecz walczących wojsk. Region nawiedzały również kilkakrotnie epidemie dżumy, w wyniku których przerywano prace w kopalniach. Głód w okolicy był tak wielki, że odnotowano nawet przypadki kanibalizmu. W wyniku tych niesprzyjających okoliczności wioska się wyludniła, a kopalnie przez wiele lat były nieczynne. Służyły jako miejsce schronu dla miejscowej ludności oraz przechowywano w nich niezarekwirowane przez wojska przedmioty codziennego użytku.

Po wojnie mieszkańcy Przecznicy próbują odbudować zniszczoną miejscowość. Jednakże dopiero w 1728 roku wznowiono działalność wydobywczą. W tym samym czasie na terenie Przecznicy zaczyna rozwijać się także tkactwo związane głównie z przetwórstwem lnu, który na okolicznych podgórskich, mało urodzajnych ziemiach dawał stosunkowo dobre plony. Jednakże ledwo co Przecznica próbuje funkcjonować normalnie po wojnie trzydziestoletniej, kiedy rozpoczynają się wojny śląskie, podczas których mieszkańcy są zmuszani do oddawania wszelkich zasobów naturalnych na rzecz wojsk. W tym samym czasie wioskę nawiedzają kolejne klęski żywiołowe, co przyczynia się ponownie zubożenia miejscowej ludności.

Po raz kolejny wskrzeszono prace kopalni w 1916 roku, jednakże osiem lat później zamknięto je z powodu znikomej opłacalności. Okoliczne osady i wioski, niegdyś licznie zaludnione przez górników, zaczęły się wyludniać. Dopiero król pruski Fryderyk II zarządził odbudowę starych kopalń. W tym celu wysłał specjalną komisję ds. górnictwa, która miała zweryfikować możliwości ponownego otwarcia podupadłych kopalń. Podczas prac komisja znalazła kawałek skały, w którym stwierdzono występowanie rudy kobaltu, co zapoczątkowało długotrwałe wydobycie rudy i farby kobaltowej, dzięki czemu Przecznica rozwijała się pomyślnie.

Na rozwój Przecznicy wpłynęło także otwarcie w 1865 roku linii kolejowej łączącej Zgorzelec z Jelenią Górą. Wydarzenie to miało dla Przecznicy ogromne znaczenie, ponieważ mogli tutaj docierać turyści. Wkrótce zaczną tutaj docierać rzesze turystów, czyniąc Przecznicę jednym z bardziej popularnych kurortów wypoczynkowych.

Jednakże spokój mieszkańców został zburzony w wyniku I wojny światowej. 11 listopada 1918 roku wojna kończy się abdykacją państw centralnych, abdykuje cesarz, powstaje Republika Weimarska. Dla wielu mieszkańców Przecznicy wydarzenia te wydają się końcem świata. Zostaje zburzony panujący od setek lat porządek. Mieszkańcy obawiają się co przyniesie nowa rzeczywistość. Jednakże życie wsi szybko wraca do normalności. Nawet kryzys lat 30. XX wieku nie jest tak dotkliwy dla ludności Przecznicy niż w przypadku miast, bowiem miejscowość dzięki dużej liczbie miejscowych rzemieślników i produkcji żywności na własne potrzeby praktycznie była samowystarczalna.

Kolejną znaczącą datą w historii Przecznicy jest rok 1933, kiedy to nowym burmistrzem został Alfred Seidel. Okazał się on dobrym gospodarzem, organizatorem i lokalnym działaczem, który chciał zrobić dużo dla mieszkańców. Za jego rządów odremontowano wiele budynków, dbał o integrację lokalnej społeczności, rozwijał życie kulturalne na wsi, powołując różnego rodzaju koła, stowarzyszenia i organizacje. W okresie zarządu Seidela wioska stała się także atrakcyjną miejscowością turystyczną, do której przyjeżdżało coraz więcej turystów. Rozwinęła się także tutaj infrastruktura handlowa, zapewniając mieszkańcom i turystom dostęp do wszystkich niezbędnych towarów i usług. Jak podkreślają autorzy książki "Przecznica..." mieszkańcy wsi "charakteryzowali się tym, że byli uczciwi, oszczędni, uparci i wytrwali w swoich działaniach, kultywowali stare zwyczaje i tradycje, a jednocześnie potrafili docenić rolę i znaczenie w życiu każdego z nich lokalnej społeczności. Chętnie brali udział w działalności różnego rodzaju miejscowych organizacji, z których każda miała ambitne plany i pragnęła wnieść wkład w życie wioski".

W okresie poprzedzającym II wojnę światową przestawiono gospodarkę Przecznicy na tory podporządkowane w pierwszej kolejności zaopatrzeniu armii niemieckiej. Początkowo mieszkańcy wioski entuzjastycznie podchodzili do zwycięstw Hitlera. Wraz jednak z kolejnymi niepowodzeniami armii niemieckiej mieszkańcy Przecznicy zaczęli tracić radość życia, zamykali się w swoich domach, będąc dalekimi od wspólnych spotkań i biesiad. Aby uzupełnić brak rąk do pracy (wielu mężczyzn wstąpiło do armii i poległo w działaniach wojennych) w wiosce pojawili się robotnicy dobrowolni i przymusowi z podbitych krajów.

10 marca 1945 roku przez wieś przechodzi eskortowana przez strażników SS kolumna kobiet więźniarek ewakuowanych z któregoś z obozów koncentracyjnych. Wyczerpane zimową pogodą, brakiem pożywienia i trudami marszu, nie będące w stanie iść dalej, więźniarki zostały zastrzelone na drodze pomiędzy Gierczynem a Przecznicą i pochowane w zbiorowych grobach na cmentarzach katolickim i ewangelickim w Gierczynie.

5 maja 1945 roku odbyła się narada burmistrzów powiatu. W czasie narady zostali oni poinformowani, że od tej pory decyzji o ewakuacji mieszkańców lub pozostaniu w miejscu zamieszkania nie podejmują działacze partyjni, lecz władze gminne. Następnego dnia burmistrz Przecznicy zwołał zebranie mieszkańców wioski i zaproponował, żeby pozostali w swoich domach i nie opuszczali miejscowości. Swoje wystąpienie zakończył słowami "niech Bóg ma naszą wieś w opiece".

8 maja przez radio ogłoszono komunikat, w którym poinformowano o zawieszeniu broni. Tego samego dnia pierwsi rosyjscy żołnierze pojawili się w niedaleko oddalonym od Przecznicy Rębiszowie, gdzie w restauracji "Przy dworcu kolejowym" tak się upili, że nie byli w stanie dojść do Przecznicy. Następnego dnia burmistrz Seidel z białą flagą oczekiwał nadejścia Rosjan, którzy wkroczyli do  wioski o 8.30. Nikt nie zna szczegółów rozmów pomiędzy Rosjanami a burmistrzem. W każdym razie po ich zakończeniu Rosjanie pozwolili burmistrzowi udać się do domu.

Dalsza historia miejscowości była tworzona już przez nowych mieszkańców, tych, którzy przybyli tu z różnych stron, dla których wszystko, co zastali było nowe i obce. Ci nowi mieszkańcy mówili innym językiem, mieli odmienne zwyczaje, chodzili tylko do katolickiego kościoła, a ich stosunek do Przecznicy był też inny.

Dzisiaj w Przecznicy nie ma już karczmy, sklepów, tylu organizacji i klubów wiejskich, ale pozostały stare budynki poniemieckie, pomniki upamiętniające ważne wydarzenia, sztolnie i co najważniejsze niesamowity "duch" tej małej miejscowości położonej u podnóża Gór Izerskich.

2

Tym razem wybraliśmy się na kilka dni w Góry Izerskie. Znajomi polecili nam świetną agroturystykę "Izerski Potok" w Przecznicy. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę z kilku względów.

Po pierwsze, Przecznica to miejscowość z "duszą". Ma bogatą historię o czym więcej napiszę w kolejnym poście.

Po drugie, jest to miejsce niekomercyjne, z dala od tłumów turystów. Bardzo lubimy takie spokojne miejsca, szczególnie że nie było tutaj nawet zasięgu. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może to być kłopotliwe, ale my akurat cenimy sobie miejsca, gdzie nie ma dostępu do Internetu, a telefon można odłożyć na bok.

Po trzecie, agroturystyka jest przyjazna rodzinom z dziećmi pod wieloma względami.

  • Posiada spore pomieszczenie dla dzieci pełne zabawek, gier, puzzli.
  • Na piętrze obok pokoi znajduje się duża kuchnia. Wieczorami kiedy dzieci spały w pokojach, my ze znajomymi mogliśmy posiedzieć dłużej w kuchni, bez stresu, że obudzimy nasze pociechy.
  • Właścicielka agroturystyki Pani Agnieszka organizuje liczne warsztaty dla dzieci (warsztaty ceramiczne, decoupage i mydlarskie). My akurat skorzystaliśmy z warsztatów mydlarskich, ponieważ Pani Agnieszka doradziła nam, że są najbardziej odpowiednie dla naszego 4-latka i 5-latki znajomych. Dzieci naprawdę miały frajdę z przygotowania dla siebie mydełek w kształcie misia, kwiatuszka czy aniołka. Zajęcia odbywają się w "Starej Kuźni" czyli specjalnie przygotowanym na potrzeby warsztatów pomieszczeniu przy rozpalonym kominku. Zważywszy, że za oknami było mnóstwo śniegu, zabawa przy kominku była bardzo urokliwym akcentem pobytu w "Izerskim Potoku".

Po czwarte, Przecznica jest znakomitą bazą wypadową w wiele innych, ciekawych miejsc:

  • do Świeradowa- Zdroju jest 10 km
  • najbliższa baza narciarska oddalona jest o 8 km
  • do Zamku Czocha jest 20 km
  • do Zamku Frydlant jest 25 km
  • z Przecznicy rozciągają się liczne trasy piesze i rowerowe
  • w okolicy agroturystyki organizowane są wycieczki konne i hipoterapia

Ponadto, właściciele agroturystyki to bardzo mili ludzie, otwarci i życzliwi.

Na pewno wrócimy w to miejsce latem, aby pochodzić po okolicznych górkach i pojeździć na rowerze. Zdecydowanie mamy niedosyt tego miejsca. W pięć dni nie udało nam się nacieszyć urokiem Gór Izerskich, tym bardziej, że zaspy śnieżne nie były zbyt łaskawe dla wózka niemowlęcego.

Pierwszą wyprawę w czterosobowym składzie odbyliśmy, kiedy Kaja miała 4 miesiące a Hubercik 3,5 roku. Zdecydowaliśmy się na święta Bożegonarodzenia polecieć na Maltę. Dlaczego Malta? Po pierwsze, jest to kraj katolicki a chcieliśmy poczuć atmosferę świąteczną. Po drugie, lot z Wrocławia trwa 2 godziny 40 minut, więc na pierwszy wypad z niemowlakiem jak w sam raz. Najbliżsi dopytywali nas, czy nie boimy się lecieć z tak małym dzieckiem? czy Kajcia nie jest jeszcze za mała? Postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze jak to jest podróżować w kwartecie...

Z Wrocławia na Maltę lecieliśmy Ryanairem. Zdecydowaliśmy się zakupić bilety w opcji Family Plus.  W ramach pakietu można wziąć 2 bagaże o wadze 20 kg, 2 sztuki bagażu podręcznego (do schowania w luku bagażowym), pierwszeństwo wejścia na pokład oraz darmowe miejsca do siedzenia dla dzieci. Za bilety dla całej naszej rodziny zapłaciliśmy niecałe 2300 zł.

Kolejnym krokiem była rezerwacja noclegu. W związku z tym, że Malta jest niewielkim krajem zdecydowaliśmy się nocować w jednym miejscu, a wyspę postanowiliśmy zwiedzać za pomocą dostępnych środków lokomocji (komunikacja publiczna, jednodniowe zorganizowane wycieczki, taksówki). Wybraliśmy Bugibbę z kilku względów. Jest to miejscowość położona nad samym morzem, z której promem można udać się w wiele innych ciekawych miejsc np. na wyspę Gozo. Ponadto, Bugibba to centrum nurkowe, a naszemu znajomemu, który z nami jechał zależało na nurkowaniu. Zarezerwowaliśmy nocleg w Buggiba Hotel ze względu na przystępną cenę (11 noclegów ze śniadaniem kosztowało nas niecałe 2000 zł + 10 euro opłata klimatyczna).

Następnym krokiem było przygotowanie do podróży. W związku z tym, że Kajcia jest karmiona piersią zaczęłam szukać informacji na temat możliwości karmienia piersią lub odciągnięcia pokarmu na lotnisku. Szukałam również informacji jak to jest z karmieniem piersią na Malcie w miejscach publicznych (w końcu to kraj dość konserwatywny). Przyznam szczerze nie wiele na ten temat znalazłam...

W końcu przyszedł czas pakowania. W związku, że temperatura w grudniu i styczniu na Malcie wynosi 12-18 stopni Celsjusza na pewno trzeba było wziąć inną garderobę aniżeli w Polsce. Postanowiłam jednak ograniczyć ciuchy do minimum, tym bardziej, że na Malcie na każdym kroku można znaleźć pralnię i za 6 euro wyprać 8 kg ciuchów.  Z tego względu jednak, że Kajcia jest jeszcze mała i przed wyjazdem była nieco przeziębiona i tak nazbierało nam się sporo rzeczy do zabrania:

  • laktator wraz z butelkami
  • podgrzewacz do mleka
  • pampersy na pierwszych kilka dni
  • inhalator
  • lekarstwa
  • przewijak turystyczny
  • wózek z gondolą
  • uniwersalna deskorolka- jeżdzący podest do wózka dla starszego dziecka, aby przetrwało całodniowe wyprawy

Udało nam się zapakować czterosobową rodzinę w dwa średniej wielkości plecaki. Uważam to za duży sukces, bo jak podróżowaliśmy z mężem bez dzieci również zabieraliśmy te same dwa plecaki. Jak urodził się Hubercik i zaczął z nami podróżować to także potrafiliśmy się zmieścić w te same plecaki. Im więcej osób w rodzinie tym paradoksalnie mniej rzeczy zabieramy dla siebie. Ograniczamy się do niezbędnego minimum.

Przed wyjazdem czytaliśmy również sporo o miejscach interesujących do zobaczenia na Malcie. To, co na pewno chcieliśmy zobaczyć to:

  • wyspę Gozo i Comino
  • stolicę kraju Vallettę
  • wioskę rybacką Marsaxlokk
  • średniowieczne miasto i dawną stolicę Malty Mdinę wraz z przylegającym Rabatem

Jak na pierwszą wyprawę z dziećmi ten plan wydawał nam się realny do zrealizowania. Resztę miała zweryfikować rzeczywistość:)

Tak przygotowani do podróży 22 grudnia ruszyliśmy w drogę ku nowej przygodzie...